2012-09-09

Parę uwag wokół "pojednania" (i nie tylko)



Mające miejsce 17 sierpnia 2012 roku zblatowanie się czekistowskiego patriarchatu sowieckiego z Kościołem Rzymskokatolickim było finalizacją pewnych, trwających już od dłuższego tendencji. Nie chodzi jedynie o sekwencję wydarzeń na poziomie kontaktów międzywyznaniowych (faktycznie po stronie „prawosławnej” mamy do czynienia z „duchowym” Zarządem Głównym KGB-FSB) o której bardzo wyczerpująco pisał w swoim cyklu Aleksander Ścios, ale o pewne tendencje ideologiczne czy też metapolityczne. Dobrą ilustracją są poglądy Lecha Jęczmyka – znanego (także mnie) nie tylko z bogatej publicystyki, ale i z tłumaczeń pisarstwa SF – zawarte w książce „Dlaczego toniemy, czyli jeszcze nowsze Średniowiecze”. Przytoczmy najważniejsze z nich.

Sowrosja jako „obrończyni chrześcijaństwa”

W rozdziale „Nowa Rosja” Jęczmyk pisze, że komunizm sowiecki i ZSRS uległy pokojowemu samorozwiązaniu i przekształceniu w nacjonalistyczne i autorytarne państwo rosyjskie. Federacja Rosyjska ma być spadkobierczynią i kontynuatorką białej, przedkomunistycznej Rosji. Ba – niejako w konfrontacji z ogarniętym przez lewactwo, polityczną poprawność i rozpad cywilizacji Zachodem – jedyną ostoją Starego Ładu! „[…] Rosja jest dziś jedynym (oprócz Ugandy) państwem chrześcijańskim na świecie. Państwem, nie społeczeństwem, nie należy tych spraw mylić. W Polsce jest znacznie większy procent praktykujących chrześcijan niż w Rosji, ale polskie państwo jest „neutralne światopoglądowo, co znaczy, że wolno się modlić, ale wolno też wystawiać genitalia przybite do krzyża. Jak wytłumaczyć to przejście z okrutnego państwa, w którym obowiązującą religią był ateizm, do chrześcijaństwa i to bez przelania choćby jednej kropli krwi? Chrześcijanie mają swoje proste wyjaśnienie: to cud fatimski, skutek wieloletnich modłów Jana Pawła II i tysięcy mnichów i mniszek zamkniętych w klasztorach. Ale ponowny chrzest Rosji to nie koniec sekwencji wydarzeń, to stało się po coś. W czasach coraz brutalniejszych ataków na chrześcijaństwo Rosja staje przed wielkim wyzwaniem, przed możliwością objęcia roli obrończyni Wiary, całego Kościoła, prawosławnego i rzymskiego.”

Dalej, w tym samym rozdziale czytamy: „Jeśli Rosja przyjmie zaofiarowaną jej przez Boga i historię misję, to zyska „wielką ideę”, bez której Rosja żyć nie może, a wielka idea zyska w państwie rosyjskim potężnego obrońcę. W tym historycznym momencie prawdy Polska też dostała swoją szansę. Ta wyludniająca się, pozbawiona przemysłu, wysysana przez banki i sprowadzona do roli półkolonialnego państwa-niepaństwa Polska ma szansę stać się łącznikiem między prawosławiem a Rzymem w wielkim dziele zakończenia hańbiącej schizmy. Czy biskup Budzik znajdzie w sobie dość męstwa, żeby na czele swojej komisji wkroczyć na karty historii? Wówczas Katyń, miejsce pierwszego spotkania kościoła i cerkwi, stałby się znakiem nie tylko śmierci, ale i odrodzenia. Bo przyszło nam żyć w czasie, kiedy dokonują się potężne zmiany w historii, lecz także ponad naszymi głowami na górnym piętrze metahistorii i metapolityki.” („Nowa Rosja”, s. 116) Polska, w sojuszu z „białą Rosją” rządzoną przez oficerów czerwonej bezpieki byłaby częścią nie tylko antyglobalistycznego i antylewicowego bastionu, ale rzekomo zyskałaby też  ochronę przed prowadzącymi od wieków stałą, długofalową, imperialną i destrukcyjną dla nas politykę Niemcami, które w optyce Lecha Jęczmyka stanowią dla nas największe zagrożenie, a w każdym razie większe niż bratnia nam Rosja (czy jeszcze bardziej nam bratnie Sowiety i Neosowiety). 

„Cudowna” transformację ZSRS w „białą” Federację Rosyjską jest – według Jęczmyka – zasługą długofalowej strategii komunistycznych struktur władzy: Politbiura KC KPZS i KGB, które – rzekomo z inspiracji pisarstwa Aleksandra Sołżenicyna i Isaaca Asimova – stali się autentycznymi konserwatystami, antykomunistami i reakcjonistami.

„Związek Radziecki nie „upadł”, jak nam usiłują wmówić kiepscy żurnaliści i publicyści. Związek Radziecki sam się rozwiązał, realizując zalecenia Sołżenicyna i dodatkowo wspierając się pomysłami Asimova ogromnie popularnego wśród młodych oficerów. […] Przeprowadzić to mógł jedynie spisek w obrębie już istniejącej struktury władzy i był to spisek młodych, świetnie wykształconych, obytych w świecie zachodnim i jednocześnie bezwzględnie patriotycznych oficerów KGB. Ludzi typu Putina. Nawet w czasie jelcynowskiej anarchii puszczone w ruch mechanizmy działały, przede wszystkim przestawienie się z działań militarnych na finansowe. Wywieziono na Zachód ogromne pieniądze, a raczej pozostawiono tam te ze sprzedaży ropy i gazu. Na światowych listach miliarderów pojawiły się nagle nazwiska rosyjskich emigrantów, okazało się, że w Moskwie mieszka więcej miliarderów niż w Nowym Jorku, mimo że niektórzy miliarderzy rosyjscy mieszkają w Nowym Jorku, a w Moskwie nie ma miliarderów amerykańskich. To jest Asimovowski pomysł na rozproszenie i ukrycie części słabnącego giganta. […]”

„Jeżeli młodzi kagiebiści studiowali „Fundację” (a wiem, że tak), to uczyli się przewidywania przyszłych kryzysów, reakcji innych „królestw” i odpowiadania na nie. Przede wszystkim musiała się im spodobać gra, coś, co zawsze było chlebem powszednim służb specjalnych, stale obecne w powieści przekonanie, że rozwiązaniem jest zawsze gra. Nie to ważne, co się mówi, ale po co się to mówi. Jak spowodować pożądane reakcje drugiego gracza. Jak osiągnąć jego rękami własny cel.” („Trzej fantaści: Sołżenicyn, Asimov i Putin”, s. 125 - 126)

W innych rozdziałach omówionej tu pokrótce książki czytamy też o dziejącym się właśnie przebiegunowanie geopolitycznym współczesnego, „post-” zimnowojennego świata, będącego areną gry przede wszystkim pomiędzy USA a ChRL, ale także Rosją i podnoszącymi się z postkolonialnych zależności krajami tzw. „trzeciego świata”: Indiami, krajami islamskimi, krajami latynoamerykańskimi (Brazylia aspirująca do roli jednego z mocarstw, Meksyk mogący w nieodległej przyszłości odzyskać utracone w XIX w. ziemie północne) czy afrykańskimi. Co jest znamienne, to USA, rządzone przez lewaków, globalistów i członków tajnych stowarzyszeń (na czele z Bushem jrem) oskarżane są przez Jęczmyka o nastawanie na suwerenność tych krajów, podczas, gdy z pomiędzy wierszy przebija się obraz Rosji, Chin (rzekomo już niekomunistycznych), ich islamskich czy latynoamerykańskich sojuszników jako bastionów walki z amerykańskimi globalistami i upadłym zachodem o suwerenność…  Brakuje tylko jednego – określenie George’a W. Busha mianem „faszysty”.

Oprócz powyższego jednak, w książce Jęczmyka zawartych jest wiele zgodnych z faktami i słusznych spostrzeżeń. Na przykład to, że muzułmanie, Rosjanie (nawet pomimo strasznego kryzysu cywilizacyjnego, którego demografia jest jedynie efektem), Chińczycy czy Hindusi chcą i są w stanie walczyć (i ginąć) za to, w co wierzą. Z kolei młodzi Amerykanie, nie mówiąc o mieszkańcach tzw. „starej Europy”, to wyzuta z tradycji, wyzuta z autoidentyfikacji kulturowej, cywilizacyjnej czy narodowej zbieranina sybarytów i geszefciarzy, która traci jakiekolwiek naturalne instynkty samozachowawcze (w tym – do poszerzania domen cywilizacji zachodniej), o ile już dawno ich nie utraciła. A poza tym, na skutek naturalnego ocieplenia klimatu na Ziemi możliwe jest stopienie Lądolodu Arktycznego na tyle, by drożne było Przejście Północne, co może zmienić światową geopolitykę. Zamieszkujący m.in. Grenlandię i północ Kanady Eskimosi zaczynają organizować się politycznie. Powstają całkowicie nowe gatunki zwierząt – Jęczmyk we wstępie pisze o krzyżówce kojota i psa domowego…

Komunizm, czyli „Coś”

Wrócę jednak do meritum, bo chyba za bardzo zapędziłem się w pisanie recenzji książki niezwykle ciekawej i niebywale wciągającej. Mimo zawartych w niej tez i konkluzji wielokroć błędnych, a wręcz wysoce szkodliwych. Czy Lech Jęczmyk jest neosowieckim agentem wpływu na prawicy? Nie sądzę. To, co pisze Jęczmyk, a czym zajmuję się w niniejszym tekście jest efektem pewnych błędów w postrzeganiu i interpretowaniu historii oraz współczesności. Należy się niewątpliwie zgodzić, ze stwierdzeniem, że „Związek Radziecki nie upadł, a dokonał samorozwiązania”, ale jeśli przyjrzymy się temu choćby, kto i jak rządzi Federacją Rosyjską czy też większością byłych republik sowieckich i byłych demoludów. Czy aby na pewno byłych? Związek Sowiecki formalnie się rozpadł, ale substancjalnie Federacja Rosyjska jest jego kontynuacją, a w „bywszym” imperium wewnętrznym i zewnętrznym rządzą nadal komunistyczne struktury, powiązane z moskiewską centralą. Komunizm nie tyle więc „został zdemontowany”, co… wyremontowany.

