Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcy. Pokaż wszystkie posty

2022-03-13

A więc wojna! Odpowiedź na Ankietę Wydawnictwa Podziemnego



1. Od wielu tygodni trwały demonstracyjne przygotowania sowieckiej Rosji do inwazji na równie sowiecką Ukrainę. Przygotowania w żadnym razie nie były kamuflowane. Komunistyczny prezydent Xi prosił jedynie Putina o niezakłócanie igrzysk; przywódca sowieckich liberałów Żirinowski jeszcze w grudniu zapowiadał: „wejdziemy do was 22 lutego”. Jak interpretować tę niewątpliwą „teatralność” wojennych przygotowań?

Zarówno ogłaszana wszem i wobec i trwająca de facto od zeszłego roku koncentracja wojsk sowieckich przy granicy Federacji Rosyjskiej i Ukrainy, jak i sama napaść mają za cel nie tylko efekt „kinetyczny” (o którym później), ale również informacyjny, jest to sygnalizacja strategiczna.

Agresja sowiecka na Ukrainę była konsultowana i koordynowana z komunistycznymi Chinami. Jeszcze przed rozpoczęciem działań wojennych Putin, Xi, Ławrow i Wang mówili o dwustronnej koordynacji działań wobec Ukrainy, co jest oczywiście funkcją strategicznej koordynacji polityki zagranicznej Pekinu i Moskwy. Już po agresji Rosji Sowieckiej, komunistyczne Chiny przyjęły postawę, którą można określić jako przychylna neutralność, albo inaczej, może bardziej adekwatnie, fałszywa neutralność. Pekin z jednej strony wzywa Federację Rosyjską i Ukrainę do zaprzestania działań wojennych i podjęcia rozmów pokojowych, z drugiej – nie wskazuje rzeczywistego agresora, sprzeciwia się określaniu inwazji jako inwazji, którą, podobnie jak Moskwa, określa jako „operację specjalną”. Ponadto w narracji Nowego Zakazanego Miasta, inwazji są winne… USA, NATO i sama Ukraina. ChRL wstrzymuje się od głosu bądź też otwarcie popiera Rosję Sowiecką podczas głosowań dotyczących agresji na forum ONZ i jej agendach. Pekin nie przyłącza się też do sankcji nałożonych po agresji na Moskwę  oraz otwartym tekstem te sankcje potępia. ChRL-owskie media (czyli organy KPCh) wprost popierają sowiecką inwazję i rezonują narracje wytworzone przez sowiecki aparat dezinformacji i propagandy. Co warte tutaj wspomnienia, ChRL poparła – zarówno przed inwazji, jak i w jej trakcie – roszczenia Rosji Sowieckiej wobec NATO i USA dotyczące rewizji systemu bezpieczeństwa w Eurazji. Całkiem niedawno Wang Yi określił relacje FR I ChRL jako „twarde jak skała”, Xi Jinping w rozmowie z Macronem i Scholzem ponownie zadeklarował, że nie potępi towarzyszy zza Amuru i nie przyłączy się do sankcji.

Z kolei w obliczu sankcji wolnego świata, komunistyczne Chiny dają czekistowskiemu reżimowi „kroplówkę” w postaci (trwającej już ponad 20 lat) współpracy gospodarczej, a konkretnie, aktualnie trwających bądź planowanych projektów, takich jak zakupy ropy naftowej i gazu ziemnego, surowców i produktów rolnych oraz współpracy w dziedzinie tworzenia alternatywnego wobec SWIFT systemu płatności. Pododnie było w przypadku Huawei, która to korporacja (wiadomo, że podległa chińskiej kompartii i wojskowej bezpiece) udzieliła Federacji Rosyjskiej pomocy w likwidacji skutków zachodnich cyberataków.

Wypowiedź Żyrinowskiego należy interpretować jako oznajmienie planów wojennych wierchuszki FR. Polityk ten był wykorzystywany do artykułowaniu tego, co „nie wypada” mówić otwartym tekstem przedstawicielom oficjalnych władz Rosji Sowieckiej.

Odnośnie „teatralności” tej wojny i „spiskowej teorii” o tym, jakoby Kreml celowo wdał się w wojnę z góry przegraną: może militarna przegrana Rosji Sowieckiej (skutkującą być może deputinizacją oraz wewnetrznym i zewnętrznym resetem) jest/będzie przykrywką dla wojny informacyjnej, ekonomicznej i rozmaitych działań „hybrydowych”, ale obejmujących cały świat? A może rację mają Jeff Nyquist czy Joel Skousen, którzy od ponad dwudziestu lat twierdzą, że rozpoczęcie przez Moskwę wojny na pełna skalę przeciw wolnemu światu nie jest kwestią „czy”, tylko „kiedy”? Może obserwujemy pierwszą (jeśli nie liczyć covid 19) ofensywę tej wojny? Skousen przewidywał jej rozpoczęcie właśnie na pierwszą połowę lat 20. tego stulecia. Tak czy inaczej, nawet, jeśli sowieckie tanki zagrzebią się w czarnoziemach Ukrainy, to niezależnie od jej wyniku, wojna ta ma już wpływ na cały świat.

2. Biorąc pod uwagę dość oczywistą polityczną spolegliwość Ukrainy wobec wschodniego sąsiada, jaki mógł być powód narodzenia się w głowach sowieckich strategów idei inwazji?

Skutkiem tzw. transformacji ustrojowej lat 1989-91 były następujące procesy: formalny rozpad ZSRS przy zachowaniu sowieckich struktur władzy, zachowanie więzów łączących peryferie dawnego sowieckiego imperium (wewnętrznego i zewnętrznego) z centrum w Moskwie oraz zmiana przez komunistyczne elity władzy bezpośredniej na władze pośrednią, kontrolę totalną na kontrolę strukturalną, funkcjonującą w środowisku neoliberalizmu. Ostatni proces daje podsowieckim narodom i elitom niekomunistycznym pewien margines swobody działania, co zapewne postrzegane jest przez neosowiecką centralę w Moskwie jako zagrożenie.

Badacze zajmujący się powyższymi procesami (m.in. Jeff Nyquist czy zmarli niedawno dr Jerzy Targalski i prof. Olavo de Carvalho) wskazywali na to, iż ewolucja komunizmu ma charakter cykliczny, w którym kolejno zachodzą po sobie fazy liberalizacji i totalitaryzacji. Podobny rozwój wydarzeń przewidywał Anatolij Golicyn. Obecnie ma miejsce faza totalitaryzacji, dość umownie można określić jej początek na lata 2008-10 i odpowiednio, napaść na Gruzję oraz „katastrofę” lotniczą w Smoleńsku.

A zatem pierwszym z powodów, dla których sowieccy stratedzy zadecydowali o inwazji na Ukrainę wydaje się być dążenie do wprowadzenia totalnej i trwałej kontroli Federacji Rosyjskiej nad krajami Międzymorza Bałtycko-Czarnomorskiego poprzez destabilizację tego obszaru.

3. Demonstracyjny atak na „suwerenne i demokratyczne państwo ukraińskie”, jak to oceniają zachodni politycy, musiał spowodować konflikt w stosunkach pomiędzy „Rosją” Putina a tak zwanym Zachodem. Dlaczego Kreml zdecydował się na ten krok?

Kolejnym kontekstem jest sowiecka „oferta” (a właściwie szantaż) wobec USA i państw członkowskich NATO wystosowana w połowie grudnia 2021 roku. W propozycjach tych mających za cel rewizję systemu bezpieczeństwa na korzyść Moskwy zawarto żądania m.in.: wycofania wojsk sojuszniczych NATO z nowych państw członkowskich, utworzenia strefy buforowej wokół granic Federacji Rosyjskiej i krajów OUBZ,  nierozszerzania NATO, niedopuszczenie przelotów bombowców i przepływu okrętów wojennych na terenach, z których mogłyby one razić cele w FR, nietworzenia baz wojskowych i nieprowadzenia aktywności wojskowej na terytorium Ukrainy i innych państw dawnych republik sowieckich, nierozmieszczania broni nuklearnej poza terytorium państw ją posiadających i likwidacji infrastruktury umożliwiającej jej przechowywanie i przenoszenie, nierozmieszczania rakiet średniego zasięgu poza NATO i w rejonach, z których możliwe jest rażenie Federacji Rosyjskiej oraz gwarancji  powstrzymania się od działań, które Moskwa uznaje za szkodliwe. Spełnienie całości, czy choćby części żądań Kremla skutkowałoby faktycznym paraliżem i likwidacją NATO. W optyce strategów czekistowskiej dyktatury Ukraina odgrywa w tej rozgrywce rolę zakładnika, którego losem sowieci chcą szantażować Zachód.

Z jakichś powodów, których do końca nie znamy, Rosja Sowiecka poczuła się na tyle silna, że może pod groźbą wojny szantażować USA i pozostałe państwa Zachodu. Groźba ta została właśnie zrealizowana.

4. Co stanowi cel działań wojennych?

Najprawdopodobniej celem działań wojennych sensu stricte było opanowanie Ukrainy w sposób przypominający niemiecki Blitzkrieg z drugiej wojny światowej i osadzenie w Kijowie prezydenta całkowicie uległego wobec Kremla (Janukowycz? Medwedczuk?). Plan ten się nie udał na skutek zaciekłego oporu Ukrainy, pomocy udzielonej jej przez Zachód (zwłaszcza USA, UK, Polskę i Turcję), a także rażącej i zaskakującej słabości sowieckiego agresora: niskiego morale oraz braków technologicznych i logistycznych w Siłach Zbrojnych FR. BWP 1 i 2, kołowe BTR-y, najnowsze GAZ „Tigr”, T 80, T 90, śmigłowce Ka-52 Aligator, baterie siejących postrach Iskanderów itp. okazały się w toku walk, (prawdopodobnie głównie na skutek wprowadzenia na pole walki otrzymanych od Turków BSP „Bayraktar TB-2”)  po prostu bardzo drogim złomem. Elitarne WDW i Specnaz Kadyrowa ukraińscy żołnierze (także z nieregularnej Teroborony i ochotniczych jednostek typu pułk Azow) dali radę skutecznie pobić.

