2017-05-22

„Jeden Pas i Jeden Szlak” do światowego komunizmu

1. Chrlowska inicjatywa reaktywacji Jedwabnego Szlaku jest inicjatywą stricte polityczną, nie ekonomiczną. Wbrew bajaniom liberałów różnych odcieni, cierpiących kaca po zachłyśnięciu się teoriami o „końcu historii” (które dawno „odszczekał” nawet sam Francis Fukuyama), polityka zawsze góruje nad ekonomią. W tym przypadku chodzi o budowanie wpływów politycznych ChRL za pomocą różnego rodzaju inwestycji, głównie o charakterze logistycznym ale również finansowym czy surowcowym w krajach przystępujących do projektu. Oczywiste jest też to, że za pomocą ekspansji ekonomicznej i „kulturalnej” (Instytuty Konfucjusza), Pekin może plasować swoją agenturę i szpiegów.

Źródło: foxmulder2.blogspot.com

Żródło: facebook/Center for Strategic and International Studies

2. „Nowy Jedwabny Szlak” jest też kolejnym elementem całościowej koncepcji utworzenia „bloku kontynentalnego”, czyli eurazjatyckiej przestrzeni strategicznej mającej połączyć Europę Zachodnią, Federację Rosyjską i Chińską Republikę Ludową. Kręgosłupem eurazjatyckiego projektu jest polityczno-wojskowa i ekonomiczna współpraca pomiędzy Pekinem a Moskwą, a istniejącymi obecnie instytucjonalnymi formami są takie struktury, jak Szanghajska Organizacja Współpracy (kierowana przez tandem Moskwa-Pekin, mająca ambicje stać się sowieckim odpowiednikiem NATO) oraz Unia Eurazjatycka i Organizacja Układu Bezpieczeństwa Zbiorowego, mające utrzymać i wzmocnić wpływ polityczny Rosji Sowieckiej na obszarze byłego ZSRS. Prócz tego, Moskwa prowadzi politykę sojuszu z Niemcami i Francją oraz dąży do ustanowienia kontroli nad Europą poprzez działania dyplomatyczne, agenturalne i ekonomiczne (głównie poprzez eksport surowców energetycznych). Zainaugurowane niedawno na pekińskim „szczycie założycielskim” przedsięwzięcie ma faktycznie, w perspektywie długofalowej, stać się gospodarczym i logistycznym „modułem” projektu eurazjatyckiego, który nie tylko ma pozwolić chińskim bolszewikom na realizację ich mocarstwowych zamiarów i ekspansję na Zachód, ale też ma stać się gospodarczym i politycznym „zwornikiem” pomiędzy ChRL, Rosją Sowiecką i Unią Europejską oraz różnego rodzaju organizacjami międzynarodowymi o zasięgu eurazjatyckim. Władze w Moskwie i Pekinie od kilku lat zresztą deklarują zamiar integracji Nowego Jedwabnego Szlaku, m.in. z SCO i Eurazjatycką Unią Gospodarczą.

Żródło: facebook/Center for Strategic and International Studies

3. Nie powinno zatem zaskakiwać to, o czym pisała w Gazecie Polskiej Codziennie Hanna Shen: głównym gościem pekińskiego forum był Władimir Putin (przemawiał jako drugi po Xi Jinpingu, o czym w dalszej części tekstu), a głównym partnerem Pekinu w budowie Nowego Jedwabnego Szlaku stała się Moskwa. Dla Rosji Sowieckiej przystąpienie do chińskiego projektu jest wręcz strategiczną koniecznością, wynikającą z geografii, geopolityki oraz dotychczasowej współpracy z komunistycznymi Chinami. „Jedna Droga i Jeden Pas” to dla Moskwy kolejna okazja do wypchnięcia amerykańskich wpływów z Europy i Eurazji. Przede wszystkim jednak, chiński projekt ugruntuje rolę Federacji Rosyjskiej jako strefy buforowej i łącznikowej pomiędzy ChRL a Europą Zachodnią oraz zapewni reżimowi czekistów dopływ pieniędzy i inwestycji, dzięki czemu Moskwa, jako partner-junior Pekinu będzie mogła realizować swoje interesy. Warto również zwrócić uwagę na to, co mówili na szczycie Xi i Putin. Z ust genseka chińskiej kompartii i pułkownika KGB/FSB padały ogólnikowe stwierdzenia o wzajemnej współpracy ekonomicznej, technicznej, strategicznej oraz konieczności jej pogłębiania. Ale również stwierdzenie, że „Chiny i Rosja są strażnikami światowego pokoju”, oraz o „Nowym Jedwabnym Szlaku jako nowych Narodach Zjednoczonych”. Faktyczna wymowa tych słów powinna być oczywista nawet dla laika – ChRL i Federacja Rosyjska wspólnie dążą do ustanowienia własnej dominacji w Eurazji i na świecie, a NJS jest drogą wiodącą do tego celu.