Lech Jęczmyk od lat twierdzi, że tym, co pomaga zrozumieć mechanizmy rządzące historią i polityką jest… literatura science fiction. I słusznie; dodam, że nie tylko jako gatunek literacki, ale i filmowy. W filmie „Coś” („The Thing”) Johna Carpentera z 1982 r. (i w prequelu z 2011 w reż. Matthijsa van Heijningena jra), polarnicy norwescy i amerykańscy badający Antarktydę odkrywają zamarznięte, zahibernowane od tysiącleci ciało pozaziemskiej istoty. Po rozbudzeniu z hibernacji (na skutek w gruncie rzeczy niezdrowej i zgubnej naukowej ciekawości!), na poły drapieżna, na poły pasożytnicza istota rozpoczyna, a właściwie wraca do realizacji swojego życiowego, zdeterminowanego przez biologię przeznaczenia i celu – ekspansji i dążenia do zdobycia jak najwyższej pozycji w ziemskim łańcuchu troficznym. Bezwzględnie dąży do podbicia nowego, obcego jej środowiska. Metodą ekspansji pozaziemskiej formy życia jest przybranie, czasowe przybranie zewnętrznych form typowych dla gatunków zamieszkujących Ziemię, a jednocześnie ich rekombinacja genetyczna. Pies zainfekowany obcym DNA po godzinie staje się pozaziemskim drapieżcą o fenotypie psa. Podobnie człowiek, po infekcji materiałem genetycznym kosmity przestaje być człowiekiem, potrafiąc jednak zachować ludzką formę zewnętrzną. Inwazyjny, pozaziemski gatunek, w celu zdobycia przestrzeni życiowej (nowych ofiar-żywicieli) posługuje się skutecznie niezwykle zaawansowaną mimikrą, dezinformacją; potrafi przybrać dowolną formę, by zaatakować daną, konkretną, docelową ofiarę. Potrafi przystosować się praktycznie do każdych warunków środowiskowych i uniknąć każdej metody, która miałaby na celu jego wykrycie. Jak ta „naturalna” dezinformacja oddziałuje na załogę zaatakowanych, a właściwie zinfiltrowanych i spenetrowanych stacji polarnych, nie trzeba dopisywać…

Nie wiem, czy sam Carpenter był tego świadom, ale film „The Thing” (a zwłaszcza postać kolektywnego, kolonijnego, przypominającego rój termitów obcego gatunku) jest doskonałą metaforą, ba, opisem komunizmu: jego istoty i zdolności adaptacyjnych. Komunizm to system, którego istotą jest totalitarna władza oraz sowietyzacja – hodowla nowego gatunku człowieka. Zarówno w teorii, jak i w praktyce komunizmu wszystko jest podporządkowane jednemu celowi – zdobyciu, sprawowaniu, utrzymaniu i ekspansji władzy przez wąską kastę rządzącą, wszystko inne jest formą, zależną od bieżących interesów i „mądrości etapu” – czy to ideologia, czy to forma organizacyjna struktur władzy. Cechą charakterystyczną i wynikającą z istoty komunizmu jest niebywała zdolność adaptacji do zmieniających się warunków: stałość celów strategicznych, przy dowolności taktyki działania. Jak pisał Włodzimierz Ilicz Lenin – komunizm to władza rad. Obojętnie, czy te rady kryją się pod nazwą WKP(b), KPZS czy Jedinaja Rossija, PPR, PZPR czy PO, KGB, FSB, WSI czy też może „Stowarzyszenia SOWA” – wszystko jedno! Czy raj krat zwie się ZSRS, czy Federacja Rosyjska – jak wyżej! 

Jęczmyk popełnia – dość powszechny na prawicy zresztą – błąd postrzegania komunizmu jako wyłącznie skrajnie antyreligijnej i zbrodniczej, posługującej się okrutną przemocą ideokracji. Toteż fakty przyznania pewnego marginesu swobód obywatelskich, przyznania koncesji Cerkwi (z kręgosłupem przetrąconym przez okrutne represje), powrót do kraju prześladowanych przez komunę  rosyjskich arystokratów, czy odwoływania się do dziedzictwa Rosji carskiej, Jęczmyk bierze za symptomy końca komunizmu. Tymczasem – mamy do czynienia z wdrażaniem przez czekistowski reżym koncepcji „państwa całego narodu” w miejsce dotychczasowej „dyktatury proletariatu”, który to proces trafnie opisał i przewidział Anatolij Golicyn. Christopher Story, zmarły w czerwcu 2010 roku brytyjski analityk komunizmu, trafnie określał system panujący w Rosji po pieriestrojce jako „komunizm ukryty”. Jęczmyk nie zauważa, a w każdym razie nie zwraca uwagi na jeszcze jeden aspekt komunistycznej dezinformacji: mianowicie na to, że sprytni czekiści mówią każdej „grupie targetowej” to, co chce usłyszeć.

Realne interesy

Być ten błąd Lecha Jęczmyka wynika z przyjęcia typowej dla większości konserwatywnych autorów, chrześcijańskiej wersji socjalizmu etycznego, którego sztandarowym zabobonem jest twierdzenie: „idee mają konsekwencje” i optymistyczne, magiczno-życzeniowe widzenie świata, w którym „dobro” w końcu zwycięża „zło”. Tymczasem ideologie to nic innego, jak legitymizacja władzy, zwłaszcza w takich czasach, jak obecne. A optymizm, jak nauczał Oswald Spengler – jest tchórzostwem, często nieuświadomionym brakiem odwagi zmierzenia się z otchłanią…

Jak ma się powyższe do tzw. „pojednania polsko-rosyjskiego”? Marks, Engels i Lenin twierdzili, że „religia to opium dla ludu”. Komunizm jest zatem z definicji antyreligijny, gdyż zwalczanie tradycyjnych dla danej zbiorowości religii służy po prostu bolszewickiej socjotechnice. Ale równie dobrze można – po eliminacji elementów opornych – daną religię dla tych celów przejąć. Tak uczyniono z RPC, przekształcając ją w „Żywą Cerkiew”, której cerkiew sowiecka po dziś dzień jest kontynuatorką; z kolei jednym z zamiarów tow. Andropowa było ustanowienie jako religii państwowej w ZSRS… islamu. 

Treść orędzia to, mówiąc dosadnie, propagandowy bełkot, więc zamiast ją analizować, zastanówmy się nad jego celami. Akt 17 sierpnia, powtórzony przez PRL-owski kler 9 września należy widzieć właśnie jako formalny akt nadania sowieckiej władzy legitymizacji religijnej, mający wzmocnić „pakiet kontrolny” Rosji Sowieckiej nad Polską. Z tej pozycji będzie zwalczany odtąd antykomunizm, który i tak jest nader wątły i nie ma żadnego realnego znaczenia politycznego, ale który sowieciarze – zarówno z Moskwy, jak i jej nadwiślańskich ekspozytur – muszą dusić w zarodku. Odtąd ci którzy wskazują na fakty – że Federacja Rosyjska to inkarnacja Sowietów, że współczesna „III RP” to w istocie podporządkowany Rosji Sowieckiej neopeerel – występują przeciw „chrześcijańskiemu pojednaniu Polaków z Rosjanami” i „katolików z prawosławnymi”. Antykomunista, ktoś, kto sowieciarzy umieszcza w kręgu podejrzanych o tragedię smoleńską czy choćby krytyk działań Kremla to od teraz „rusofob”, „nacjonalista” czy wręcz „rasista”, albo „wróg kościoła”. Wedle kłamliwej, propagandowo-dezinformacyjnej narracji, komunistycznym zbrodniarzom (komunizm traktuje się tu jako zjawisko historyczne, co też nie jest przypadkowe) należy pokornie i po chrześcijańsku (a jakże by inaczej!) „wybaczyć i prosić o wybaczenie”.

Co warto odnotować, „Operacja pojednanie” jest skrojona dla bardzo różnych grup docelowych – zarówno konserwatystów, dla których instytucjonalny kościół z zasady wymyka się wszelkim ocenom politycznym i moralnym oraz dla modernistów, których usta przepełnione są oświeceniowym bełkotem, a których marzeniem jest albo laickie (czy zgoła antyreligijne) demoliberalne państwo, albo synkretyczna religia w rodzaju New Age. Obserwując enuncjacje choćby Tomasza Terlikowskiego należy niestety przyznać rację brazylijskiemu analitykowi Olavo de Carvalho, który stwierdził niedawno (pisząc o tzw. „arabskiej wiośnie), że „[…] wielu tradycjonalistów katolickich, prawosławnych i muzułmańskich, skuszonych obietnicą zniszczenia „nowoczesnego świata” prawdopodobnie skończy jako najlepsi użyteczni idioci, jakich KGB kiedykolwiek miał do swojej dyspozycji.”

Tu przechodzimy do innego kontekstu operacji „pojednanie”: komunizm najprawdopodobniej przechodzi stopniowo z fazy stosunkowo, nomen omen aksamitnego „pieriestrojkizmu” do formy bardziej zjadliwej i jednocześnie bardziej podstępnej (biorąc pod uwagę zwłaszcza powszechne przekonanie o jego upadku i nieistnieniu), którą kiedyś roboczo określiłem jako „prawicowy NEP”. A przynajmniej stara się wdrożyć pewne jego elementy. Kolejna „pieriestrojka” jest warunkowana bliskim i niechybnym upadkiem realnego demoliberalizmu, w ramach którego neobolszewizm funkcjonował przez ponad dwie dekady; bliska jest także perspektywa kolejnej odsłony „Zimnej Wojny” z USA. Bolszewiccy i lewaccy inżynierowie dusz zdali sobie sprawę, że warunkiem dalszego sprawowania przez nich władzy jest zaadaptowanie pewnych elementów typowych dla prawicowego, czy też konserwatywnego ładu: m.in. religii, koncepcji hierarchicznego społeczeństwa czy konserwatyzmu obyczajowego. Putin i gang czekistów stawiają się w roli „obrońcy” „prawosławia” i „Świętej Rusi” przed feministkami z Pussy Riot i FEMEN-u profanującymi cerkwie i kościoły, z kolei zachodnie feministki zaczynają uznawać pornografię za „instrument ucisku ze strony patriarchatu” (bynajmniej nie sowieckiego), a za pornografię – wszystko, co z pornografią może się kojarzyć (i jako takie podlegać penalizacji).

W PRL-bis, „Operacja pojednanie” jest elementem tworzenia kontrolowanej opozycji, która docelowo może nawet zastąpić Platformę Obywatelską (i szeroko rozumiany „czerwony salon”) w roli „Partii Zewnętrznej”. Od ponad roku trwa hodowanie kontrolowanej neoendecji (właściwie - neoendekomuny) za pomocą kompleksowej kampanii dezinformacyjnej i propagandowej, w której Schwartzcharakterem są: USA, Żydzi („USrael”), wolnomularstwo, globaliści, Niemcy, a w której Rosja Sowiecka (i ChRL w tle) albo są w ogóle niewidoczne i co za tym idzie nie widziane jako zagrożenie, albo są przedstawiane jako zbyt słabe, by zagrożenie stanowić. W wersji skrajnej, miłujące pokój, tradycjonalistyczne i konserwatywne kraje takie jak Rosja Sowiecka, czerwone Chiny, Iran  czy Korea Płn. są przedstawione jako „ostatnie bastiony przeciwko macdonaldyzacji, coca-colocaustowi i demoliberalnej zgniliźnie”. Ta coraz głośniejsza propaganda trafia niestety na bardzo podatny grunt na polskiej prawicy. Ci, którzy – tak jak Pan Lech Jęczmyk – ją powielają, nie muszą być wcale zadaniowanymi agentami wpływu, co operacji nadaje jeszcze większą skuteczność i wiarygodność. 