Praktycznie od początku inwazji siły zbrojne FR zachowują się w sposób typowy dla sowietów, stosując terror: atakowanie celów cywilnych (w tym szpitali, szkół czy sierocińców), masakrowanie bezbronnych cywilów na ulicach, gwałty, grabieże, atakowanie i minowanie korytarzy humanitarnych.

Według części obserwatorów (na przykład pułkownika Piotra Wrońskiego, który przychyla się do tez i prognoz Golicyna), przegrana Rosji Sowieckiej może być przejściowa i realne są bardziej destrukcyjne działania, włącznie z tzw. deeskalacyjnym uderzeniem nuklearnym; już teraz potwierdzone są przypadki użycia przez sowieciarzy zakazanej konwencjami broni kasetowej czy bomb termobarycznych (najsilniejsze osiągają moc eksplozji rzędu kilku kiloton, czyli odpowiadająca ładunkom nuklearnym bardzo niskiej mocy). Stosowany jest terror nuklearny nie tylko w postaci groźby użycia broni nuklearnej, ale też skrajnie ryzykownego ostrzału elektrowni atomowych. Coraz bardziej realna jest  groźba  użycia broni chemicznej i biologicznej, ale nie w celu taktycznej/operacyjnej deeskalacji, tylko mordowania i terroryzowania: po pierwsze, cywili i władz ukrainskich, po drugie – Zachodu.

Poza tym, jeśli chwytamy się analogii historycznych, to niemiecki Blitzkrieg przeciw Polsce trwał znacznie dłużej, niż planował Hitler  i okupiony był bardzo dotkliwymi stratami po stronie niemieckiej. Praktyka sowieckich działań wojennych w trakcie II wojny światowej pokazała, że sowieci są w stanie poświęcić ogromną ilość ludzi (w tym wojsk własnych i ludności cywilnej), byle tylko osiągnąć swe cele.

5. Jaki może być ich dalekosiężny efekt?

Trudno w tym momencie prognozować, kto wygra tę wojnę. Sytuacja jest zresztą na tyle dynamiczna, że tekst ten może okazać się nieaktualny w momencie publikacji. Można jednak pokusić się o zarysowanie pewnych konsekwencji wojny i ogólnych tendencji.

Czeka nas bardzo poważny kryzys ekonomiczny, żywnościowy i paliwowy, który Rosja Sowiecka i komunistyczne Chiny będą wykorzystywać i aktywnie stymulowaćs. Ukraina i sowiecka Rosja należą do jednych z największych eksporterów zboża. Poza tym, należałoby przyjrzeć się temu, że jeszcze przed rozpoczęciem wojny, Chiny wykupiły ogromne zapasy tego strategicznego surowca. Rosja Sowiecka może też boleśnie uderzyć kontrsankcjami, np. embargiem na eksport ropy, gazu, niklu, wanadu, platyny co jeszcze bardziej podniesie ceny wszystkiego.  Prowadzona przez FSB, SWR i GRU oraz szczekaczki w rodzaju Russia Today czy Sputnik wojna informacyjna, psychologiczna i socjotechniczna, zarówno w Europie Wschodniej, jak i na Zachodzie będzie przybierać na intensywności, wraz ze skutkami wymienionego wyżej kryzysu.

Skoro padła tu (w odpowiedzi na pytanie nr 1) możliwość deputinizacji i pozornej demokratyzacji Rosji Sowieckiej, to nie jest to opcja niemożliwa, aczkolwiek można się jej spodziewać raczej w miarę rozwoju wydarzeń na ukraińskim teatrze wojennym. Tak samo jak puczu, którego inicjatorem byłby Putin, który przeprowadza już czystki w Służbie V FSB, odpowiedzialnej na wywiad zagraniczny. Wojna celowo wywołana po to, by dokonać takich czy innych roszad w aparacie władzy? Niewykluczone. Tak samo jak to, że wszelkie o tym rozważania to efekt dezinformacji i incepcji przez elity i opinię publiczną Zachodu starych dezinformacyjnych klisz o „walce gołębi z jastrzębiami”, Putina z Szojgu, z Nawalnym, ze starymi generałami, z oligarchami biedujacymi w wyniku sakcji itp. Ale za mało mamy na razie twardych danych, żeby jakkolwiek szerzej te wątki rozwijać.

Liberalizm realny i wszystkie jego miazmaty upadną najpóźniej w ciągu kilku najbliższych lat. Państwa zachodnie, czy patrząc szerzej, państwa wolnego świata albo wrócą w stare koleiny autorytaryzmu i hobbesowskiego „Lewiatana”, albo staną się totalitarne, na modłę ChRL i Rosji Sowieckiej i przy wsparciu tychże państw. Ba, tylko autorytaryzm (najlepiej tradycjonalistyczny i tożsamościowy) pozwoli obronić i zachować wolność!

Niezależnie od wyniku wojny, blok komunistyczny, a właściwie jego rdzeń w postaci sojuszu Pekin-Moskwa będzie się coraz bardziej konsolidował. Można spodziewać się całkowitej wasalizacji Federacji Rosyjskiej wobec ChRL, zwlaszcza w przypadku przegrania wojny na Ukrainie, przy czym będzie to paradoksalnie jedyna opcja dla Kremla.

W miarę działań wojennych i rozwoju sytuacji, pod wodzą USA (a właściwie elit wojskowych tego kraju) coraz bardziej będzie się konsolidował wolny świat, jednak pewne państwa zachodnie (na czele z Niemcami czy Francją, mimo próby ich „odwrócenia” przez USA, a lista ta z czasem się powiększy) będą się z tych dążeń wyłamywać i otwarcie sabotować, na przykład w kwestii kupna gazu i ropy naftowej, sankcji wobec sektora bankowego czy przyjmowania uchodźców. Dotychczas jednak, w czasie  rosyjsko-białoruskiej „Operacji Śluza”, koncentracji wojsk Rosji Sowieckiej na granicy z Ukrainą oraz samej agresji Rosji Sowieckiej, udało się znacząco wzmocnić wschodnią flankę NATO. Tragedia Ukrainy otworzyła także wielu ludziom oczy na to, czym jest współczesna, neobolszewicka Rosja. Internet i media społecznościowe zaczęły pękać w szwach od memów pokazujących zbrodniczy charakter putinowskiego, czekistowskiego reżimu, ośmieszających Putina i resztę sowieckiego naczalstwa (dowódca Rosgwardii generał Zołotow jako „generał Denaturow”), czy wreszcie znaków z przekreślonym sierpem i młotem.

Tekst pierwotnie opublikowany na stronie Wydawnictwa Podziemnego: http://wydawnictwopodziemne.com/2022/03/12/odpowiedz-na-ankiete-ukrainna-4/


 

2019-01-31

Huawei i Nord Stream 2. Jakie zagrożenie dla Polski stanowi oś Moskwa-Pekin?


Na łamach tego bloga poruszana była wielokrotnie tematyka partnerskich relacji pomiędzy komunistycznymi Chinami a neosowiecką Federacją Rosyjską. Relacje te – określane przez elity obydwu państw jako „strategiczne partnerstwo” – choć nie są sojuszem formalnym, mają charakter sojuszu de facto. Polityczna, ekonomiczna i strategiczna współpraca Rosji Sowieckiej i ChRL jest instrumentem umożliwiającym obydwu państwom realizację swoich mocarstwowych interesów. 
Poniżej omówimy dwa wydarzenia, które są kolejnymi przykładami tego sojuszu, i to bezpośrednio oddziałującymi na nasz kraj.
15 stycznia, rzecznik chrlowskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Hua Chunying stanęła w obronie projektu Nord Stream 2, realizowanego z jednej strony przez sowiecki Gazprom, a z drugiej przez europejskie, głównie niemieckie korporacje energetyczne. Wypowiedź chińskiej polityk była reakcją na amerykańskie zapowiedzi sankcji dla podmiotów zaangażowanych w Nord Stream 2, a jak spekuluje Wojciech Jakóbik z portalu biznesalert, mogła to być odpowiedź na "spontaniczne" pytanie rosyjskiego dziennikarza. Co oczywiste i warte zauważenia, do obrony Nord Stream 2 przez komunistyczne Chiny odniosła się pozytywnie Moskwa.
Jeszcze zaś przed regularną konferencją rzecznik chińskiego MSZ, zatrzymano w Polsce (prawdopodobnie „na telefon” z Waszyngtonu i na fali zwalczania tej firmy przez USA i najbliższych sojuszników), dwóch pracowników Huawei podejrzanych o szpiegostwo dla komunistycznych Chin. Jeden z nich to Polak, swego czasu wysoko postawiony oficer służb specjalnych. Tak, jak Gazprom, Nord Stream i podobne przedsięwzięcia są instrumentem polityki Rosji Sowieckiej, tak Huawei jest instrumentem polityki ChRL. Huawei kierowana jest przez wysokich oficjeli KPCh i oficerów II i IV Departamentu ChALW (bezpieki wojskowej). Służy elitom KPCh jednocześnie jako aktyw wywiadowczy, propagandowy i finansowy.
Według cytowanego przez biznesalert Wall Street Journal, Huawei może przekazywać uzyskane przez siebie informacje i inne aktywa (między innymi poprzez pracowników/szpiegów) bezpiece Rosji Sowieckiej. Choć świadczyć mają o tym zaledwie poszlaki, to mogą one okazać się prawdziwe. Przypadki współpracy chińskich i sowieckich specsłużb miały miejsce na przykład w sprawie Snowdena czy Lee. Przypuszcza się też, że służby obu państw mogły współpracować przy prowadzeniu zatrzymanego za szpiegostwo Mateusza Piskorskiego - de facto agenta wpływu, organizującego prosowiecki i prochiński ruch polityczny.
Co jest najważniejsze w ostatnich chińskich deklaracjach i działaniach i co oznaczają one dla Polski?