4. Nowy Jedwabny Szlak jest też projektem tyleż polityczno-gospodarczym, co propagandowym i dezinformacyjnym – operacją aktywną na bardzo duza skalę. Hanna Shen przytacza w cytowanym wyżej artykule opinie ekspertów gospodarczych mówiących o nierentowności przedsięwzięć realizowanych w ramach NJS. Ale zapewne nie tylko o rentowność i nie tylko o pieniądze tu chodzi. Przede wszystkim, poprzez inicjatywę NJS Chiny przedstawiają się jako światowe supermocarstwo ekonomiczne czy wręcz wcielenie idealnego modelu nowoczesnej gospodarki rynkowej, którym nie są – w ChRL panuje bowiem model komunizmu przypominający popieriestrojkowy tzw. „kapitalizm nomenklaturowy”. Narracja ta wpleciona jest w bardziej całościową propagandę, w której światu zagraża globalistyczny, żarłoczny turbokapitalizm rodem z USA, a alternatywą wobec straszliwej hegemonii USA i globalnych korporacji jest „świat wielobiegunowy” pod przywództwem Pekinu i Moskwy, ze swoim sztandarowym projektem „Jednego Pasa i Jednego Szlaku”. Świetnie uzupełnia to się z aktualną sowiecką kampanią dezinformacyjną skierowaną przeciwko Zachodowi, a przedstawiającą rzekomo „konserwatywną” i „prosocjalną” Rosję czekistów i pułkownika KGB Putina jako alternatywę wobec zgniłego Zachodu. Wystarczy poczytać prosowieckie media przeznaczone dla audytorium zachodniego (w tym również polskojęzycznego) – między innymi tam w taki sposób przedstawia się chiński megaprojekt. NJS skierowany jest również do elit państw, które z różnych względów nie chcą przystępować do organizacji stricte politycznych prowadzonych przez Federację Rosyjską, ChRL albo sojusz tych dwóch państw.






2017-05-08

Wokół „Uległości” Houllebecq’a

Początek VI Republiki

Francja, rok 2022. Kraj ten jest areną procesu, który trwa już od czterech dekad, a mianowicie stopniowemu zwiększaniu się udziału w populacji kraju ludności wyznającej Allaha, a co za tym idzie, stopniowej islamizacji. Zamieszki, nierzadko krwawe, w dzielnicach zamieszkiwanych przez muzułmanów są w powieściowej Francji właściwie codziennością, a ugrupowania islamskich ekstremistów przeprowadzają już nie tyle zamachy terrorystyczne, takie jak na redakcję Charlie Hebdo (zamach przeprowadzono parę godzin po premierze powieści), a rodzaje walki bardziej przypominające partyzantkę miejską. Francuscy muzułmanie posiadają już własną reprezentację polityczną, partycypującą w partyjnym życiu kraju – Bractwo Muzułmańskie, będącą w zasadzie frankofońskim odłamem tejże światowej organizacji. O stanowisko prezydenta Republiki rywalizuje dwójka kandydatów – nacjonalistka z FN, Marine Le Pen oraz kandydat Bractwa, Mohamed Ben Abbes. Oficjalnie, Bractwo Muzułmańskie i Ben Abbes deklarują poszanowanie dla reguł specyficznej, francuskiej wersji demoliberalizmu, nieoficjalnie natomiast ich faktycznym celem jest zaprowadzenie islamskiego ładu – najpierw we Francji, a w dalszej perspektywie w całej Europie...

W odpowiedzi na proces islamizacji, dynamizuje się ruch nacjonalistyczny: z jednej strony w postaci „mainstreamowego” Frontu Narodowego klanu Le Penów, z drugiej – ruchu identytarystycznego: bardziej radykalnego, na poły zakonspirowanego, nie odżegnującego się od przemocy czy zamiaru puczu, skupiającego całą paletę różnych środowisk, od katolickich konserwatystów, poprzez nacjonalistów, aż po radykalnych neopogan. Tradycyjna francuska prawica przejmuje coraz więcej elementów z programu Frontu Narodowego i identytarystów. Stare elity polityczne, hołdujące ideałom republikańskim, zrodzonym z rewolucji francuskiej, ulegają niejako starczemu uwiądowi i udają, że problemu nie ma. W mediach mainstreamu panuje politycznie poprawna autocenzura, a strzępów informacji na temat faktycznego stanu rzeczy udziela portal o wiele mówiącym aliasie „rutube”, bynajmniej nie francuskim. W powieści Houllebecq’a, Moskwa aktywnie „miesza” we francuskim (i europejskim) kotle, wspierając ruchy nacjonalistyczne i konserwatywne, w tym Front Narodowy i ruch tożsamościowy.