Lech Jęczmyk, „Dlaczego toniemy, czyli jeszcze nowsze średniowiecze”, wyd. Zysk i S-ka, Warszawa 2011.

2012-07-13

Operacja "śnieżna rewolucja". Cz.3: Możliwe scenariusze

W zasadzie powinniśmy mówić o kilku wariantach tego samego scenariusza rozgrywających się właśnie wydarzeń w Rosji Sowieckiej: w dającej się przewidzieć perspektywie (20 – 30 lat) nie dojdzie tam raczej do żadnych realnych zmian politycznych. Paradoksalnie, im więcej się rzeczy się zmieni, tym więcej rzeczy pozostanie bez zmian. Niestety, najmniej prawdopodobnym, jeśli w ogóle jakkolwiek możliwym scenariuszem, są realne zmiany, czyli obalenie sowieckiej władzy. I to z kilku powodów.

Po pierwsze, mamy do czynienia z systemem władzy, którego pierwszorzędnym celem jest władza – jej utrzymanie, ekspansja i kontynuacja, który dopuszcza w tym celu wszelkie dostępne i skuteczne środki – od dezinformacji czy dopuszczania pewnego marginesu swobód, po rozwiązania siłowe: jak skonstatował kiedyś (zgodnie z faktami, a nie intelektualistycznymi mrzonkami) Carl Schmitt, suwerenem jest ten, kto ustala zasady gry i jest w mocy je realizować, także środkami ostatecznymi. Nie bez znaczenia jest tutaj długoterminowość neosowieckiej strategii działań politycznych.

Po drugie – na przestrzeni ponad dziewięćdziesięciu minionych lat (czasy carskie to już temat na zupełnie inną dyskusję) sowieciarzom udało się wyhodować w Rosji „nowego człowieka”: ludzi sowieckich, którzy w swojej masie funkcjonują zgodnie z interesami sowieckich elit i którzy nie są w stanie wytworzyć antysowieckiej kontrelity. Wobec tego obojętne jest, czy na demonstrację wyjdzie dziesięć, czy sto tysięcy ludzi (a w skali całej Rosji może circa miliona), skoro pozostali są albo całkowicie bierni (i odurzeni czymkolwiek, co zawiera alkohol), albo (nieważne, czy dobrowolnie czy z „uświadomionej konieczności”) akceptują kagiebowską dyktaturę, nie mówiąc już o członkach kilku-kilkunastomilionowej kasty czekistów.

Jakkolwiek trudno nie czuć sympatii do Rosjan – ofiar sowieciarzy, demonstrujących bunt przeciw nędzy egzystencji, czy też twierdzić, że wszyscy demonstranci z Moskwy, Petersburga i innych rosyjskich miast są agentami KGB-FSB, tak należy analizować rzeczywistość w oparciu o wyżej wymienione, realne i twarde mechanizmy polityki, ze szczególnym uwzględnieniem neosowieckich realiów. Wreszcie, przekonanie o „pokojowej rewolucji” czy „walce bez przemocy” z neobolszewickim totalitaryzmem, jest z gruntu utopijnym politycznym zabobonem. Tak samo jak wiara – skądinąd powszechna – w to, że dokona on cudownej „transformacji” w demokrację wedle jakiegoś  wzorcowego modelu. Zwłaszcza, gdy opozycja jest słaba, podzielona i nie ma instrumentów zapewniających możliwość zdobycia i utrzymania władzy; gdy z jednej strony składa się z naiwnych demoliberałów, którzy dążą do naprawy tych elementów systemu władzy, które uznają za „błędy i wypaczenia” i ustalenia wygodnego dla siebie „modus vivendi” z sowieciarzami (podejście to podziela większość zwolenników opozycji), a z drugiej – z nacjonalistycznego, komunistycznego i lewackiego betonu, który może z łatwością posłużyć choćby jako uzasadnienie dla rozwiązania siłowego; „walka z ekstremizmem” to zresztą jedna z ważniejszych narracji propagandowych czekistów. Przykładanie zachodnich pojęć politycznych do analizowania systemu totalitarnego o zupełnie innej racjonalności i „modalności” niż tzw. państwa normalne jest zupełnie pozbawione sensu.

Scenariusz 1 – kontynuacja „demokratycznej dezinformacji”

Bardzo prawdopodobnym scenariuszem rozwoju sytuacji jest zatem kontynuacja dotychczasowej polityki „demokratycznej” dezinformacji, której stare bolszewickie hasło „walki i porozumienia” nie jest wcale propagandowym sloganem, ale opisem taktyki działania. Z jednej strony bowiem obserwujemy zapowiedzi i przyznawanie (ograniczonych) koncesji wobec opozycji: przywrócenie bezpośrednich wyborów na gubernatorów podmiotów federalnych, poluzowanie zasad rejestracji partii politycznych, zapowiedzi uwolnienia części więźniów (w tym – politycznych). Obserwujemy też towarzyszącą temu „liberalną”, „demokratyczną” i „zachodnią” narrację czekistów: Putin deklaruje poparcie dla reform politycznych, ekonomicznych i socjalnych, jednocześnie ostrzegając (głównie opozycję i jej zwolenników) przed destabilizowaniem państwa. Znamienne w tym kontekście są też wypowiedzi Putina (pułkownika KGB) i wcześniejsza, Siergieja Iwanowa (generała KGB), twierdzących odpowiednio, że uliczne protesty to… „gorące dyskusje typowe dla nowoczesnej demokracji” oraz, że „protesty to dowód na istnienie demokracji w Rosji”.

Władza dokonuje wewnętrznych przetasowań: konsolidacji, a jednocześnie swoistej „decentralizacji”. Mówi się o stworzeniu dwóch „równoległych” rządów: pierwszym jest bezpośrednie otoczenie Putina złożone z kagiebowskiego betonu, drugim zaś – faktycznie podporządkowany pierwszemu – rząd „nowego” premiera Miedwiediewa złożony z „cywilików” i „liberałów”, wcześniej namaszczonych przez czekistów. „Pierwszy”, czekistowski „rząd” ma pełnić funkcję faktycznego ośrodka dyspozycji politycznych, natomiast konstytucyjny organ Miedwiediewa ma je wdrażać; wydaje się, że w razie kryzysu, w razie zaostrzenia sytuacji to właśnie rząd Miedwiediewa może wziąć na siebie jego ciężar, z kolei Putin i kagiebiści mogą odegrać rolę „rozjemców” czy „dobrego cara golącego brody bojarom”. Obecnie władza przechodzi do wdrożenia procesu kooptacji części opozycji do zewnętrznych kręgów władzy: ikona antykremlowskich demonstracji z przełomu 2011 i 2012 roku, bloger Aleksiej Nawalny został wybrany do rady nadzorczej Aerofłotu, głosami czekistowskiego oligarchy Aleksandra Liebiediewa, a „oficjalnie” – głosami akcjonariuszy mniejszościowych. Jednocześnie, w ramach dążenia do pełnego „zabezpieczenia terenu” (i tworzenia możliwości dalszych działań), z inicjatywy bezpieki powstała partia o jakże swojskiej nazwie: Platforma Obywatelska, pod przywództwem komsomolca Michaiła Prochorowa. To inicjatywa mająca skanalizować demoliberalną część aktywnego od ponad pół roku sowieckiego/rosyjskiego „ruchu oburzonych”.

Równolegle wobec opozycji stosuje się „klasyczne” i naturalne dla neosowieckiego systemu, policyjne i bezpieczniackie represje. Przejawem jest nie tylko rozgonienie przez bezpiekę i milicję „marszu milionów” czy o zamianę Moskwy w twierdzę podczas inauguracji „nowego” prezydenta, ale też o wprowadzenie drakońskich kar pieniężnych, administracyjnych i socjalnych za udział w demonstracjach, błyskawiczne uchwalenie ustawy uznającej finansowane z zagranicy NGO za „zagranicznych agentów”, a także kolejne zagranie kartą „ekstremizmu nacjonalistycznego” czy też islamskiego jako jednych z legitymacji sprawowania totalitarnej władzy. W równie błyskawicznym trybie uchwalono kolejną ustawę, która pod przykrywką „ochrony dzieci przed niebezpiecznymi treściami” służy faktycznie kontrolowaniu Internetu. Trwa także (już od 2005 roku) wdrażanie systemu totalnej inwigilacji obywateli (właściwie – sowieckich niewolników), w który wprzęgane są najnowsze technologie: system informatyczny EITKS („Jednolity System Telekomunikacyjno-Informatyczny”) ma dawać bezpiece szybki dostęp do danych każdego rodzaju o każdej jednostce, w tym: nagrań A/V, zdjęć, linii papilarnych, próbek tekstu pisanego, informacji nt. stanu zdrowia, karalności, a docelowo – nagrań głosowych (oraz identyfikacji na ich podstawie). Pod kontrolą FSB znajduje się każda praktycznie firma zajmująca się dostarczaniem usług teleinformatycznych.

Cel sowieciarzy jest jasny – zmienić wszystko tak, by nie zmienić niczego; zewnętrzna i wewnętrzna dezinformacja (omówione w poprzednich częściach cyklu) jest ściśle połączona z poszerzeniem bazy społeczno-politycznej systemu władzy oraz z neutralizacją elementów, które w czekistowskiej optyce mogłyby zagrozić władzy czy choćby doprowadzić do destabilizacji. „Demokratyczna” dezinformacja to zasłona dymna dla coraz bardziej intensywnej totalizacji wewnętrznej i coraz bardziej agresywnej polityki zewnętrznej neosowieckiego reżymu.

Na poziomie międzynarodowym, w ramach polityki opisanej w poprzedniej części cyklu, „demokratyczna Rosja” pod wodzą „demokraty Putina” z KGB-FSB prowadzi kampanie, w których przedstawia się jako „obrońca pokoju” w zapalnych punktach świata i „obrońca wolności”, zagrożonych nie przez kogo innego, tylko imperialistyczne USA, neonazistowski Izrael czy też krwiopijczych Saudów. Pierwszym przykładem jest kampania syryjska – można tu zaobserwować ewolucję taktyki Moskwy od jawnego i bezczelnego, werbalnego i militarnego wspierania damasceńskiego satrapy, po przyjęcie możliwości jego obalenia i utworzenia „rządu przejściowego” (byleby sowieci zachowali wpływy – jakże zatem „magdalenkowego” i „okrągłostołowego”!). Od agresywnej dynamizacji Moskwy i Pekinu przeciw Zachodowi na polu dyplomacji, po proponowanie wspólnego z Zachodem zakończenia rzezi.