Rosja Sowiecka jest najważniejszym sojusznikiem Chin, niezbędnym wręcz dla zdobycia i utrzymania roli mocarstwa o aspiracjach globalistycznych, w tym do ekspansji na teren Europy, zarówno Środkowo-Wschodniej, jak i Zachodniej. Dlatego też Chiny muszą wspierać Rosję Sowiecką, czy to w warstwie gestów i symboli, jak i realnie: dwa lata temu temu takim wyrazem poparcia były manewry "Morskie Współdziałanie" na Morzu Bałtyckim, a teraz poparcie wobec Nord Stream 2. Z perspektywy Moskwy chińskie wsparcie dyplomatyczne, polityczne, finansowe i (pośrednio) wojskowe jest potężnym zastrzykiem sił i środków niezbędnych dla utrzymania hegemonii na terenie Europy Środkowo-Wschodniej, a także wasalizacji Europy Zachodniej przy pomocy ekspansji ekonomicznej oraz „tradycyjnej” dla ZSRS/Federacji Rosyjskiej agentury politycznej i użytecznych idiotów z całej sceny politycznej.
Komunistyczne Chiny włączają się coraz bardziej w sowiecko-niemiecki tandem oraz w "kondominium" nad Europą Środkowo-Wschodnią, lecz nie jako konkurent czy wróg Moskwy, ale jako partner, gdyż to właśnie triumwirat sino-sowieto-germański umożliwi wszystkim stronom wspólne roztoczenie hegemonii w Eurazji. Nie sposób tu uniknąć odniesienia do ostatnio coraz śmielej artykułowanego projektu utworzenia Bloku Kontynentu/Wielkiej Eurazji, który ma zintegrować Europę, Federację Rosyjską oraz Chiny, w oparciu o "oś" Berlin-Moskwa-Pekin, i być powiązany sowiecko-niemieckimi gazrurami oraz chińskimi "Jedwabnymi Szlakami", chroniony przez sino-rosyjską kooperację wojskową.
Warto zwrócić również uwagę na bieżący kontekst. Zarówno Chiny, Rosja Sowiecka, jak i Niemcy po prostu muszą coraz śmielej bronić swoich interesów i wspierać się wzajemnie na arenie międzynarodowej (werbalnie bądź realnie) w obliczu coraz bardziej asertywnej polityki USA i ich sojuszników, gdyż planowane stworzenie alternatywnego w stosunku do Gazpromu systemu dystrybucji gazu ziemnego, planowane wzmocnienie obecności wojskowej USA w Europie Środkowej, oraz last but not least kryzys neokomunizmu w wersji Latino (zwycięstwo Bolsonaro w Brazylii i widmo obalenia Maduro w Wenezueli) czy powzięcie działań przeciwko Iranowi może spowodować co najmniej przyhamowanie budowy "Bloku Kontynentu".
Z punktu widzenia Polski, komunistyczne Chiny są zatem największym sojusznikiem naszych największych wrogów: Rosji Sowieckiej i Niemiec, oraz adwokatem ich współpracy i w coraz większym stopniu trzecią stroną tego układu. Wejście Chin do naszego rejonu i kraju oraz wzmocnienie przez nie Rosji Sowieckiej i Niemiec będzie oznaczało wzmocnienie czekistowskiego, korupcyjnego i kleptokratycznego neosowietyzmu zastrzykiem finansów, nowych technologii i know-how służących totalitaryzmowi. Wzmacniająca pozycję Rosji Sowieckiej chińska ekspansja już znajduje poklask wśród lokalnych elit, i to niezależnie od podziałów politycznych czy historycznej genezy. Jedyna różnica polega na tym, że jedni będą wspierać ChRL chcąc realizować swoje partykularne interesy grupowe/klasowe, a drudzy będą się łudzić mitami o Nowym Jedwabnym Szlaku jako alternatywie dla Rosji Sowieckiej (albo dla Stanów Zjednoczonych ze stolicą w Tel-Awiwie). Fakty jednak mówią coś dokładnie odwrotnego.
Najprawdopodobniej w ciągu tego roku spełni się jeden z dwóch scenariuszy prognozowanych przez dra Jerzego Targalskiego, albo – z pewnymi modyfikacjami – scenariusz destabilizacji wg płk Piotra Wrońskiego. Wówczas – po krótkim interwale, jak w latach 1991-92 i 2005-10 powróci tandem sowiecko-niemiecki, wzmocniony aktywami chrlowskimi.
***
Niedawno Antoni Macierewicz udzielił w Radiu Wnet wywiadu, w którym stwierdził, że ChRL pełnią w tandemie z Rosją Sowiecką rolę pomocniczą. Przy całym szacunku wynikającym z tego, że Pan Macierewicz jest jedną z niewielu osób rozumiejących sino-sowiecką długofalową strategię podboju, warto słowa ministra doprecyzować.



Jak wygląda (czy też może wyglądać) wewnętrzny mechanizm tego sojuszu? Wielokrotnie używałem w jego opisie określenia go mianem symbiozy. Jest to pojęcie zaczerpnięte z nauk przyrodniczych, oznaczające zależność, w którym jeden gatunek daje drugiemu to, czego sam nie posiada lub nie wytwarza.
ChRL dysponuje – w porównaniu z Federacją Rosyjską – ogromnym potencjałem demograficznym oraz bogactwem, a także bardzo zaawansowanym parkiem technologicznym, na czele z technologiami informatycznymi (włącznie ze sztuczną inteligencją czy szatańsko skutecznymi systemami inwigilacji obywateli) czy nawet technologią modyfikacji DNA człowieka. Rosja Sowiecka zaś ma przewagę w dziedzinie wojskowej (mimo zacofania względem USA i Zachodu), a także potencjału surowcowego, geograficznego i strategicznego.
Jeśli Macierewiczowi chodzi właśnie o potencjał strategiczny, to ma rację – to Moskwa rozpoczęła wdrażanie długofalowej sowieckiej strategii. Koncepcje geostrategiczne realizowane przez Moskwę przy udziale Pekinu to dzieło bolszewików rosyjskich: Karaganowa, Dugina, Primakowa, wreszcie – Ławrowa i Putina. Organizacje międzynarodowe, które są instytucjonalnymi emanacjami Bloku Wschodniego są niejako pokłosiem tych koncepcji. Tak jest na przykład w przypadku SCO, OUBZ, EAUG czy głośnego ostatnio Projektu Partnerstwa Wielkiej Eurazji. Wreszcie, Federacja Rosyjska jest państwem rządzonym przez korporację czekistów, z całym dobrodziejstwem inwentarza: monstrualnie rozbudowanym aparatem bezpieczeństwa i wywiadu, zdolnym realizować wielopiętrowe operacje polityczne, dezinformacyjne, infiltracyjne i tzw. „hybrydowe”. Komunistyczne Chiny, realizując swój interes, po prostu podłączają się pod koncepcje stworzone i wdrożone przez Kreml.
W taki właśnie sposób Rosja Sowiecka i ChRL wzajemnie się uzupełniają, realizując swoje własne partykularne interesy.

2018-09-16

Strategia Niemiec. Zjednoczona Europa, Wielka Eurazja i "nowy porządek świata"


22 sierpnia w dzienniku „Handesblatt” ukazał się artykuł autorstwa Heiko Maasa zatytułowany „Making plans for a New World Order”. Można byłoby przejść nad jego treścią do porządku dziennego, gdyby nie osoba autora – Heiko Maas jest aktualnym ministrem spraw zagranicznych Niemiec i znaczącą figurą w rządzącej SPD, to po pierwsze. Po drugie, artykuł jest symptomem coraz bardziej śmiałego wyrażania faktycznych celów polityki zagranicznej Niemiec, z których najważniejszym jest przywrócenie Niemcom statusu mocarstwa, co najmniej regionalnego, pod przykrywką Zjednoczonej Europy, wyparcie z Europy USA, a w dalszej, aczkolwiek jedynej realnej konsekwencji, stworzenie „Bloku Kontynentalnego” z głównym udziałem Federacji Rosyjskiej, Chin oraz pomocnicznym udziałem Iranu i (coraz bardziej islamizującej się) Turcji.





Heiko Maas stwierdza między innymi, że interesy i priorytety polityki USA i państw Europy, w domyśle: Niemiec przede wszystkim, już od dawna się rozmijają, a kadencja Donalda Trumpa jest tutaj nie tyle przełomem, co katalizatorem tego rozłamu. Rozbieżności te są też na tyle długofalowe, że przetrwają epokę Trumpa. Dlatego między innymi – pisze niemiecki minister spraw zagranicznych – należy stworzyć nowy „biegun” na geopolitycznej mapie świata: zjednoczoną, suwerenną, i coraz bardziej emancypującą się od opieki Waszyngtonu Unię Europejską.

Nowa, suwerenna Europa ma stać się – jak pisze Maas – „przeciwwagą” dla USA i „jednym z kamieni węgielnych nowego porządku światowego”, który to ma oparty być o paradygmat „wielobiegunowości”. Suwerenność nowej Unii Europejskiej ma opierać się na dwóch filarach: pierwszym jest tworzenie własnego, europejskiego systemu obronności i bezpieczeństwa, działającego jednocześnie w ramach NATO i dublującego struktury Paktu Północnoatlantyckiego, drugim zaś, europejski system monetarny i finansowy, którego głównymi elementami miałyby być system transferu finansowego alternatywny wobec SWIFT oraz Europejski Fundusz Walutowy, niezależny od Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Postulaty te oznaczają zakwestionowanie światowej hegemonii USA w sferach polityczno-militarnej, gdyż stworzenie europejskiego systemu bezpieczeństwa oznaczałoby stworzenie struktury konkurencyjnej wobec NATO oraz finansowej i gospodarczej. Dodatkowo, utworzenie i umocnienie wspólnego, europejskiego systemu bezpieczeństwa dawałoby Unii Europejskiej podstawowego atrybutu suwerenności – możliwości dezyzji o użyciu siły militarnej, która może być używana zarówno w misjach pokojowych czy antyterrorystycznych w strefie Sahelu czy na Bliskim Wschodzie, ale równie dobrze – w pacyfikacji zbuntowanych prowincji Eurolandu, albo w dalekiej perspektywie (choć teraz wydaje się to być political fiction) – we wspólnych manewrach z siłami zbrojnymi Federacji Rosyjskiej i ChRL.