Przykładem drugim jest farsa pod tytułem „Światowy Szczyt Mediów”, gdzie szefem szczytu jest prezes chrlowskiej agencji Xinhua, a Siergiej Naryszkin – pułkownik KGB pełniący obowiązki szefa Dumy – mówi o „bezpieczeństwie informacyjnym obywateli” czy o „przestrzeni informacyjnej”, pokrywającej się z terytoriami państw oraz – co w tym wszystkim najważniejsze – globalną regulację przestrzeni medialnej. Być może w tym kontekście należy widzieć niedawną aktywność „oddolnych” grup hakerskich i pirackich, na czele z Anonymous i Wikileaks: z jednej strony lewactwo (orkiestrowane z Moskwy) ma robić za „obrońców wolności słowa przed zakusami reakcji i imperialistów” (wprzęgając autentycznych wolnościowców), z drugiej – ma skłonić państwa i organizacje międzynarodowe do przyjęcia cenzury i kontroli mediów (w tym Internetu) proponowanej przez Rosję Sowiecką i Chiny (i wdrażanej wewnątrz).

Nawiasem, obalenie Putina w wyniku któregokolwiek z omawianych tu scenariuszy i przy wykorzystaniu opozycji jest możliwe, ale (przynajmniej w perspektywie przynajmniej zaczętej już kadencji) bardzo mało prawdopodobne. Zresztą to, czy Putin pójdzie „w otstawku”, czy też będzie sprawował urząd do 2024 roku, jak zapowiedział w zeszłym roku, jest sprawą drugorzędną. Przede wszystkim ze względu na stałość sowieckich, czekistowskich struktur władzy, a co za tym idzie – stałość kierunków polityki. Niestety, w odniesieniu do „post” sowieckiej Rosji prawdziwy jest aforyzm Leonida Szebarszyna, dawnego szefa PGU: „KGB nigdy nie umrze w Rosji. Tylko jego imiona są śmiertelne”. Putin to po prostu kolejny gensek, stąd paradoksalnie jego usunięcie (w taki czy inny sposób) wzmacniałoby jedynie demokratyczną dezinformację. Wiele jednak wskazuje na to, że Putin może powtórzyć wyczyn Józefa Wissarionowicza (pod względem długości sprawowania władzy). Przede wszystkim, czekistowskie „politbiuro” nie ma żadnej alternatywy, a Putin to jedyny – a w każdym razie najbardziej sprawdzony człowiek – który może realizować politykę (wewnętrzną i zewnętrzną) Kremla oraz firmować ją na poziomie propagandowym i dezinformacyjnym. Nie zmienia się konia w trakcie przeprawy – kontrolowana zmiana genseka w warunkach kryzysu może wymknąć się spod kontroli i zagrozić jej pomysłodawcom (względnie, ewentualnym puczystom).

Scenariusz 2 – rozwiązanie siłowe

W systemie sowieckim i neosowieckim, po odwilży zawsze następuje zaostrzenie reżymu, stąd też możliwe jest rozwiązanie siłowe – masowe użycie bezpieki i armii, represje, zabójstwa polityczne i sprokurowane zamachy. Możliwe też jest nastąpienie scenariusza 1 i 2 albo kolejno po sobie czy też naprzemiennie, albo wręcz jednocześnie; skoro za pierwszych Sowietów udawało się kamuflowanie ich totalitarnego charakteru, tak udaje się teraz. Ostatnia odwilż potrzebna była po to głównie, by zdezinformować Zachód, ale miała też swój wymiar wewnętrzny. Pozwoliła czekistowskiej władzy: po pierwsze na swoiste „rozpoznanie bojem” czy opozycja stanowi dla niej zagrożenie, po drugie – na sformułowanie i wdrożenie adekwatnej w jej optyce strategii i taktyki działania.

Jedną ze zmian, która może być przejawem przygotowania władzy między innymi na rozwiązanie siłowe, jest wspominane już w cyklu „okopanie się” kagiebowskich generałów w formalnie najwyższych instytucjach politycznych.

W artykule „Siłowy scenariusz Putina, Antoni Rybczyński opisuje – eksponowany kanałami nieoficjalnymi – zamiar, który jednoznacznie wskazuje na prawdopodobieństwo rozwiązania siłowego, a w każdym razie na przygotowanie do takiej opcji przez władzę: utworzenia kolejnej formacji bezpieki - „Gwardii Narodowej”: Miałaby się składać w większości z paramilitarnych sił bezpieczeństwa: pododdziałów Ministerstwa ds. Sytuacji Nadzwyczajnych i Wojsk Wewnętrznych MSW. Wojska Wewnętrzne liczą aż 182 tys. żołnierzy i w ostatnich latach były finansowo faworyzowane przez Putina. Wojsk Lądowych regularnej armii jest jednak prawie 1,5 raza więcej, a przecież w czasach pokoju żadnych funkcji bojowych one nie wypełniają. Stąd pomysł, żeby w skład GN weszła też część sił i środków wojsk powietrzno-desantowych. Powstałyby lekkie spadochroniarskie pododdziały wyposażone w transportery bojowe, górskie brygady strzelców zmotoryzowanych oraz oddziały specnazu GRU. Co więcej, do Gwardii miałaby też być wcielona policja wojskowa (ok. 20 tys. ludzi). W sumie Gwardia Narodowa miałaby liczyć 350–400 tys. etatowych żołnierzy. Przede wszystkim (nawet do 80 proc. składu osobowego) – żołnierze kontraktowi. Gwardia Narodowa miałaby podlegać bezpośrednio prezydentowi […], a jej zadanie sformułowano podobno bardzo ogólnie: zapewnienie bezpieczeństwa kraju i obrona konstytucyjnego porządku. Ponadto, na przełomie lat 2011/12, czyli w momencie najwyższej dynamiki protestów, władza zwiększyła pensje w bezpiece i wojsku pięciokrotnie, by zapewnić sobie lojalność aparatu terroru. Obserwując sytuację w Rosji Sowieckiej, można wnioskować, że władza gotowa jest praktycznie na każdy scenariusz, w tym także na dynamizację opozycji, masowe zamieszki i powtórkę rewolucji, jakie  miały i mają miejsce w części Maghrebu i Syrii, a przygotowania trwają już co najmniej od połowy roku 2011. Już w czasie grudniowych, zeszłorocznych protestów na ulicach Moskwy, w odwodzie stały wojska MWD, których dowódcy liniowi wiedzieli co robić, gdyby protesty wymknęły się spod kontroli…

Pomysłem całkowicie pomijanym przez analityków jest planowane rozśrodkowanie sowieckich ośrodków administracji państwowej i siedzib instytucji politycznych. Do 2014 – 15 roku z centrum Moskwy na Podmoskowie mają być przeniesione: administracja kremlowska, obie izby „parlamentu”, ministerstwa, sądy i inne federalne instytucje sowieckie. Poza tym, niektórzy członkowie sowieckiego establishmentu postulują… przeniesienie stolicy (albo części administracji) Federacji Rosyjskiej całkowicie poza  Moskwę – na Syberię albo do Władywostoku. Zarówno zakres planów utworzenia Gwardii Narodowej, jej liczebności i wyposażenia, jak i pomysły rozśrodkowania władz centralnych wskazują na dwie rzeczy. Po pierwsze, podczas rewolucji, rebelii i wojen domowych przyszłości najpewniej obróci się układ walczących sił: stolice i główne miasta  mogą zostać opanowane przez rebeliantów, natomiast bastionem władzy będą peryferie i interior. Rosja Sowiecka to – ze względów geograficznych przede wszystkim – idealne miejsce na realizację takiego scenariusza. Po drugie – wyżej wymienione są przygotowaniem nie tylko na ewentualność dynamizacji protestów w stronę rewolucji (czy wręcz wojny domowej), ale także (a może przede wszystkim?) przygotowaniami wojennymi na wypadek zmasowanego kontrataku z zewnątrz.

Tłem dla rozwiązania siłowego może być uderzenie kolejnego światowego kryzysu i skutki obniżki cen surowców energetycznych (na skutek „rewolucji łupkowej”). Zdaniem Igora Mielczuka, antykomunistycznego dysydenta od 1977 r. przebywającego w Kanadzie: jeśli ceny energii dramatycznie spadną, sytuacja wewnętrzna stanie się niebezpieczna. Wątpię jednak, że gniew społeczny będzie wówczas skierowany przeciwko władzom i klasie politycznej. Rosjanie nie są Europejczykami: będą nienawidzić Amerykanów i Europejczyków tak jak zawsze. Obawiam się, że rządzący gang uwolni wówczas kolejną falę „Wielkiego Terroru” przeciwko intelektualistom, Żydom i ludziom Zachodu […]. Mam jedynie nadzieję, że ta krwawa łaźnia pozostanie w granicach Rosji i nie rozleje się na zewnątrz [...]. W najgorszym scenariuszu, Rosjanie (i Rosja) pójdą na współpracę z radykalnym islamem: jest to dokładnie ta ideologia, której potrzebuje przeciętny Rosjanin (nawet, jeśli o tym nie wie). Jakkolwiek udział sowieciarzy w stworzeniu islamskiego radykalizmu jest faktem, tak – w przypadku globalnego kryzysu, wariantu siłowego i kolejnej fali „Wielkiego Terroru” – Rosja Sowiecka skonsoliduje się jeszcze bardziej nie tylko z pro moskiewskim fanatyzmem islamskim, ale także, a w zasadzie przede wszystkim, z komunistycznymi Chinami, być może rezygnując całkowicie z dezinformacji o „konflikcie i rozłamie”.

Scenariusz 3 – transformacja ustrojowa

W zasadzie byłby to wariant wewnętrzny któregoś z powyższych scenariuszy bądź obu z nich. Jest on bardzo mało prawdopodobny, nie jest jednak niemożliwy. Można sobie bowiem wyobrazić sytuację, w której – bądź to na skutek „radykalnej, rewolucyjnej transformacji” bądź „pokojowej rewolucji” zostaną wprowadzone mechanizmy formalnej demokracji, przy których uczciwe, obserwowalne i przejrzyste wybory prezydenckie wygrywa, większością pięćdziesięciu paru procent głosów… tow. płk. Władimir Putin. Albo ktoś przez Putina namaszczony (np. Prochorow), albo tacy demokraci jak tow. dr Giennadij Ziuganow czy Władimir Żyrinowski. Można sobie wyobrazić na sytuację, gdy w Dumie „Jedinaja Rossija” otrzymuje 47% mandatów, a pozostałe miejsca zajmuje KPRF, LDPR i… partia jednocząca tzw. „pozasystemową opozycję”, od dawnych oficjeli kremlowskich, po Kasparowa czy Nawalnego, służąc za swego rodzaju wentyl bezpieczeństwa. Przy obecnym układzie sił w Federacji Rosyjskiej, scenariusze tzw. „radykalnej transformacji” w stronę reżymu oficjalnie demokratyczno-liberalnego, oznacza transformację ustrojową, czyli transformację de facto w ramach ustroju, która polegałaby na tym, że neosowieckie elity zamieniają (pod wpływem głównie dynamiki wydarzeń) władzę bezpośrednią na władzę pośrednią.


Źródła:
1.     Symposium: Russians vs. Vladimir Putin?, http://frontpagemag.com/2012/02/24/symposium-putin-forever-1/ 
2.     „Putin deklaruje poparcie dla reform”, „Rzeczpospolita”, 26.VI.2012: http://www.rp.pl/artykul/29,895918-Putin-deklaruje-poparcie-dla-reform.html 
3.     / - / b.d., „Rosyjscy urzędnicy opuszczą centrum Moskwy”: http://www.rp.pl/artykul/29,859212-Rosyjscy-urzednicy-opuszcza-centrum-Moskwy.html 
4.     Piotr Kościński, „Rosyjski rząd walczy z ekstremizmem czy z opozycją?”, „Rzeczpospolita”, 25.VI.2012: http://www.rp.pl/artykul/29,898165-Rosyjski-rzad-walczy-z-ekstremizmem-czy-z-opozycja-.html 
5.     „W Rosji powstała Platforma Obywatelska!”: http://niezalezna.pl/29427-w-rosji-powstala-platforma-obywatelska 
6.     Andrzej Łomanowski, „Festiwal hipokryzji w Moskwie”: http://niezalezna.pl/30754-festiwal-hipokryzji-w%C2%A0moskwie 
7.     Lev Navrozov, „A warning to the West”: http://www.newsmax.com/navrozov/Vladimir-Putin-Russia-president/2012/06/29/id/444031 
8.     Antoni Rybczyński, „Carobójcy ostrzą noże”, „Nowe Państwo”, nr 2(72)/2012: http://www.panstwo.net/2210-carobojcy-ostrza-noze 
9.     / - / „Siłowy scenariusz Putina”: http://autorzygazetypolskiej.salon24.pl/408117,rosja-silowy-scenariusz-putina 
10.  / - / „Putina pomysł na Syrię”, „Gazeta Polska” nr 26/27.VI.2012: http://www.gazetapolska.pl/19995-putina-pomysl-na-syrie 
11.  Aleksander Ścios, „Oko wielkiego brata”: http://bezdekretu.blogspot.com/2012/07/oko-wielkiego-brata.html 
12.  Ciemność ze Wschodu. Wywiad z dr Przemysławem Żurawskim vel Grajewskim, „Magazyn Obywatel”: http://nowyobywatel.pl/2012/03/19/ciemnosc-ze-wschodu/


2012-06-20

Operacja "śnieżna rewolucja". Cz.2: Kontekst międzynarodowy

W sowietach (i starego, i nowego typu) polityka wewnętrzna jest ściśle sprzężona z polityką zagraniczną. Można wręcz powiedzieć, że polityka wewnętrzna jest pochodną polityki zagranicznej, nastawionej na dezinformację otoczenia międzynarodowego.

Polityka dezinformacji – strategiczna broń imperium

Operacje „liberalizacji” z wykorzystaniem koncesjonowanej i/lub z różnych powodów łatwej do kontroli opozycji mają swój wymiar dezinformacyjny. Głównymi celami są: uwiarygodnienie sowietów jako państwa ewoluującego w stronę demoliberalizmu bądź zbliżonego systemu, osłabienie międzynarodowych struktur politycznych Zachodu bądź pogłębienie istniejących podziałów, odciągnięcie uwagi od ekspansyjnej polityki zewnętrznej, zbrojeń itp. i wreszcie (zwłaszcza po roku 1991) – pogłębienie relacji gospodarczych i handlowych z Zachodem, co oznacza de facto ekspansję KGB i sowieckiej mafii oraz półpasożytniczą eksploatację Zachodu.

Praktycznie od obwieszczenia, że nowym „prezydentem Rosji” zostanie Putin, zachowanie kagiebowskiej grupy trzymającej władzę jest dziwnie sprzeczne: z jednej strony odwilż – ograniczona tolerancja wielotysięcznych demonstracji, dawanie pewnych koncesji opozycji, tworzenia „demokratycznych” i „liberalnych” rządowych think tanków dla dysydentów, antykorupcyjne kampanie.

Z drugiej strony – jednoczesna walka z opozycją: represje administracyjne i karne (łagodne, np. na tle ludobójstwa na Kaukazie czy morderstw o „nieznanym sprawstwie”), wycofywanie się z odwilży, czy też wreszcie jeszcze większe „okopanie się” najtwardszych czekistów, wzmocnienie aparatu represji i rozbijanie opozycyjnych demonstracji, począwszy od intronizacji „nowego” prezydenta (kiedy Moskwę zmieniono w twierdzę, gdzie nawet „sowki” nie mogły machać chorągiewkami na trasie przejazdu putinowskiego Mercedesa, a bezpieka zatrzymywała hurtowo zupełnie przypadkowych ludzi). 

Wygląda jednak na to, że taka polityka jest przemyślana. Na poziomie międzynarodowym, operacja „Wybory 2012” (której elementem jest „kontrolowana porażka" Putina i tymczasowa „odwilż”) to swego rodzaju zasłona dymna, pod którą kagiebowska grupa trzymająca władzę konsekwentnie realizuje swoją politykę. Chodzi z grubsza o to, by wywrzeć wrażenie „demokratyzacji”, „liberalizacji” i „przemian”, a także wrażenie wewnętrznego chaosu przy jednoczesnej pełnej kontroli nad sytuacją. To zresztą stała cecha polityki sowieckiej (zwłaszcza neosowieckiej): z jednej strony pełna kontrola i konsekwencja celów, a z drugiej – taktyczna giętkość i wrażenie niezborności oraz chaotyczności.

By jednak spróbować odpowiedzieć na pytanie, jakie są konkretne kierunki kombinacji operacyjnej „Wybory 2012”, należy najpierw przyjrzeć się najważniejszym celom polityki sowieckiej, zwłaszcza tych realizowanych od początku tzw. „ery Putina”.

Budowa „Bloku kontynentu”

W wymiarze wewnętrznym jest to rekonstrukcja i rekonsolidacja sowieckich struktur władzy, zarówno w samej FR, jak i w krajach „post-” komunistycznych. W wymiarze zewnętrznym – realizacja projektu geostrategicznego, który – w pewnym uproszczeniu – określany jest tako „projekt eurazjatycki”; jest to sieć sojuszy, która ześrodkowana jest na Rosji Sowieckiej i składa się z osi: Moskwa-Berlin-Paryż, Moskwa-Pekin (utworzenie SCO), Moskwa-Teheran (plus inne promoskiewskie kraje i organizacje muzułmańskie), Moskwa-Phenian, Moskwa-Ameryka Łacińska; kraje, w których na przełomie XX i XXI wieku doszli do władzy promoskiewscy  i propekińscy komuniści, socjaliści czy narodowa lewica.

Polityka ta jest sprzężona z wypieraniem USA z ich stref wpływów. Realną konsekwencją byłaby światowa hegemonia komunistycznych Chin i Rosji Sowieckiej, z czym zresztą elity obu tych krajów się nie kryją, a przykładem niech będą oficjalne wypowiedzi dwóch mózgów współczesnej sowieckiej strategii: Aleksandra Dugina i Siergieja Karaganowa. Dugin pisze o „światowej dominacji Uniwersalnego Imperium Eurazjatyckiego”, a Karaganow postuluje utworzenie „Światowego Dyrektoriatu”, złożonego ze „Związku Europy i Rosji”, czerwonych Chin i USA.

Rdzeniem eurazjatyckiego projektu geopolitycznego jest oś Moskwa-Pekin. Sino-sowiecka symbioza geostrategiczna (gdzie z oczywistych względów silniejszym elementem jest Pekin) obejmuje sojusz polityczno-wojskowy oraz współpracę gospodarczo-handlową. Dla Rosji Sowieckiej Chiny są dostarczycielem nowoczesnych technologii i inwestycji; z perspektywy Pekinu zaś, kagiebowskie państwo pełni rolę zaplecza surowcowego (i jednocześnie w 100% bezpiecznego, lądowego szlaku dystrybucji surowców), obszaru inwestycyjnego i głębokiego zaplecza geostrategicznego.

Projekt ten ma kilka form organizacyjnych, z których najważniejszą, najniebezpieczniejszą dla świata i jednocześnie najbardziej pomijaną w analizach jest Szanghajska Organizacja Współpracy: blok polityczno-wojskowy mający stać się eurazjatyckim odpowiednikiem UE i NATO. Pozostałymi są wojskowa ODKB (połączona w roku 2007 z SCO), gospodarcza EAWG i planowana Unia Eurazjatycka. Na poziomie globalnym zaś jest to BRICS (skrót od: Brasil, Russia, India, China, South Africa) mający w optyce sowieciarzy „przełamać ekonomiczną hegemonię Zachodu”.

Wydarzeniem o kluczowym znaczeniu, a które przemilczano jest wizyta Putina w ChRL, podczas której zawarto szereg porozumień politycznych, wojskowych i gospodarczych, przewidujących m.in. wzajemne koordynowanie polityk wojskowych (Moskwa i Pekin mają wzajemnie informować się o ruchach wojsk na Wschodzie i wystrzeleniach rakiet balistycznych), a także: dostarczanie ChRL przez sowiety gazu ziemnego, budowę przez ChRL infrastruktury przesyłowej i transportowej na terenie Syberii oraz udzielenie pożyczek sowieckim bankom przez chińskie. Porozumienia te formalizują uczynienie z Rosji Sowieckiej strategicznego „głębokiego zaplecza” czerwonych Chin.

Na kierunku zachodnim celem Moskwy jest zbudowanie zjednoczonej, prosowieckiej Europy. Chodzi tutaj o uczynienie z Europy Zachodniej rezerwuaru pieniędzy i technologii dla Rosji Sowieckiej, rozbicie politycznej jedności euroatlantyckiej (neutralizacja NATO i wyparcie USA), mniej lub bardziej sformalizowany akces do zachodnich struktur politycznych bądź przystosowanie istniejących już do realizacji swoich interesów oraz – w perspektywie rysowanej przez kremlowskich geopolityków – uzyskanie szerokiego dostępu do niezamarzającego Oceanu Atlantyckiego. Polityka ta realizowana jest dwoma równoległymi torami: po pierwsze przez przejmowanie projektu Unii Europejskiej, której ideologią jest polityczna poprawność, po drugie – przez budowę osi Moskwa-Berlin-Paryż, gdzie Niemcy, dążące do reaktywacji swojej dawnej, imperialnej pozycji pełniłyby rolę wielkorządcy Moskwy w Europie i reprezentanta sowieckich interesów.

Mający miejsce od roku 2008 proces reintegracji „dawnego” imperium sowieckiego (połączenia łączące demoludy z bezpośrednim spadkobiercą ZSRS nie zostały w zasadzie nigdy ani nigdzie przerwane) jest funkcją tej polityki. Poza tym, na najbliższe lata Kreml przewiduje finalizację i formalizację tej polityki w postaci utworzenia Unii Eurazjatyckiej.