Warto zauważyć, iż Heiko Maas w swoim artykule używa właśnie pojęcia „wielobiegunowego porządku świata”, które doskonale znamy z wystąpień, przemówień, artykułów i książek... Siergieja Karaganowa, Aleksandra Dugina, Władimira Putina czy Xi Jinpinga. W polityce zagranicznej Niemiec, za którą aktualnie odpowiedzialny jest Maas, od wielu już lat dominuje tendencja do stworzenia sojuszniczych, przyjaznych relacji z ZSRS/Federacją Rosyjską. Wystarczy przytoczyć przykłady z ostatnich kilku miesięcy. Jako pierwszy można wymienić spotkanie Merkel-Putin w Meseburgu, z którego niewiele wyciekło do mediów, oprócz wspólnych deklaracji o obronie gazociągu NS-2 przed ingerencją z zewnątrz. Wraz z Putinem, Niemcy odwiedził wówczas nie kto inny, tylko gen. Gierasimow, szef gensztabu sił zbrojnych FR i autor aktualnej strategii militarnej, ale i politycznej i dezinformacyjnej Rosji Sowieckiej. Na początku września tego roku rozpoczęto już budowę Nord Stream 2, a Nord Stream 1 funkcjonuje od dawna. Tak samo jest z wieloletnią współpracą korporacji niemieckich z sowieckimi. Ponadto, z samych reguł geopolityki wynika, że jeśli Niemcy chcą uzyskać pozycję mocarstwową na arenie międzynarodowej, niezależną od obecnej (faktycznej, aczkolwiek częściowej) protekcji Waszyngtonu, to muszą zwrócić się w kierunku Moskwy.



Warto zwrócić uwagę również na to, iż jednocześnie z planami utworzenia europejskiego „superpaństwa” pod wodzą Niemiec, przywódcy Rosji Sowieckiej i ChRL wspólnie, otwarcie lansują koncepcję „Partnerstwa Wielkiej Eurazji”. Postulat ten został przywołany w ostatnim czasie najpierw podczas szczytu ASEAN na początku sierpnia, a kilka dni temu podczas Wschodniego Forum Gospodarczego we Władywostoku (które zbiegło się w czasie z sowiecko-chińskimi manewrami Wostok 2018). Projekt „Wielkiej Eurazji” docelowo zintegrować ma Szanghajską Organizację Współpracy (opartą na osi Moskwa-Pekin), Eurazjatycką Wspólnotę Gospodarczą (opartą na dominacji Moskwy), chińską Inicjatywę Pasa i Szlaku, ASEAN, BRICS, BRICS+ (BRICS plus Turcja i Indonezja) oraz – jak chciałby Siergiej Ławrow – Unię Europejską. Koncepcja zjednoczonej, suwerennej Europy w formie, jaką postuluje Heiko Maas (ale i inni czołowi politycy krajów UE, na przykład Merkel i Macron czy też eurokraci z Brukseli) jest w pełni komplementarna wobec projektu „Wielkiej Eurazji” i wręcz niezbędna do jego pełnej realizacji. W najbliższym czasie należy się zatem spodziewać stopniowego, powolnego, ale konsekwentnego i systematycznego zacieśniania i scalania Unii Europejskiej, współpracy Berlin-Moskwa oraz osi Moskwa-Pekin.

2018-02-04

Trendy, analizy i prognozy (1)

Większość noworocznych podsumowań skupia się na wymienianiu konkretnych wydarzeń, jednak ważniejsza i więcej mówiąca jest analiza bardziej ogólnych procesów, trendów i tendencji w polityce. O ile zupełnie bezsensowne są próby precyzyjnego prognozowania przyszłych wydarzeń, o tyle szersze procesy polityczne można w miarę precyzyjnie przewidzieć, rozważając różne alternatywy.
Spróbujmy zatem dokonać przeglądu najważniejszych procesów politycznych, rozgrywających się nie tylko w ostatnim roku, a na przestrzeni ostatnich kilku lat i przewidzieć alternatywy ich przebiegu.



***
Rok 2017 był bardzo niechlubną, setną rocznicą przewrotu bolszewickiego, którego tragiczne skutki odczuwamy do dzisiaj, często nie zdając sobie z tego sprawy. Praktycznie we wszystkich jubileuszowych analizach dominuje traktowanie bolszewizmu jako zjawiska historycznego, podczas gdy istnieje aż nadto dowodów, że bolszewizm-komunizm wcale nie upadł wraz z "jesienią ludów" roku 1989 roku, ani z "rozpadem" Związku Sowieckiego. Jednymi z niewielu opracowań dotyczących tego problemu, przynajmniej w polskim dyskursie politologicznym, są książki autorstwa Dariusza Rohnki: "Fatalna Fikcja. Nowe oblicze bolszewizmu, stary wzór" oraz "Wielkie Arrangement" (wydane odpowiednio w 2001 i 2007 roku), w których autor (powołując się m.in. na Anatolija Golicyna, Jeffa Nyquista czy śp. Christophera Story) analizuje całościowo cztery poziomy procesu transformacji: jej historyczną genezę, trwanie komunistycznych struktur władzy w krajach "postkomunistycznych", proces konwergencji komunizmu (w wydaniu sowieckim) z zachodnim demoliberalizmem oraz poziom geopolityczny, w którym najważniejszym elementem jest reaktywacja (a właściwie przebudowa) bloku komunistycznego, którego centrum stała się oś Pekin-Moskwa.
Można zaryzykować stwierdzenie, że tzw. "transformacja ustrojowa" jest jednym z głównych czynników, oddziaływujących na aktualną sytuację na świecie, jeśli nie najważniejszym. Dopiero obecnie zaczynamy obserwować i doświadczać pewne długofalowe konsekwencje tej operacji politycznej. Jeszcze kilka lat temu opracowania, które wskazywały na fałszywy charakter transformacji można było znaleźć obok teorii o planecie Nibiru i inwazji Reptilian, dzisiaj nawet liberalny i lewicujący mainstream przyznaje, że w Federacji Rosyjskiej jednak faktycznie rządzi kagiebowski reżim, w Chinach - partia komunistyczna, które mogą zagrozić Zachodowi zarówno swym potencjałem militarnym, jak i dezinformacyjnym, że obalony niedawno w pałacowym, bezpieczniacko-wojskowym puczu Robert Mugabe to rasistowsko-komunistyczny despota, a za rosnącym w siłę wojującym islamem stoją nie tylko saudyjscy i katarscy szejkowie, ale i oficerowie z Łubianki.
***
Najważniejszym procesem rozgrywającym się na przestrzeni ostatniego czasu w polityce światowej jest zaostrzanie się zimnej wojny pomiędzy "blokiem kontynentalnym" pod wodzą Pekinu i Moskwy, czyli współczesną mutacją bloku komunistycznego, a "blokiem zachodnim" pod wodzą USA.
Systematycznie wzmacnia się symbioza pomiędzy komunistycznymi Chinami a Rosją Sowiecką, obejmuje ona też coraz to nowe obszary aktywności tych państw. Zwiększa się zakres i poziom dwustronnej współpracy polityczno-wojskowej: pod koniec ubiegłego roku odbyły się drugie ćwiczenia sił powietrzno-kosmicznych Federacji Rosyjskiej i ChRL w zakresie obrony przeciwrakietowej. Wspólnie ćwiczą chińska i sowiecka bezpieka, a cykliczne manewry "Morskie Współdziałanie" organizowane są pod nosem NATO, na Bałtyku, przez co Pekin i Moskwa demonstrują współpracę o światowym zasięgu. Spotkania polityczno-wojskowych czynników kierowniczych obu stron mają już charakter cykliczny. Intensyfikuje się też współpraca gospodarcza, handlowa i surowcowa. Chiński kapitał ma coraz większy udział w sowieckim przemyśle wydobywczym, zwiększeniu ulega transfer gazu i ropy z Federacji Rosyjskiej do Chin, a ponadto obydwa państwa współpracują w zakresie uruchomienia szlaku transportowego przebiegającego przez Ocean Arktyczny i eksploatacji surowców spod jego dna.
Oficjalnie otwarto polityczno-gospodarczą Inicjatywę Pasa i Szlaku (na której to imprezie głównym gościem Xi Jinpinga był nie kto inny, tylko Putin), planowane jest jej połączenie z Eurazjatycką Unią Gospodarczą i Szanghajską Organizacją Współpracy. Złączenie chińskich, sowieckich i europejskich/niemieckich polityczno-gospodarczych inicjatyw integracyjnych (coraz bardziej możliwe, że właśnie pod szyldem Nowego Jedwabnego Szlaku) ma na celu stworzenie paneurazjatyckiej przestrzeni strategicznej, łączącej UE/Niemcy, Federację Rosyjską i komunistyczne Chiny.
W tandemie Moskwa-Pekin zauważalny jest „podział pracy”, w którym obie strony wzajemnie się uzupełniają, przy czym jednak rola kierownicza przypada Chinom, natomiast rola strategicznego „tarana” i zaplecza - Federacji Rosyjskiej. Moskwa toruje drogę Pekinowi na terenach uznawanych przez oba państwa za aktualne i potencjalne strefy wpływów: za sowieckimi wpływami agenturalnymi, dyplomatycznymi czy też wojskowymi wchodzą chińskie inicjatywy gospodarcze, których faktyczny cel jest jednak stricte polityczny, na przykład w Syrii (konkretnie w części opanowanej przez rządy Assada i wspierające go wojska sowieckie). Gdzie indziej zaś, Chiny są - jak określił to dr Targalski - „zastępczą Rosją”: jest tak na terytoriach, na których Moskwa ma ograniczone pole manewru, nie jest akceptowana, bądź jest za słaba, by je opanować, na przykład w republikach Azji Środkowej czy na terenie Międzymorza bałtycko-czarnomorskiego. Dwustronna współpraca wynika z interesów zarówno Moskwy, jak i Pekinu, stąd jest to tendencja trwała i niejako naturalna, w przyszłości będzie się ona pogłębiać, a na obecnym etapie stanowi bardzo poważne zagrożenie dla USA i wolnego świata.
Daje się również zauważyć tendencję do oficjalnego podłączenia do omówionego układu Niemiec. Niemiecki establishment polityczny już niemal oficjalnie mówi o wypowiedzeniu sojuszu z Ameryką i oficjalnej współpracy z Moskwą i Pekinem. Tu jednak wiele jeszcze zależy od wojskowej i ekonomicznej obecności amerykańskiej w Europie, kryzysu wspólnot europejskich (kiedy i w jaki sposób rozpadnie się Unia Europejska), sytuacji wewnętrznej najważniejszych graczy w Europie (kwestia zasadnicza – czy w Niemczech, we Francji i w Belgii zapanuje prawo szariatu, czy nacjonaliści, z reguły reprezentujący opcję eurazjatycką) i warunków, na jakich Niemcy miałyby do tego układu przystąpić. Tak czy inaczej, kształtowanie się osi Pekin-Moskwa-Berlin jest już faktem.