„Reset”. Ukryta inwazja na Zachód

W lipcu 2010 roku Siergiej Karaganow (ważna figura „głębokiego cienia” sowieckiej polityki od trzech już dekad!) przedstawił na łamach „Rossijskoj gaziety” projekt „Związku Europy”, stworzonej z połączenia Rosji Sowieckiej ze zdominowaną przez Niemcy UE. Związek miałby się opierać na jednym traktacie założycielsko-zjednoczeniowym oraz czterech mniejszych, które ustaliłyby bądź regulowały różne poziomy współpracy (czyt. – wasalizacji Europy przez Sowiety): umowie energetycznej, wspólnej przestrzeni polityki zagranicznej, wspólnej przestrzeni gospodarczej i technologicznej oraz umowie regulującej wspólny rynek pracy. Co znamienne w kontekście, który jest tu poruszany, Karaganow przedstawiał tę wizją jako „ostatnią szansę” zarówno na wyciągnięcie Europy z cywilizacyjnego kryzysu, jak i na „konieczne zmiany w trapionej korupcją i zacofaniem Rosji”, tu i ówdzie posługując się skrojonymi odpowiednio, demoliberalnymi frazesami.

Koncepcje Karaganowa szeroko interpretowane były jako postulat, jednak gdy przyjrzeć się bliżej sytuacji politycznej w Europie i na świecie w ciągu ostatnich czterech lat, opisują one stan faktyczny. Można powiedzieć, że w latach 2008 – 2012 spełniła się kolejna z prognoz Anatolija Golicyna, opublikowanych w 1984 roku. Utworzono „neutralną” (w specyficzny sposób), „socjalistyczną” Europę, nastawioną nieantagonistycznie wobec Sowietów.  Finalizacja ekspansji Gazpromu – ekonomicznego ramienia neosowietów – jest w zasadzie kwestią techniczną.

Budowa zachodniej części „Bloku Kontynentu” (osi Moskwa-Berlin-Paryż) jest sprzężona z polityką rozbijania jedności NATO, a docelowo neutralizacji zarówno Paktu, jak i USA. Christopher Story, zmarły w czerwcu 2010 roku brytyjski analityk określił to mianem „wchodzenia Sowietów do obozu wroga”. NATO nie jest już nastawiona konfrontacyjnie, czy choćby defensywnie wobec Moskwy. Co prawda kością niezgody jest budowa tarczy antyrakietowej, jednak – mimo butnej i agresywnej dyplomacji sowieckiej, przywódcy zachodni (w tym kierownictwo Paktu) ścigają się w uspokajaniu sowieckich trepów, że „tarcza nie jest skierowana przeciwko Rosji” i w proponowaniu projektów współpracy z Moskwą. Swoją drogą – skąd taki zwrot w polityce amerykańskiej i NATO-wskiej po deklaracjach wycofania się z projektu tarczy antyrakietowej? Możliwą odpowiedzią może być to, że pewne kręgi wojskowe i wywiadowcze uznają Moskwę (i Pekin) za realne zagrożenie militarne i wiercą dziurę w brzuchu rządzącym demoliberalnym idiotom i agenturze. Jeśli mamy do czynienia z tą ostatnią, to dla uwiarygodnienia się i możliwości dalszego działania, musi ona sprawę jednostronnego rozbrojenia choćby częściowo oddać.

Trwa też transfer zachodniego parku technologicznego do Rosji Sowieckiej. Francja sprzedała okręty desantowe-doki klasy „Mistral”, ekwipunek dla żołnierzy piechoty, awionika „Sagem” i „Safran” oraz termowizory dla czołgów. Niemcy szkolą armię sowiecką w Mulino i wyposażają sowieckie wojska wysokogórskie operujące na Kaukazie. Włosi sprzedali sowietom lekkie BWP i samochody terenowe „Iveco” wraz z technologią ich produkcji.

Pod koniec 2011 roku Rosja Sowiecka staje się członkiem Światowej Organizacji Handlu, przy gromkich brawach całego chóru komentatorów wieszczących, że „niewidzialna ręka wolnego rynku” i „kapitalizm” z czasem doprowadzą do „ucywilizowania się" i „demokratyzacji” kagiebowskiej, neobolszewickiej hołoty. 

Komunizująca administracja obecnego prezydenta USA dokonuje wycofania tego kraju z własnego imperium zewnętrznego w Europie (w tym Środkowo-Wschodniej) poprzez redukcję zbrojeń niekonwencjonalnych i uznanie sowieckiej inwestytury na tym obszarze, jednocześnie skupiając się na Bliskim Wschodzie (i stopniowo przenoszą część sił w strefę  Zachodniego Pacyfiku gdzie oczekiwana jest konfrontacja z ChRL). Sowieckie koncerny zajmujące się wydobyciem i obrotem kopalinami wkraczają także na tereny anglosfery: w 2011 roku Rosnieft’ i Exxon Mobil podpisały umowę, która – oprócz profitów dla drugiego – umożliwi przejęcie przez sowieciarzy technologii wydobycia niedostępnych do tej pory złóż, z kolei w kwietniu br.  Wielka Brytania przystąpiła do Nord Stream. Symbolem dla wyżej opisanego procesu niech będzie rozmowa Obamy z Miedwiediewem o tarczy antyrakietowej, przypominająca rozmowę agenta z oficerem prowadzącym, czy wręcz szefem zachodniej rezydentury sowieckiego wywiadu.

„Demokratyczna” maskirowka

Jeśli okołowyborcze manewry umieścić w szerszym kontekście historycznym i politycznym, zwłaszcza ostatnich dwóch dekad pieriestrojkizmu-neokomunizmu, to wydają się one być bardziej zrozumiałe. Od pieriestrojki, głasnosti i sfingowanego „upadku” komunizmu, przetransformowane państwo sowieckie usiłuje wywrzeć na Zachodzie wrażenie, że zmierza w kierunku demoliberalizmu czy też innej „suwerennej demokracji”; że nie stanowi groźby dla otoczenia i że należy robić z nim interesy, a nawet konwergować się, w taki czy inny sposób. Była zatem próba „demokratyzacji” i „westernizacji” „postsowieckej Rosji” za Jelcyna, który po „zużyciu się” został zastąpiony przez równie, a nawet bardziej demokratycznego Putina i czekistów. W 2008 roku na stołku osadzono Miedwiediewa, który – rzekomo w kontrze do Putina – ma reprezentować „demokratyczne”, „liberalne” i „prozachodnie” oblicze czekistowskiej demokracji. System partyjny z kolei imituje zachodnie „pierwowzory”: jest „partia władzy” i partie koncesjonowanej opozycji. Teraz zaś przyszedł czas na „śnieżną rewolucję” i tymczasową "odwilż", która w tym kontekście jest po prostu kontynuacją i modyfikacją dotychczasowego kursu polityki dezinformacyjnej. Jakkolwiek zabrzmi to dziwnie i paradoksalnie, istnienie tzw. pozasystemowej, antyputinowskiej opozycji (słabej, z „wbudowaną” podatnością na sterowanie) jest korzystne dla neosowieckiego reżimu, jeśli w jego interesie jest (mniej czy bardziej pokraczne, to inna sprawa) imitowanie demokracji.

Agentura wpływu (orkiestra), użyteczni idioci (pudła rezonansowe), ale i życzeniowo myślący komentatorzy na Zachodzie mogą zatem (i muszą) podtrzymywać tezę, że neo-sowiety to tzw. „demokratyczne” czy choćby „normalne” i „prawie demokratyczne” państwo, „demokratyzujące się po jarzmie tatarskim, stuleciach caratu, 70 latach komunizmu i 20 postkomunizmu” i „nie aż tak totalitarne”, jak je malują różne prawicowe oszołomy. Jest pluralizm partyjny? Jest! Oprócz „Jedinoj Rossii” jest „socjaldemokracja”, KPRF i partia Żyrynowskiego oraz multum „opozycji pozasystemowej”. Da się – pomimo gróźb Putina i interwencji bezpieki – demonstrować na ulicach, organizować happeningi i flash-moby? Jednak daje się! Parędziesiąt tysięcy ludzi domaga się „Rossii biez Putina”? Drugie tyle z kolei deklaruje na ulicach poparcie dla towarzysza pułkownika. Można negocjować z kagiebowską władzą koncesje dla opozycji? Okazuje się, że można, nawet pomimo brutalności i buty bezpieki. W takiej sytuacji kagiebowscy władcy Kremla (dyrygenci, trzymając się odniesienia do Wołkowa) – na czele z S. Iwanowem, N. Patruszewem czy… samym Putinem – mogą (oczywiście tylko werbalnie) na użytek dezinformacji zagranicy przedstawiać się jako wzorcowi demokraci i reformatorzy, którzy „dostrzegają pozytywne strony obywatelskiej aktywności” Rosjan, czy też określają (Putin po drugim „Marszu Milionów”) protesty jako… „gorące dyskusje” i „norma demokratyczna”. Z kolei zachodni establishment (np. Pani Hillary Clinton) może sobie apelować do politycznego „rozsądku” Putina. 

Stopniowe przykręcanie śruby (rozbijanie demonstracji, areszty dla opozycjonistów, drakońskie grzywny za uczestnictwo w wiecach, zastraszanie dziennikarzy), które obserwujemy od „intronizacji” „nowego” prezydenta, jest niestety – jeśli spojrzeć przez pryzmat mechanizmów realnej polityki a nie liberalnego chciejstwa – naturalną reakcją rządzącej bezpieki. „Odwilż” była potrzebna, by omamić otoczenie międzynarodowe, wycofanie się z niej jest ze strony CzeKi komunikatem, że to ta właśnie grupa trzyma władzę. Tu właśnie przeciwstawia się „reformistów”, „modernizatorów” i „zapadników” z sowieckiej bezpieki, „oszołomom”: „nacjonaliście” i „kryptofaszyście” Nawalnemu czy „betonowemu komuniście” i „lewakowi” Udalcowowi. „Patriotycznego” Putina przeciwstawia się też opozycji rzekomo wspieranej z zagranicy, co jest z kolei elementem wojny informacyjnej przeciwko Stanom Zjednoczonym. Kreml może szantażować zagranicę widmem „recydywy komunizmu”, „zagrożeniem skrajnie prawicowym nacjonalizmem” czy ogółem „destabilizacją”, która byłaby następstwem demokratyzacji (skądinąd iluzorycznej).  Putin (wraz z całym czekistowskim establishmentem) przedstawiony jest zatem jako gwarant stabilności (jaka nie byłaby ona okrutna i zbrodnicza) i najbardziej optymalny „wybór”, natomiast opozycja jako dla tej stabilności zagrożenie.

Niedawno „niezależne” (dlaczego cudzysłów – poniżej) moskiewskie Centrum Badań Strategicznych, opublikowało analizę, prognozującą na najbliższą kadencję Putina nasilenie się konfrontacji władza-opozycja, niechęć władzy do nawiązania dialogu, uderzenie w Rosję Sowiecką światowego kryzysu (rozpad eurozony) i w konsekwencji – dojście do głosu opozycyjnych radykałów i protesty na terenie całego kraju, a w końcu do przedterminowych wyborów i „radykalnej transformacji systemu władzy”. Ośrodek ten sformułował Putinowi program wyborczy w 2000 r. Można więc twierdzić, że pełni on rolę jednego z liberalnych listków figowych neobolszewickiej władzy i do takich „niezależnych źródeł rosyjskich” należy mieć ograniczone zaufanie, gdyż poprzez nie sowieciarze przekazują otoczeniu to, co chcą przekazać. Prognoza ta wpisuje się w opisaną tu dezinformację - między wierszami można wyczytać, że: po pierwsze, establishment jest przygotowany na każdy scenariusz, łącznie z koniecznością zamiany władzy bezpośredniej na władzę pośrednią (tym realnie byłaby „demokratyzacja” i „radykalna transformacja”). Po drugie, analizując tego typu enuncjacje widać, że aktualnym interesem sowieciarzy jest rozpowszechnianie wrażenia słabości i niestabilności.