***
Sama Moskwa – jak określił to niedawno dr Jerzy Targalski – ucieka do przodu przed nadchodzącym kryzysem (zresztą jest ona jednym ze stałych wariantów gry Kremla/Łubianki od 1917 roku, a obecnie można to odnieść do całości bloku Pekin-Moskwa). Nie może pokonać Stanów Zjednocznonych, ich sojuszników oraz części własnych potencjalnych ofiar militarnie, zatem ucieka się do złożonych operacji wywiadowczych, czy wywoływania konfliktów o niskiej intensywności: konfliktów regionalnych, które jednak oddziaływują na szersze otoczenie międzynarodowe. Jednymi z najsilniejszych kart Moskwy są aktywa służące prowadzeniu operacji cybernetycznych oraz operacji wpływu – prowadzenia agentury politycznej oraz pożytecznych idiotów czy wreszcie operacji terrorystycznych i paraterrorystycznych.
Wydaje się, że wraz z włączeniem się w wojnę domową w Syrii, Rosja Sowiecka na długi czas zabezpieczyła sobie dostęp z jednej strony do dużej i znaczącej części Bliskiego Wschodu, a z drugiej do Morza Śródziemnego i Morza Czerwonego. Dzięki temu będzie mogła wzmacniać i rozszerzać swoje wpływy poprzez rozgrywanie lokalnymi konfliktami. Neosowiecka machina dezinformacyjna już przyznała Moskwie pierwszeństwo w pokonaniu ISIS i walce z islamskim ekstremizmem, obecnie trwa rozgrywka walką Kurdów o niepodległość, a w zanadrzu chociażby sięgający początku islamu konflikt sunnicko-szyicki czy rywalizacja o hegemonię w świecie islamu sunnickiego, głównie pomiędzy Arabią Saudyjską a Turcją. Moskwa rozgrywa też Izrael, m.in. przy pomocy zagrożenia ze strony Iranu, Syrii, Hamasu i Hezbollahu. Również obecna wojna informacyjna prowadzona przeciw Polsce przez część żydowskiego establishmentu ma widoczną sowiecką inspirację i wsparcie.
W Europie Zachodniej i Środkowo-Wschodniej Moskwa wdrożyła i będzie posługiwać się strategią nożyczek, rozgrywając z jednej strony tradycyjnie prosowieckim demoliberalnym mainstreamem stawiając się jako obrońca status quo, z drugiej zaś najnowszą generacją swojej agentury wpływu – skrajnie prawicowymi, nacjonalistycznymi i skrajnie lewicowymi (w mniejszym stopniu) ruchami opozycyjnymi, stawiając się na pozycji potężnego sojusznika w walce ze „zgniłym Zachodem”, i demoliberalnym systemem. Do tego dochodzi już właściwie jawne i widoczne rozgrywanie i zarządzanie kryzysem imigracyjnym, islamskim terroryzmem i „miękką” islamizacją. Rosja Sowiecka może z czasem zdecydować się – zwłaszcza w Europie Środkowej – na coś, co określiłem kiedyś jako „polityczny outsourcing”: jako że starzy bolszewicy, stara agentura i stare metody kontroli zużywają się, ich miejsce zajmą siły niepodległościowe, prawicowe i narodowe, które – czasem nawet zupełnie nieświadomie – będą realizować, albo chociażby wpisywać się w międzynarodową strategię i taktykę Moskwy.

Rosja Sowiecka stara się też zminimalizować skutki „naturalnego” obniżenia cen ropy naftowej i gazu ziemnego, połączonego z sankcjami i atakiem ekonomicznym ze strony USA i Saudów poprzez uzyskiwanie i wywieranie wpływu na państwa OPEC. Kluczowe jest to, na ile wywieranie wpływu będzie skuteczne, o ile OPEC obniży wydobycie ropy i na ile całą operację zaognia kampania dezinformacyjna, mająca za cel sianie paniki i prognozowanie podwyższenia cen ropy.

2016-02-07

Trzeci poziom spisku

Nie ulega właściwie żadnej wątpliwości, że tzw. „kryzys migracyjny” nie jest w istocie kryzysem, a konsekwencją kryzysu – trwającego od ponad czterech dekad procesu islamizacji Europy.

Nie jest jednak moim zamiarem wykazywanie po raz kolejny, jak wielkim zagrożeniem dla cywilizacji europejskim (a właściwie dla żywego trupa tejże) jest islam i islamizm, a zastanowienie się, kto odniesie z tego procesu największe korzyści.

Profesor Olavo de Carvalho, przywoływany wielokrotnie na łamach tego bloga, w komentarzu pod tytułem „The owners of the World”[1] charakteryzuje trzy główne projekty globalistyczne oraz grupy interesu, które za nimi stoją. Pierwszy z nich to projekt „rosyjsko-chiński” (lub „eurazjatycki”), który realizowany jest przez elity polityczne Rosji Sowieckiej i ChRL – kremlowskich czekistów i chińską kompartię. Drugim jest projekt globalistów zachodnich (przy czym de Carvalho wyraźnie zaznacza, że projektu tego nie powinno się określać mianem „anglo-amerykańskiego”), którzy rekrutują się między innymi ze środowisk finansjery, demoliberalnych polityków i „intelektualistów”, w ramach struktur takich, jak Rada ds. Stosunków Międzynarodowych, Klub Bilderberg, Komisja Trójstronna, ale również elity rządzące strukturami Unii Europejskiej. Wreszcie, ostatnim projektem globalistycznym jest globalizm muzułmański, realizowany przez Bractwo Muzułmańskie (wg prezydenta Czech, głównego organizatora najazdu „uchodźców” na Europę), rządy niektórych państw muzułmańskich i cześć przywódców religijnych islamu.





Proces islamizacji Europy, ze szczególnym wskazaniem na tzw. „kryzys migracyjny” to splot interesów wszystkich wyżej wymienionych grup realizujących swoje globalistyczne projekty. Grupy te w aktywny sposób sterują tym procesem.

Interesy globalistów islamskich

Dla globalistów islamskich sprawa jest oczywista. Celem ich jest stworzenie „Światowej Ummy” muzułmańskiej i „Światowego Kalifatu Islamskiego”. Europa to w optyce wielu liderów islamskich „Dar Al Harb”, w dosłownym tłumaczeniu – „dom wojny”, „dom niewiernych”, który musi zostać wszelkimi dostępnymi metodami zislamizowany i dołączony do „Dar al Islam”/”Dar as Salaam”. W pierwszej kolejności czekają tereny, które w średniowieczu i późniejszych wiekach znajdowały się pod panowaniem czy to wczesnych kalifatów arabskich, czy to Imperium Ottomańskiego. Zarówno napływ ludności islamskiej (najpierw gastarbeiterów, a obecnie imigrantów z krajów islamskich), pokojowa działalność misyjna finansowana w pierwszej kolejności przez Królestwo Arabii Saudyjskiej, ale także przez szyicki Iran, a nawet bardziej świeckie reżymy islamskie, a także terroryzm to elementy tej długofalowej strategii. Świat islamu, w tym muzułmańskie struktury polityczne o globalistycznych aspiracjach nie są jednak skonsolidowane, brakuje im koordynacji polityki, nie mówiąc już o krwawych konfliktach na różnym tle.

Sytuację zmienić może pojawienie się Państwa Islamskiego. Daesh jest de facto organizacją bandycką, organizacją terrorystyczną, która posiada państwo w klasycznym rozumieniu tego słowa: terytorium i ludność, nad którymi sprawuje suwerenną kontrolę.  Poza tym – co jest bardzo ważne, jeśli chodzi o wewnętrzne oddziaływanie IS na świat islamu – Kalif Państwa Islamskiego, Abu Bakr Al Baghdadi wywodzi się z tego samego rodu, z którego pochodził prorok Muhammad i pierwsi kalifowie.


Ale mimo to, globaliści islamscy wciąż nie mają i nie będą mieli możliwości organizacyjnych i logistycznych, by sfinalizować swoją strategię wobec Europy i świata. Stąd też globalizm islamski pełni i będzie pełnił rolę instrumentu w rękach globalistów zachodnich i globalistów sino-sowieckich. Nawet pomimo tego, że Bractwo Muzułmańskie, Al Kaida, irańska bezpieka, a całkiem możliwe, że i Państwo Islamskie posiadają rozbudowaną agenturę wpływu i komórki terrorystyczne w USA.