Jak zatem – na tle sytuacji międzynarodowej – widzieć wydarzenia ostatnich miesięcy w Rosji Sowieckiej? Ostatnia „odwilż” była potrzebna, a wręcz niezbędna sowietom właśnie po to, by móc kontynuować wyżej opisany „reset” ze Stanami Zjednoczonymi i krajami Europy Zachodniej, a także by odwrócić uwagę od ogłaszania i wdrażania ekspansywnych projektów politycznych. Ponadto, stworzenie pozorów „liberalizacji” i „przemian”, a jednocześnie słabości i rzekomej zewnętrznej niezborności jest potrzebne Moskwie w czasie, gdy zachodni demoliberalizm znajduje się w kryzysie, który może mieć dla Zachodu bardzo poważne konsekwencje, zarówno na poziomie wewnętrznym, jak i zewnętrznym. Równolegle służy ona tworzeniu „Unii Eurazjatyckiej” jako już sformalizowanego „ZSRS-bis”: moskiewska centrala może przedstawiać się jako paradoksalnie najbardziej „wolne”, czy też „najmniej totalitarne” państwo bloku; będzie można bowiem ukazać jako „złego bolszewika” Janukowycza, Łukaszenkę czy satrapów z Azji Środkowej. Kolejne konteksty, o których będzie mowa poniżej to: bardzo możliwa wojna Ameryki i Izraela z Iranem oraz przeniesienie „węzła” światowej geopolityki w obszar Azji Wschodniej i Zachodniego Pacyfiku.

Dezinformacyjna narracja Moskwy o „demokratyzacji” i „zmianach”, „chaosie” i „słabości” idzie w parze z otwartym manifestowaniem swoich celów i ich realizacją. Deklarowanie pokojowych zamiarów (wszak Sowiety zawsze „bronią pokoju”!), na przemian z groźbami, szantażem, i lokalnym stosowaniem terroru (wspieranie terroryzmu islamskiego, ludobójstwo na Kaukazie, agresja na Gruzję, Smoleńsk, zeszłoroczny zamach w Norwegii i nuklearne pogróżki ws. tarczy antyrakietowej), połączonym z równie destrukcyjną wojną ideologiczną. Okresowe „odwilże”, po których zawsze następuje zaostrzenie reżymu. Taka polityka powoduje choćby konfuzję u elit Zachodu, operujących wedle paradygmatu liberalnego, zakładającego przede wszystkim „robienie interesów” z każdym jako cel „polityczny” i brak pojęcia wroga. Kolejnym efektem jest to, że lwia część establishmentu krajów Zachodu chce wmawiać sobie, że „Rosja się demokratyzuje” (pomimo dowodów, iż jest to bzdura), czy też jest (choćby na skutek wewnętrznych ruchawek) zbyt słaba i zbyt anarchiczna na powzięcie jakichkolwiek działań o charakterze strategicznym (a jednocześnie na tyle silna, by uderzyć w „czuły punkt”). Jednocześnie te same zachodnie elity akceptują, czy choćby tolerują sowiecki totalitaryzm, ale pytanie „dlaczego” i próby odpowiedzi to już temat na zupełnie odrębną dyskusję.

Iran. Możliwość kolejnej „Proxy war” na Bliskim Wschodzie

Rozgrywanie kartą terroryzmu, orkiestrowanego przez tzw. „państwa bandyckie” (doktryna Busha nie umieszczała w tym gronie głównych dyrygentów – Moskwy i Pekinu) jest funkcją kierunku zachodniego Moskwy – przewiduje bowiem wciągnięcie i utrzymywanie Zachodu (na czele z USA) w stanie „wojny z terrorem”, której następnym frontem miałby być Iran i jego sojusznicy w tym rejonie (na czele z Syrią). Rosja Sowiecka wykorzystała amerykańską „wojnę z terrorem” po to, by rozpocząć politykę finlandyzacji Europy poprzez ekspansję Gazpromu oraz rozpoczęcie budowy antyamerykańskiego sojuszu z Niemcami i Francją. Jednocześnie mogła się stawiać na pozycji sojusznika państw zachodnich w tej wojnie, sama rzekomo zagrożona  „terroryzmem czeczeno-islamskim”, po cichu wspierając i rozgrywając terroryzmem i jego rozsadnikami. Prócz tego – zdaniem George’a Friedmana, dyrektora STRATFOR – wciągnięcie USA w wojnę w Afganistanie i Iraku pozwoliło Moskwie na stopniowe umocnienie wpływów w „byłym” sowieckim imperium.

Ewentualna, bardzo możliwa wojna z Iranem umożliwi Moskwie kontynuację tej polityki. W najbardziej prawdopodobnym wariancie, USA zajęte będą działaniami wojennymi przeciw Iranowi (najpewniej także Syrii, o ile reżym Assada nie upadnie wcześniej) i wspieraniem sojuszników na Bliskim Wschodzie (Izrael, Arabia Saudyjska, ZEA), natomiast Rosja Sowiecka będzie miała większe pole manewru nie tylko w przestrzeni sowieckiej (o czym pisze Friedman), ale też na odcinku zachodnim. Zresztą – na co wskazuje choćby Friedman – już samo związanie Ameryki wojną z podrzędnym przeciwnikiem jest dla Rosji Sowieckiej korzystne. Moskwa może na przykład – jak to czyniła do tej pory – przedstawiać się jako sojusznik zachodu w walce z wrażym, apokaliptycznym, szyickim fanatyzmem, oferując USA, Izraelowi oraz ich sojusznikom rozmaite koncesje. Drugą ręką będzie wspierać swojego sojusznika w Teheranie – czy to realnie, czy propagandowo, prowadząc np. dezinformację, w której Iran przedstawiony zostanie jako ofiara złych, imperialistycznych USA, a Moskwa – jako rzekomy obrońca suwerenności narodów zagrożonych „amerykańsko-żydowskim globalizmem”; co ciekawe i tragiczne jednocześnie, inspirowany przez sowietów pacyfizm ma swoją, całkiem silną, „prawą nogę”. W tym kontekście, nieprzypadkowy jest fakt zwiększenia aktywności sowieckiej armii na Kaukazie, czy sowieckiej aktywności politycznej w Azji Środkowej.

Trwająca obecnie wojna domowa w Syrii, pomiędzy prosowiecką dyktaturą Bashara Assada a Armią Wolnej Syrii jest dla Rosji Sowieckiej i czerwonych Chin poligonem doświadczalnym (gdzie oba państwa mogą testować wszystkie możliwe metody wojny, zarówno polityczne, wojskowe, jak i propagandowo-dezinformacyjne), a jednocześnie operacją oczyszczenia i zajęcia przedpola przed ewentualną wojną z Iranem. Jest to także wojna per procura pomiędzy Blokiem Kontynentalnym a Zachodem.

Dzięki kolejnej wojnie na Bliskim Wschodzie, sowieciarze mogą także kontynuować politykę finlandyzacji Europy i to niezależnie od tego, czy w zależności od kolejnych już wyborów w Grecji UE rozpadnie się, czy też nasilą się dążenia (najsilniejszych jej graczy) do przymusowej integracji. Po pierwsze, utrzymując pozycję sowieckich korporacji takich jak Gazprom, zwłaszcza w obliczu boomu łupkowego; tu także widzimy, że nieprzypadkowe było zakładanie przez Rosnieft’, TNK i Gazprom spółek joint venture z zachodnimi korporacjami. Po drugie, osłabione kryzysem i wykluczone ze światowej rozgrywki kraje europejskie mogą stać się polem wewnętrznej ingerencji i rozgrywki sowieckiej przy użyciu wolnej gry pomiędzy kontrolowaną przez Czerezwyczajkę lewicą, tzw. „skrajną prawicą” (pierwsza próba – Breivik i jego manifest) a rosnącymi w siłę islamistami – mniej lub bardziej propagandowo wykreowanym „zagrożeniem Eurabią”. Wobec elit Rosja Sowiecka będzie się przedstawiać jako sojusznik w walce o przymusową integrację i zapobieżenie rozpadu Unii. Wobec demoliberałów i socjalistów – jako wzór upadłej demokracji. Z kolei konserwatystom i nacjonalistom – jako „zdrowe, tradycjonalistyczne i autorytarne” remedium na „zgniły demoliberalizm”. 

Obecna „demokratyczna” maskirowka zwiększyłaby propagandowy, dezinformacyjny i psychologiczny efekt działań wojennych na Bliskim Wschodzie. Zresztą – uważny obserwator infosfery, w której roi się od sowieckiej agentury wpływu i użytecznych idiotów zauważy, że już sama możliwość wojny jest tak właśnie rozgrywana: „złe/imperialistyczne/masońskie/syjonistyczne” (niepotrzebne skreślić) USA, vs. „dobry/ konserwatywny” (jw.) Iran, a gdzieś w tle „demokratyzująca się/słaba/silna” Rosja Sowiecka.

ChRLowska aktywność na Pacyfiku. Możliwość kolejnej odsłony „sino-soviet split”

Zachodni komentatorzy polityczni wskazują coraz częściej na groźbę światowej hegemonii komunistycznych Chin. Jak pisze bloger Fox Mulder (H. Kozieł) w recenzji książki A. Bruneta i J.P. Guicharda, „[…] Chiny przez ostatnie 20 lat stały się drugą, jeśli nawet nie pierwszą potęgą gospodarczą i polityczną świata. […]. Udaje im się to osiągać za pomocą ofensywnego protekcjonizmu monetarnego, czyli znacznemu zaniżaniu kursu juana. […] ChRL posiada jeszcze jeden atut: ogromny rezerwuar niemal niewolniczej siły roboczej […], utrzymywany w posłuchu przez totalitarny aparat mafijnego państwa. […] Odkąd Chiny w 2001 r. wstąpiły do WTO, masakrują, za pomocą tej hipernieuczciwej konkurencji gospodarki państw rozwiniętych - przyczyniając się do postępującej ich dezindustrializacji i wzrostu bezrobocia, […] i potajemnie prowadzą do destabilizacji ich rynków długu. To otwarta wojna gospodarcza, w której rolę V-tej kolumny odgrywają wielkie koncerny masowo przenoszące produkcję do ChRL i jej państw wasalnych, dezindustrializując przy tym Zachód. W planach Chińczyków jest zastąpienie USA w roli światowego hegemona (po zniszczeniu Ameryki), a Europie wyznaczenie roli centrum turystyczno-rozrywkowego […].” Prócz tego, ChRL jest już faktycznym hegemonem w ramach „Bloku Kontynentu”.