Interesy globalistów zachodnich

Dlaczego większość demoliberalnych elit Europy nie widzi zagrożenia w napływie islamu? Dlaczego ludzie tacy, jak George Soros pomagają ulokowanym na greckich wyspach imigrantom poprzez rozdawanie ulotek, których treść ma pomóc „uchodźcom” (w „poborowym” wieku i takowej kondycji fizycznej) w osiedleniu się w krajach europejskich? Dlaczego europejskie lewactwo z entuzjazmem patrzy na „wielokulturowość”, w tym na islamizację? Dlaczego szwedzka lewica zakazuje sodomitom demonstrować na ulicach (a z pomocą gejom przychodzą… nacjonaliści z Nordisk Ungdom)? Dlaczego peerelowskie feministki, takie jak Kazimiera Szczuka, widzą w muzułmańskich mężczyznach alternatywę dla „wąsatych i spasionych Januszy”? Dlaczego lewicowe władze Kolonii ukrywały pochodzenie sylwestrowych gwałcicieli, a Bundespolizei tłumiła pokojowe demonstracje PEGIDY, a nie wybryki kolorowego lumpenproletariatu?



Na pierwszy rzut oka zachowanie globalistów, demoliberałów i marksistów kulturowych wydaje się bezdenną, prowadzącą do samobójstwa głupotą: przecież islam ma się do zachodniego oświecenia jak przysłowiowa pięść do nosa. O ile chrześcijanie czy żydzi mogą – w optyce doktryny islamu – liczyć na status dhimmi,  o tyle demoliberalizm zasługuje na całkowite zgładzenie ze strony wierzących, gdyż w islamie (tak samo, jak w przedpoborowym rzymskim katolicyzmie) władza pochodzić może tylko od Boga, a nie od „ludu”. Pozwolenie na zabijanie nienarodzonych dzieci, uśmiercanie kalek i starców, przywileje dla „mniejszości seksualnych” itp. (urastające do rangi „praw człowieka”) – karane są w islamie bardzo surowymi i okrutnymi karami. Indyferentyzm religijny to shirk – pogaństwo i bluźnierstwo wobec Boga, a tolerancja religijna obowiązuje teoretycznie tylko wobec chrześcijan i żydów – pod warunkiem, że mają oni status obywateli drugiej kategorii; wyznawcy innych religii to „politeiści” i niewierni, mający dwie alternatywy – konwersję na islam albo śmierć.

Jednakże jeśli przyjrzymy się bliżej prawdziwym, a ukrytym pod ideologicznym bełkotem celom politycznym demoliberalnych i neomarksistowskich elit, sprawa staje się jasna. Celem marksizmu, komunizmu – ze wszystkimi swoimi mutacjami – nie jest wcale żadna „wolność, równość, braterstwo”, żadne „równouprawnienie kobiet”, „mniejszości” czy gejów. Szeroko pojęta „polityczna poprawność”, „multikulturalizm”, „tolerancja”, ideologie LGBT, „gender”, feminizm, aborcjonizm i eutanazizm, ekologizm itd. – wszystko to jedynie środki wiodące do prawdziwego celu: inżynierii społecznej – stworzenia nowego, zdomestykowanego człowieka i wreszcie – władzy. Owszem, niemało jest idiotów spaczonych laicką wspakulturą i wierzących w te brednie, ale faktyczne znaczenie mają tu zawodowi rewolucjoniści kulturalni, zawodowi „dziennikarze”, zawodowi działacze różnego typu, zawodowe feministki, urzędnicy oraz plutokratyczne klany.

Napływ ludności zupełnie obcej kulturowo Europie, islamizacja Europy doskonale wpisuje się w plany i strategię współczesnych zachodnich elit. Marzeniem demoliberałów i neomarksistów jest  sytuacja, kiedy w obronie przed islamskimi terrorystami i gwałcicielami z jednej strony, a nacjonalistami, „neonazistami” i „skrajną prawicą” z drugiej, trzeba będzie wziąć społeczeństwa krajów europejskich krótko za mordę – przykładem jest chociażby próba uchwalenia tzw. „dyrektywy Bieńkowskiej”, de facto zabraniającej obywatelom dostępu do broni palnej. Niewykluczone, że przy pomocy z zewnątrz. Dla oligarchii finansowej masowa imigracja to okazja, by jeszcze bardziej dokręcić śrubę pracownikom – napływ imigrantów do okazja, by zmniejszać płace swoim pracownikom.    
Ta sytuacja jest też korzystna dla gracza lokalnego, jakim są Niemcy.[2] Elity niemieckie (z których cześć ma korzenie post-nazistowskie, enerdowskie albo RAF-owskie) – odpowiednio sterując napływem imigrantów i systemem kwotowym – będą dążyły w ten sposób do ograniczenia suwerenności pozostałych krajów Unii Europejskiej, docelowo przekształcając UE w twór realizujący niemieckie interesy neoimperialne. Balony próbne zostały już puszczone – po zamachach w Paryżu zaczęto mówić o częściowym demontażu Unii Europejskiej, który zakłada nie tylko przywrócenie kontroli na wewnętrznych granicach, czy też ograniczenie stosowania traktatu z Schengen w dwóch wariantach: w jednym do krajów germanosfery, w drugim wariancie do krajów germanosfery oraz „Mitteleuropy”. Posunięcie to byłoby de facto rozmontowaniem UE, niejako na wzór kontrolowanego rozpadu ZSRS czy komunistycznej Jugosławii na „centrum” i „peryferie” UE. „Brexit” i „Grexit” jedynie przyspieszyłyby ten proces. Kto stałby się najbliższym sojusznikiem „nowej, wspaniałej Europy”? Odpowiedź jest prosta – Rosja Sowiecka.

Ponadto, Niemcy mają długie tradycje wspierania muzułmanów, w tym rzezi prowadzonych przez wyznawców tej religii, począwszy od ludobójstwa na Ormianach i Asyryjczykach; Hitler i cześć kierownictwa Trzeciej Rzeszy posunęła się nawet do zamiaru… islamizacji Niemiec. W tym szaleństwie jest metoda.



Interesy globalistów eurazjatyckich

Największym beneficjentem kryzysu imigracyjnego i islamizacji Europy jest jednak „Blok Eurazjatycki”, oparty na sojuszu Rosja Sowiecka-ChRL, przy bardziej aktywną rolę grają kremlowscy czekiści, natomiast ChRL stoi na uboczu, jedynie kibicując sowieckiemu sojusznikowi niejako z tylniego siedzenia.

Rosja Sowiecka już od dawna rozgrywa Europę i Zachód kartą ekstremizmu muzułmańskiego. W kontekście bieżącym (a także w krótko- i w długoterminowej perspektywie czasowej) rozgrywa ona konflikt pomiędzy: aktualnie rządzącymi elitami zachodnimi (zwłaszcza w Europie Zachodniej), globalistami, lewicą; tzw. „skrajną prawicą”, nacjonalistami i tradycjonalistami oraz muzułmanami.

Dla politycznego mainstreamu Zachodu oraz globalistów, wśród których od zawsze predominował zamiar ułożenia sobie dobrych stosunków z sowietami oraz „robienia z nimi interesów”, Moskwa jawi się jako gwarant utrzymania status quo oraz ważny sojusznik w walce z terroryzmem, fanatyzmem religijnym i ekstremizmem.

Wobec prawicy i nacjonalistów, biełyj Car’ Putin, pułkownik I Zarządu Głównego KGB i były d-ca FSB, pozycjonuje się jako katechon – obrońca chrześcijan bliskowschodnich oraz obrońca resztek cywilizacji Zachodu zarówno przed muzułmańską nawałą, jak i przed lewactwem i „marksistami kulturowymi” rządzącymi tymże Zachodem i prowadzącymi do jego zguby. Reżym czekistów już zbiera obfite żniwo tej „operacji aktywnej” – coraz więcej zachodnich (europejskich, ale i amerykańskich) konserwatystów, nacjonalistów i tradycjonalistów jest skłonna widzieć nie tylko sojusznika, ale i obrońcę wartości tradycyjnych w pułkowniku KGB i FSB, który przewodzi reżimowi o jawnie bolszewickiej, sowieckiej istocie. Na uwagę zasługują tutaj szczególnie ostatnie akcje dezinformacyjne: pierwsza, polegająca na puszczeniu w obieg sfabrykowanej informacji o nastoletniej Rosjance zgwałconej przez muzułmańskich „uchodźców”, którą rzekomo pomściło czterystu Rosjan. Druga – to „informacja” o Rosjanach przeciwstawiających się powtórce z rozrywki w Kolonii na terenie Rosji Sowieckiej, przez którą „uchodźcy” przedostają się do Finlandii i Norwegii (zapewne bez niczyjej pomocy płyną rozpadającymi się krypami w górę Wołgi…). Tego rodzaju publikacje mają za cel przedstawienie Rosjan/Sowietów jako bohaterów broniących siebie i Europy, w kontrze do spedalonych i ciotowatych Niemców, Francuzów czy pozostałych „zapadników”.

 Wobec islamu czekiści grają nie tylko obrońców „normalnego” islamu przed Al Kaidą czy IS, ale także przed zgniłym Zachodem, i tą rolę co rusz odgrywa ważny człowiek Putina – Ramzan Kadyrow.

Sowiecka interwencja w Syrii to operacja tyleż militarna, mająca cele strategiczne i operacyjne w klasycznym tych słów znaczeniu, co operacja dezinformacyjna, mająca za cel zbudowanie pozytywnego obrazu Rosji Sowieckiej, właśnie jako sojusznika w wojnie z apokaliptycznym Państwem Islamskim, zarówno aktualne elity Zachodu, jak i prawicowych czy lewicowych dysydentów. Narracja towarzysząca brzmi: zgniły zachód nie potrafi poradzić sobie z ISIS, USA wywołały na Bliskim Wschodzie chaos i również nie mają rozwiązań w walce z islamskim terroryzmem. Rosja ma zaś proste, radykalne, ale i skuteczne rozwiązanie problemu ISIS.

Drugim celem interwencji jest polaryzacja sceny strategicznej w Syrii tak, by pozostali na niej tylko rzeźnik Assad, walczący o niepodległość Kurdowie, niejako zmuszeni do kooperacji z Assadem i sowietami i rzeźnicy z Państwa Islamskiego. Trzecim zaś jest ponowne opanowanie Bliskiego Wschodu i położenie łapy na tamtejszych zasobach ropy naftowej.





Bardzo ważne są tutaj enuncjacje medialne o tym, że do sowieckiej interwencji w Syrii włączyła się Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza. Informacje te okazały się fałszywe (chociaż prawdopodobne jest, że ramię w ramię z funkcjonariuszami FSB są w Syrii również chrlowscy „doradcy”), ale być może były one propagandą szeptaną, mającą wykazać, że Pekin w pełni popiera działania Moskwy, pomimo nieudzielania wsparcia militarnego. ChRL nadal oficjalnie popiera działania wojenne Rosji Sowieckiej, gdyż interwencja jest we wspólnym, globalnym interesie zarówno Moskwy, jak i Pekinu.

Poza tym, należy pamiętać – w kontekście omawianej tutaj kwestii – o tym, że zarówno globaliści zachodni, zachodnia lewica i neomarksiści, a także elity niemieckie od wielu lat zinfiltrowani są przez komunistów i sowiecką agenturę wpływu. Tak samo, jak islamiści. ZSRS wspierał świeckich terrorystów arabskich, natomiast Federacja Rosyjska, kontynuacja sowietów – wspierała i nadal wspiera nie tylko Assada, ale i islamskich ekstremistów religijnych, na czele z Al Kaidą i afgańskimi Talibami. Państwo Islamskie wprost nasycone jest funkcjonariuszami irackiej, saddamowskiej bezpieki, szkolonymi w ZSRS i NRD oraz agentami FSB i GRU infiltrującymi kaukaski ruch oporu. Ideologia samozwańczego Kalifatu jest zaś w równym stopniu muzułmańska, co bolszewicka.[3]



Sterowany przez muzułmańskich przywódców i wspierany przez cześć elit zachodnich proces napływu muzułmanów prędzej czy później przekształci się w powstanie muzułmańskie i wojnę domową w krajach Europy Zachodniej. Elity europejskie, zwłaszcza niemieckie, niezależnie od barw politycznych, zwrócą się o pomoc na Kreml i Łubiankę. Rosja Sowiecka przyjmie rolę wyzwoliciela Europy i Zachodu przed islamskim zagrożeniem, tak samo, jak ZSRS podczas drugiej wojny światowej. Elity europejskie przyjmą – ochoczo bądź z przymusu – dyktat czekistów. Komunistyczne Chiny będą zapewne grały drugoplanową rolę rozjemcy, obrońcy pokoju i wesprą Rosję Sowiecką. Będzie to kolejny, być może ostateczny krok w budowie eurazjatyckiej osi Europa-Rosja Sowiecka-ChRL. Jak w zmienionej sytuacji geostrategicznej zachowa się USA? Ostateczne utworzenie „Bloku Kontynentu” oznaczałaby – jak stwierdził jakiś czas temu Józef Darski – „koniec USA”.[4]

2015-05-31

Niebezpieczne pytania - próba odpowiedzi



Pośród euforii i triumfalizmu po wygranych przez Andrzeja Dudę wyborach prezydenckich pojawia się wreszcie głos rozsądku, czyli niebezpieczne i odważne pytania Aleksandra Ściosa.

Aby próbować na nie odpowiedzieć, należy przypomnieć o pewnych, niestety oczywistych sprawach. Choć przeszło to do nadwiślańskiego folkloru politycznego i stało się obiektem kpin, ustępujący prezydent Komorowski postąpił… adekwatnie, tytułując „Szogunem” szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, generała Kozieja (adepta kursów GRU, w latach 80. współtworzącego plany nuklearnego ataku Sowietów na Zachód). Aż do epoki Meiji, Szogunowie pełnili faktyczną władzę w Japonii mimo, iż formalnie podlegali Boskiemu Cesarzowi, będąc „zaledwie” głównodowodzącymi armii. Podobnie jest w PRL-bis (choć ta jest zaledwie parodią Szogunatu): faktyczną władzę sprawuje przetransformowana komunistyczna oligarchia na czele z wojskową bezpieką, stanowiąca - tak samo, jak za starych, dobrych czasów - „długie ramię Moskwy”. Konstytucyjne organy władzy, w tym urząd prezydenta to zaledwie zewnętrzny krąg władzy coś w rodzaju „słupa”. W szczególności, prezydent Komorowski to reprezentant interesów komunistycznej wojskówki. Po likwidacji WSI (i „katastrofie” smoleńskiej) to właśnie pałac prezydencki stał się „kryszą”, z której struktury bezpieki wojskowej uczyniły legalny ośrodek dyspozycji politycznej. Podobnie było i jest z Platformą Obywatelską; jeśli komunistyczną oligarchię porównać do orwellowskiej Partii Wewnętrznej, to PO pełni rolę Partii Zewnętrznej. I tak, jak władzy nie ma ani prezydent Komorowski, ani premier Tusk, ani premier (premierzyca? Premiera?) Kopacz, tak tym bardziej nie sprawuje jej prezydent-elekt…

W ciągu mijającego ćwierćwiecza kilka razy dochodziło do zwycięstwa w wyborach sił  antysystemowych czy też raczej dążących do rewizji neokomunistycznego systemu. Za każdym razem zostały one obalane na drodze puczu: parlamentarno-gabinetowego w 1992, wyborczego w 2007 i „bratniej pomocy” udzielonej w Smoleńsku w 2010. Nigdy siły takie, jak Ruch Odbudowy Polski czy też Prawo i Sprawiedliwość nie były w stanie tego systemu obalić. Przede wszystkim ze względu na brak właściwego rozpoznania sytuacji (mówienie o „postkomunizmie”, a nie o neokomunizmie i kontynuacji PRL) i dysproporcje sił. Nie da się zwyciężyć z systemem, którego istota jest trudna do uchwycenia, niewłaściwie rozpoznana. Nie da się zwyciężyć metodami pokojowymi  i demokratycznymi z systemem, którego najważniejszym orężem są zasoby odziedziczone po komunistycznych specsłużbach, począwszy od dezinformacji i kombinacji  operacyjnych, poprzez represje administracyjne i szeroko pojętą korupcję, a skończywszy na działalności „seryjnego samobójcy” i dokonywaniu zamachów.

 „Dlaczego - pyta Ścios - Andrzej Duda mógł zostać nowym prezydentem? Dlaczego wygrał z człowiekiem wspieranym przez ośrodki propagandy i potężnych reżimowych graczy? Dlaczego pozwolono, by w drodze „demokratycznych przemian” odszedł patron ludzi z wojskowej bezpieki, najgorliwszy przyjaciel Moskwy i filar triumwiratu III RP? Dlaczego rozstrzygnięcie to tak łatwo przyjęto na Kremlu, jeśli to stamtąd wyszedł projekt zamachu smoleńskiego? Dlaczego środowisko Belwederu pogodziło się z utratą wpływu na armie i służby specjalne? Dlaczego nie sięgnięto po „sprawdzone metody”, nie próbowano sfałszować wyniku wyborczego lub nie postawiono na „rozwiązania siłowe”? Dlaczego zaakceptowano tak niewielką przewagę głosów, skoro w ubiegłorocznej farsie wyborczej nie cofnięto się przed jawnym fałszerstwem? Dlaczego w państwie ignorującym prawa obywateli i reguły demokracji, o wyniku najważniejszej rozgrywki miałaby decydować trzyprocentowa różnica „werdyktu wyborczego”? Dlaczego środowisko skupione wokół BK nie okazuje dziś obaw przed rozliczeniem tej prezydentury, przed poznaniem tajemnic „lochów” belwederskich, ujawnieniem kalendarzy spotkań, nazwisk gości i doradców? Dlaczego w tej kampanii nie słyszeliśmy słowa o zamachu smoleńskim ani wzmianki o roli Belwederu w kształtowaniu „ładu posmoleńskiego”?”

Czyżby zatem neokomunizm „zniknął”, „skończył się” i „rozpłynął w powietrzu” tak samo, jak ćwierć wieku temu komunizm starego typu? Nie. Czyżby system „się sypał”? Ta opcja jest już bardziej prawdopodobna.
Należy też przypomnieć o jednym: komunizm, zarówno starego, jak i nowego typu, ma pewną stałą, a niedocenianą cechę: stałość celów strategicznych oraz zmienność i ogromna elastyczność działań operacyjnych i taktycznych. Kiedy trzeba (na przykład w celu przegrupowania) - system czasowo wycofuje się się, oddając pola przeciwnikowi, a innym razem - zaostrza semi-totalitarne lub totalitarne praktyki. Z kolei celem uwiarygodnienia się jako system „zachodni” i „demokratyczny”, neokomunizm dopuszcza do zewnętrznych kręgów władzy, na jakiś czas, siły antysystemowe. 

Sytuacja, którą obserwujemy obecnie jest wypadkową dwóch głównych czynników:

Pierwszym czynnikiem jest defensywa systemu. Grupa faktycznie trzymająca władzę w Polsce, czyli wojskowa bezpieka, za pozwoleniem swoich sowieckich mocodawców musiała spuścić nadmiar pary z garnka. Zapewne uznała, że „zwycięstwo” Komorowskiego, zwłaszcza poprzez zastosowanie „sprawdzonych metod”, takich jak fałszerstwo wyborów albo rozwiązanie siłowe pochłaniałoby zbyt dużą ilość zasobów i zbyt kosztowne, a ponadto mogłoby okazać się nieskuteczne w kontekście sowieckiej polityki popieriestrojkowej dezinformacji i aktualnej sytuacji międzynarodowej.