Przed rokiem 1989 Zachód uległ złudzeniu, że można rozgrywać ChRL przeciw ZSRS natomiast obecnie, koncesje Zachodu wobec Moskwy mają osłabić ekspansję chińską. W czasach zimnej wojny wskazywano na sowiecko-chińskie różnice ideologiczne jako przyczynę przyszłego konfliktu, obecnie zaś przewiduje się, że wojnę spowodują dysproporcje demograficzne i gospodarcze. Jednak faktycznie, polityka ta oparta była i jest na fałszywych przesłankach: wszystkie różnice, drugorzędne pola konfliktu czy wręcz zaaranżowane konflikty to dezinformacyjny bluff z pozytywnym dla Moskwy i Pekinu skutkiem.

Strategiczny sojusz i brak konfliktu wynika po pierwsze z geografii, po drugie w strategicznych i bieżących celach politycznych elit obu krajów, które w sensie geopolitycznym stanowią dwie połowy „Heartlandu”. Rosyjska Syberia, Daleki Wschód i Azja Środkowa – teatr spekulowanej wojny sowiecko-chińskiej – to z racji ukształtowania terenu i panującego tam klimatu – strefy buforowe. Demograficznym środkiem ciężkości ChRL nie jest Mandżuria, tylko południowy wschód kraju, stąd parcie na Azję Południowo-Wschodnią, basen Pacyfiku Zachodniego i kolonizacja Afryki, podczas gdy Rosja Sowiecka stara się zreaktywować imperium sowieckie i zhołdować Europę Zachodnią. Oba kraje to państwa wielonarodowe, borykające się z separatyzmami. Wspólnym interesem jest także ograniczenie, a w dalszej kolejności wyparcie wpływów USA z obszaru Eurazji: zarówno z „przestrzeni sowieckiej” i Bliskiego Wschodu, jak i strefy Pacyfiku. Najważniejszym jednak czynnikiem jest długofalowa, światowa strategia polityczna. Oś Moskwa-Pekin jest warunkiem koniecznym dla realizacji globalistycznych ambicji zarówno czekistów z  Kremla/Łubianki, jak i towarzyszy z politbiura KC KPCh. Stąd też, sinizacja rosyjskiego Dalekiego Wschodu i Syberii, a finalnie wasalizacja całego obszaru Rosji przez czerwone Chiny to dla sowieciarzy z Kremla koszt konieczny udziału w globalnym podziale łupów. Paradoksalnie, Rosja Sowiecka może być mocarstwem (przede wszystkim hegemonem Europy) tylko jako satelita ChRL.

Póki co, światowy cel towarzyszy z „Nowego Zakazanego Miasta” realizowany jest metodami ekonomicznymi, przez uderzenie w rdzeń zachodnich systemów demoliberalnych. Trzeba być jednak naiwnym, by negować możliwość sięgnięcia przez nich po twarde środki ekspansji. ChRL oficjalnie afiszuje się z doktryną wojenną, w której głównym teatrem wojny jest obszar Zachodniego Pacyfiku, od północy ograniczany Wyspami Japońskimi, poprzez morza Wschodnio- i Południowochińskie, Cieśninę Malakka i Indonezję, po północną Australię i Diego Garcia na Oceanie Indyjskim (stąd też rywalizacja z Indiami o uczynienie z tego oceanu „Mare nostrum”). W chrlowskiej doktrynie wojennej kluczową rolę odgrywają „zewnętrzny łańcuch wysp” i „wewnętrzny łańcuch wysp”; są to odpowiednio: linia Mariany Północne – Guam – Karoliny – Palau  i Shikoku – Kyushyu - archipelag Ryukyu – Tajwan. Mariany Pn., Guam, Sfederowane Stany Mikronezji i Republika Palau są de facto częścią amerykańskiego imperium wewnętrznego (choć nie są stanami), natomiast wyspy znajdujące się na drugiej linii bądź pomiędzy tymi liniami należą do sojuszników USA. ChRL przeszły na przestrzeni ostatniego roku do fazy wysuwania roszczeń terytorialnych wobec Filipin, komunistycznego Wietnamu, Japonii i „tradycyjnie” Tajwanu.

Taka właśnie polityka czerwonych Chin nie dziwi, jeśli weźmie się pod uwagę główne potrzeby geostrategiczne i kierunki ekspansji tego kraju: oprócz kontrolą nad Azją Południowo-Wschodnią i ewentualnym „odzyskaniem” Tajwanu, panowanie nad Zachodnim Pacyfikiem zapewniłoby Pekinowi relatywnie swobodny kanał dostępu na Bliski Wschód oraz do krajów Afryki, które de facto są już chrlowskimi koloniami. Na poziomie globalnym – rywalizacji „Bloku Kontynentu” z USA i sojusznikami mielibyśmy wówczas do czynienia z oblężeniem USA ze wszystkich stron. Nie może to zatem pozostać bez reakcji USA, które ogłaszają swoją koncepcję wojny powietrzno-morskiej na Pacyfiku Zachodnim, nawet gdy chińskie groźby to bluff, a „najgorsze” co może się wydarzyć to np. „kolorowe rewolucje” na Filipinach, Indonezji czy w wyspiarskich państwach pacyficznych, w następstwie których chrlowska agentura przepędzi gwałcicieli i pedofili z USMC. Stąd też zapowiedzi wzmocnienia sojuszu z Australią i Nową Zelandią (również zagrożonymi przez ChRL) i próba pozyskania nowych sojuszników: Filipin, Malezji, Indonezji, a nawet ukłony w stronę Wietnamu, który do dziś nie wyjaśnił choćby sprawy amerykańskich POW.

Z czysto geopolitycznego punktu widzenia taka sytuacja oznacza – jak twierdzi choćby Józef Darski – zapowiedź konfrontacji amerykańsko-sowieckiej jako elementu „nowej zimnej wojny” z ChRL, zwłaszcza jeśli wybory prezydenckie jesienią 2012 roku wygra Republikanin. W tej sytuacji obie centrale „Eurazji” zmuszone są do ponownego rozegrania operacji „rozłam i konflikt”, w której tym razem to Moskwa będzie grać „dobrego” („demokratyzującego się”, „reformatorskiego”) bolszewika, być może oferując Zachodowi koncesje w konflikcie z Chinami, natomiast Pekin – „złego”; taka narracja jest zresztą już rozgłaszana, a „demokratyczna rewolucja” jest jej doskonałym dopełnieniem. Równocześnie jednak Moskwa i Pekin zapewne nie zrezygnują z otwartego manifestowania sojuszu – tak jak było to w przypadku wspierania Libii oraz baathystowskiej Syrii, czy w przypadku ostatnich (oczywiście nic nie znaczących) manewrów wojskowych SCO.


Źródła:

1.     Karol Bartosiak, „Koncepcja operacyjna wojny powietrzno-morskiej na Pacyfiku”: http://www.cafr.pl/?file_id=14
2.     Michał Bąkowski, „Wędzenia Europy ciąg dalszy”: http://wydawnictwopodziemne.com/2012/06/14/wedzenia-europy-ciag-dalszy/
3.     M.K. Bhadrakumar, „Run-up to Proxy War over Syria”, „Asia Times” 7 II 2012: http://www.atimes.com/atimes/China/NB07Ad01.html
4.     „O Rosji optymistycznie”. Wywiad ze Stanisławem Bieleniem: http://geopolityka.net/o-rosji-optymistycznie/
5.     Olavo de Carvalho, „Shutting off the gas”: http://www.theinteramerican.org/commentary/309-shutting-off-the-gas.html
6.     Gracjan Cimek, „Szybkim krokiem w kierunku świata wielobiegunowego”: http://www.geopolityka.org/komentarze/1458-szybkim-krokiem-w-kierunku-swiata-wielobiegunowego
7.     Józef Darski, „Nowa geopolityka”, „Nowe Państwo”, nr 2(72)/2012: http://www.panstwo.net/2196-nowa-geopolityka
8.     / - / „Rosja – NATO. I znów pod zaborami”, „Gazeta Polska” nr 21/23 V 2012: http://www.gazetapolska.pl/18697-rosja%E2%80%93nato-i-znow-pod-zaborami
9.     George Friedman, „Russia’s Strategy”, http://www.stratfor.com/weekly/russias-strategy
10.  / - / „Putin’s evolving strategy in Europe”: http://www.stratfor.com/weekly/putins-evolving-strategy-europe
11.  Krystyna Grzybowska, „I tak się kręci biznes z polityką”, Gazeta Polska nr 10/7 III 2012: http://www.gazetapolska.pl/15543-i-tak-sie-kreci-biznes-z-polityka
12.  / - / „Putin wiecznie żywy”, Gazeta Polska nr 19/9 V 2012-06-17: http://www.gazetapolska.pl/18113-putin-wiecznie-zywy
13.  Rosja staje się satelitą Pekinu, wywiad z Władysławem Inoziemcowem: http://www.rp.pl/artykul/9157,836914-Rosja-staje-sie-satelita-Pekinu.html
14.  Piotr Jakucki, „Stary nowy sojusz”: http://jakuccy.pl/stary-nowy-sojusz/
15.  Hubert Kozieł (foxmulder), „Chiny światowym hegemonem? Imperializm ekonomiczny Państwa Środka”: http://foxmulder2.blogspot.com/2011/10/recenzja-chiny-swiatowym-hegemonem.html
16.  / - / „Chiny bronią (werbalnie) swoich zbójeckich sojuszników”: http://foxmulder2.blogspot.com/2011/12/chiny-bronia-werbalnie-swych-zbojeckich.html
17.  „Eksperci – powrót Putina to kres złudzeń”: http://www.kresy.pl/publicystyka,opinie?zobacz%2Feksperci-powrot-putina-to-kres-zludzen
19.  Lev Navrozov, „China-Russia Alliance would create New World Order”: http://www.newsmax.com/navrozov/China-Russia-Alliance-Stalin/2011/08/25/id/408654 
20.  Jeffrey Nyquist, „Iran Crisis heats up”: http://www.theinteramerican.org/commentary/335-iran-crisis-heats-up.html
22.  Julian Pańków, „36% demokracji w Rosji”: http://liberte.pl/36-demokracji-w-rosji/
23.  Antoni Rybczyński, „Carobójcy ostrzą noże”, „Nowe Państwo”, nr 2(72)/2012: http://www.panstwo.net/2210-carobojcy-ostrza-noze
24.  Stratfor, „Russia’s shirting political landscape”: http://stratfor.com/analysis/russias-shifting-political-landscape-part-1-overview-political-changes 
25.  Witold Waszczykowski, „Pogoda dla Putina”, „Gazeta Polska” nr 20/16 V 2012-06-17: http://www.gazetapolska.pl/18394-pogoda-dla-putina
26.  „Ciemność ze wschodu”. Wywiad z dr Przemysławem Żurawskim vel Grajewskim, „Magazyn Obywatel”: http://nowyobywatel.pl/2012/03/19/ciemnosc-ze-wschodu/

2012-04-07

Wielkanoc 2012

Wszystkim Czytelnikom i Komentatorom mojego bloga życzę Zdrowych i Wesołych Świąt Zmartwychwstania Pańskiego!