Lata 2007-2015 były fazą „zjadliwą” neokomunizmu, podczas której - właśnie pod zarządem Platformy Obywatelskiej - umocniono wpływy Ubekistanu oraz Rosji Sowieckiej. Konsekwencjami społecznymi była postępująca totalitaryzacja życia, niebywały wzrost szeroko pojętych praktyk korupcyjnych, wdrażanie lewackich rozwiązań społeczno-obyczajowych, a na poziomie gospodarczym ostateczna kradzież, wyprzedaż za bezcen bądź likwidacja resztek majątku narodowego. Nie tylko „byli” komuniści, esbecy i oficerowie bezpieki wojskowej z zakulisowymi wpływami na politykę tudzież umieszczeni w kluczowych instytucjach politycznych, nie tylko „najtańszy” gaz od Gazpromu, nie tylko kuratela FSB nad polskim kontrwywiadem wojskowym, ale też niespotykana nigdy wcześniej samowola urzędników, regulujących już praktycznie każdy aspekt życia, niespotykana dotąd korupcja, nepotyzm i kolesiostwo, traktowanie państwa jako prywatnego folwarku i tak dalej. To zaczęło uderzać po kieszeni zarówno tzw. „zwykłego, przeciętnego Kowalskiego”, jak i szeregowych beneficjentów systemu oraz szeregowych członków zewnętrznych kręgów władzy: takich, którzy de facto pływali w takim samym gównie, tyle że bliżej powierzchni, niż poprzedni wymienieni (np. górnicy z likwidowanych kopalń, rybacy ze szrotowanych kutrów, bezrobotni absolwenci uczelni wyższych itp.).

 



Można powiedzieć, że mitologia transformacji ustrojowej (komunizmu w neokomunizm), mówiąca o świetlanej przyszłości, „zachodzie” i dobrobycie, który miał przyjść po krótszym lub dłuższym okresie „chudym” stopniowo, powoli, ale konsekwentnie wyciera się i pada. Rozbieżność establishmentowej propagandy ze skrzeczącą rzeczywistością zauważa zwłaszcza duża część ludzi urodzonych pod sam koniec lat 80. i w latach 90. Miało być tak pięknie, a tu - cytując klasyka - „chuj, dupa i kamieni kupa”! Brak perspektyw (obojętnie, z jakim wykształceniem i umiejętnościami), konieczność emigracji i życia za granicą jako obywatele drugiej kategorii, niskie płace, coraz większa peryferyzacja coraz większych obszarów kraju, zaniżone pensje za pracę, brak możliwości stabilizacji socjalnej, powszechna korupcja, nepotyzm i złodziejstwo. Pojawia się też coraz więcej przebłysków w indywidualnej i zbiorowej świadomości o korelacji pomiędzy „oszustwem pieriestrojki” a obecną, złą sytuacją. Neokomunistyczny establishment PRL-bis najwyraźniej zdaje sobie z tego wszystkiego sprawę i wie, że wzmożenie działalności skądinąd coraz bardziej topornych instrumentów propagandy nie tylko pochłonęłoby ogromne koszta, ale mogłoby się okazać w perspektywie średnioterminowej po prostu nieskutecznie.

Reasumując, można powiedzieć, że Platforma Obywatelska (ale także i SLD oraz w jakimś zakresie PSL) w roli „Partii Zewnętrznej”, stopniowo zużywa się. Co więcej, z tych samych powodów zużywa się też sam demobolszewizm - popieriestrojkowy komunizm ukryty, posługujący się niektórymi mechanizmami demoliberalnymi, co świetnie opisał Józef Darski w analizie „Dominacja elit sowieckich w warunkach pluralizmu”, który mówi również o rychłym końcu dwóch czynników, które utrzymywały przy życiu neokomunizm, stanowiąc wentyl bezpieczeństwa i kanał finansowania. Stopniowo kończy się możliwość ucieczki przed systemem na zachód Europy, gdyż kraje, takie jak Wielka Brytania, Niemcy, Francja czy Holandia stopniowo będą coraz mniej zdolne do przyjęcia dalszych fal emigracji, częściowo z przyczyn ekonomicznych, częściowo z powodu wzrostu nastrojów nacjonalistycznych. Z tych samych przyczyn kończy się dopływ kasy z Unii Europejskiej, której istnienie w obecnej formie, w perspektywie średnioterminowej, stoi pod dużym znakiem zapytania. Ponadto, kraje Europy Zachodniej czeka prędzej czy później irredenta islamska i kontra ze strony sił nacjonalistycznych, który to konflikt będzie podsycany przez Moskwę i Pekin.

Tu przechodzimy do drugiej przyczyny „zmian” w Peerelu-bis, mianowicie kontekstu międzynarodowego. Można z całą pewnością powiedzieć, że jeżeli obserwujemy świadomą defensywę systemu, to zdecydowano się na ten krok ze względu na aktualną sytuację międzynarodową. Chodzi zarówno o sytuację w Europie, jak i w pozostałych częściach świata.

Na poziomie światowym obserwujemy walkę o światową hegemonię, w której głównymi graczami są „Blok Eurazjatycki” pod wodzą osi Moskwa-Pekin, „Sojusz Zachodu” pod wodzą USA oraz pozbawiony afiliacji terytorialnej i stricte geopolitycznej „Syndykat” - globalna finansjera, która z reguły wykorzystuje do swoich celów państwa zachodnie. „Blok Eurazjatycki” realizuje swój światowy cel poprzez oblężenie Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników. Rozpoczęło się ono na przełomie XX i XXI wieku, dekadę po sfingowanym upadku komunizmu, a obecnie ma miejsce faza, która na pokolenia zadecyduje o układzie sił na świecie. Do niedawna Rosja Sowiecka i ChRL realizowały swoje interesy metodami politycznymi, ekonomicznymi oraz środkami aktywnymi, nie używając przemocy na większą skalę. Sytuacja ta zmienia się od roku 2008, kiedy to Rosja Sowiecka dokonała inwazji na Gruzję, a swoje apogeum ma od aneksji Krymu i rozpoczęcia działań wojennych na Ukrainie. Moskwa daje jasno do zrozumienia, że nie zamierza zatrzymać się na Dnieprze, prowadząc jednocześnie program rozbudowy zbrojeń konwencjonalnych i niekonwencjonalnych, z kolei komunistyczne Chiny coraz śmielej roszczą sobie prawa do panowania nad basenem Pacyfiku Zachodniego. Równolegle, od dłuższego czasu trwają wysiłki, by utworzyć wspólną eurazjatycką przestrzeń strategiczną, składającą się z ChRL, Federacji Rosyjskiej i Unii Europejskiej. Do niedawna towarzyszyła temu polityka „resetu” relacji z Rosją Sowiecką i Chinami, prowadzona przez Baracka Obamę, a także wspieranie bolszewickich reżymów w Moskwie i Pekinie przez ponadnarodowe korporacje.

W ostatnim czasie, zapewne pod wpływem inwazji na Ukrainę i coraz bardziej zuchwałych działań dyplomatycznych Moskwy, sytuacja się zmienia. Część establishmentu politycznego Stanów Zjednoczonych (a składa się on nie tylko z „weteranów” Czarnych Panter, idiotów, geszefciarzy, agentów wpływu i byłych członków Komunistycznej Partii USA) najpewniej zrozumiała śmiertelne zagrożenie, jakie płynie z Moskwy i Pekinu. Waszyngton zrozumiał, że musi w końcu zareagować - inaczej zostanie całkowicie okrążony przez sieć sojuszy pod wodzą tandemu Rosja Sowiecka-ChRL. Jedyną możliwą reakcją było posłanie wojsk do Europy Środkowo-Wschodniej, a także uruchomienie swoich politycznych aktywów. Podobnie postąpiła część globalistycznego „Syndykatu”, na czele z George Sorosem. Być może uznali, że nie da się robić interesów z czekistami z Kremla i aparatczykami kompartii z Pekinu, jeśli zamierzają oni podpalić świat.

Wracając na „rodzimy” grunt, najpewniej wraz z dynamizacją konfliktu na Ukrainie mogło dojść do pozornego przejścia na stronę przeciwnika wiodącej części elit PRL-bis, zarówno z „Partii Wewnętrznej”, jak i „Partii Zewnętrznej”. Tak właśnie można tłumaczyć nagłą zmianę poglądów na politykę Putina i Rosji Sowieckiej takich ludzi jak Tusk, Komorowski, Michnik czy wspomniany Koziej: po prostu centrala z Moskwy albo kazała im udawać prozachodniość i proamerykańskość, albo przynajmniej dała dla tego posunięcia zielone światło. Posunięcia, które pozwoli - nie jest jeszcze pewne, na ile z sukcesem - na zakamuflowanie powiązań Ubekistanu z sowieciarzami i kontynuowanie przez Kreml infiltracji struktur zachodnich przez „konie trojańskie”.

Jedno jest pewne - do ostatecznego pokonania komunizmu, który przetransformował się ćwierć wieku temu jest bardzo, bardzo daleko. Wycofanie systemu jest tymczasowe i przypuści kontratak, gdy tylko przegrupuje się i zmieni koniunktura międzynarodowe. Już zresztą mówi się o możliwości puczu - obalenia prezydenta-elekta przez trybunał konstytucyjny, będący - jak określił niegdyś Józef Darski - jednym z instytucjonalnych bezpieczników neokomunistycznego układu. Ponadto, opozycja musi stać się opozycją faktycznie antysystemową: przede wszystkim uznać, że system panujący nad Polską jest de facto komunizmem ukrytym i wyzbyć się demoliberalnych, polrealistycznych i solidarnościowych zabobonów i modus operandi, co niestety wydaje się bardzo mało prawdopodobne. Jeżeli tego nie uczyni, będziemy skazani na powtórkę z „Nocnej zmiany”, wyborczego puczu z 2007, a nie daj Boże - Smoleńska.