Wybory prezydenckie zostają przerwane na skutek krwawej, ogólnofrancuskiej operacji paramilitarnej przeprowadzonej przez islamistów. Wygrywa je kandydat Bractwa, który wcześniej, w telewizyjnej debacie spunktował madame Le Pen wykazując, że światopoglądowa i polityczna oferta ruchu muzułmańskiego jest w istocie tym samym, co program narodowych konserwatystów. Od razu przystępuje do realizacji długofalowego programu politycznego Braci Muzułmanów, który w powieści Houllebecq’a nader daleki jest od przemówień Abu Bakra Al-Baghdadiego, Abu Muhammada Al-Adnaniego czy treści sążnistych artykułów publikowanych w „Dabiq”. Islamizacja odbywa się w pełnej zgodzie z regułami demoliberalizmu i wolnego rynku. Bractwo zawiera koalicję z socjalistami i demoliberałami, której jednym z warunków jest przejęcie przez partię muzułmanów kluczowego dla nich resortu edukacji. Szkolnictwo francuskie, dotąd obłędnie laickie, staje się kuźnią nowych islamskich elit intelektualnych i nowego islamskiego społeczeństwa Francji. Sorbona zostaje kupiona przez saudyjskich szejków, którzy zresztą szybko stają się we Francji równie częstymi i rozpoznawalnymi „turystami”, co sowieccy i chińscy prominenci na Lazurowym Wybrzeżu.

Koncepcja państwa laickiego, zrodzona podczas rewolucji francuskiej zostaje zastąpiona przez konserwatywny projekt muzułmański, który nakłania kobiety nie do „samorealizacji” na drodze kariery zawodowej, a do zajmowania się domowym ogniskiem. Francuska koncepcja państwa opiekuńczego nabiera kształtu takiego, jaki określony jest w filarach muzułmańskiej wiary. Obyczajowy konserwatyzm stopniowo zyskuje poparcie części prawicy, nawet Kościoła Katolickiego, tak samo jak działania skutkujące zmniejszeniem przestępczości na ulicach, natomiast zakat – pełen poklask francuskich socjalistów. Ben Abbes zamierza również zrealizować bardzo ambitny plan geostrategiczny – dołączyć do europejskich struktur polityczny obszar muzułmańskiego Maghrebu i szerzej, Bliskiego Wschodu. Rozpoczyna działania, mające doprowadzić do przystąpienia do Unii Europejskiej m.in. Maroka, Algierii, Egiptu oraz Libanu. Powołuje się przy tym na dziedzictwo Imperium Rzymskiego, którego Unia Europejska, poszerzona o stare (Bliski Wschód) i nowe kraje islamskie (Bractwo przejmuje w powieści władzę także w Beneluksie i Skandynawii) ma być nowym wcieleniem.

Upadek Zachodu

Uległość” to powieść będąca rewelacyjnym studium zmierzchu Zachodu – upadku kultury/cywilizacji, której fundamentem było chrześcijaństwo, a także przyswojone przezeń dziedzictwo Europy pogańskiej. Tym bardziej, że sam Houllebecq daleki jest od jakichkolwiek apologii konserwatyzmu, a wręcz określany jest jako mizantrop i „frankofob”, krytyczny wobec dziedzictwa kulturowo-cywilizacyjnego starej Europy i starej Francji, najstarszej córy Kościoła.

Świetnie ilustrują to profile głównych bohaterów powieści. Francois jest wykładowcą literatury na paryskiej Sorbonie. Prowadzi życie dosyć typowe dla przedstawicieli francuskiej elity intelektualnej, korzystającej z dobrodziejstw demoliberalnego państwa opiekuńczego. Ma ponad 40 lat, żyje samotnie, od czasu do czasu romansując ze swoimi studentkami, młodszymi od niego o dwie dekady. Pod względem światopoglądowym jest on exemplum typowego dla współczesnych czasów indyferentyzmu religijnego i filozoficznego. Należy do drugiego, albo i trzeciego pokolenia wychowanego i ukształtowanego w postmodernistycznej, laickiej i antytradycyjnej cywilizacji, która niszczy nie tylko monumentalne dziedzictwo dawnej kultury Zachodu, ale i najbardziej podstawowe więzi międzyludzkie – rodzinne, przyjacielskie, sąsiedzkie, redukując je to do kontaktów służbowych i zawodowych, to do przelotnych romansów. Francois tęskni jednak do wartości tradycyjnej cywilizacji, poświęcając się nawet swego czasu trudom zakonnego życia, jednak nie jest to zmiana trwała i konsekwentna. Koniec końców, pod wpływem swojego przełożonego, profesora Redigera (o którym będzie za parę wersów), dokonuje konwersji na islam. Wiara w Allaha, w jednych sprawach nader konserwatywna, nietolerancyjna i pruderyjna, w innych zaś nader „liberalna” i permisywistyczna – staje się dla Francoise’a z jednej strony wypełnieniem typowej dla ponowoczesnego człowieka pustki aksjologicznej i duchowej, a z drugiej – nadprzyrodzoną sankcją dla pewnych dotychczasowych nawyków, zwłaszcza w relacjach damsko-męskich. Wreszcie – konwersja na islam jest dla Francois’a jedyną szansą na zachowanie dotychczasowej, wysokiej pozycji społecznej...

Na przeciwległym niejako biegunie znajduje się profesor Robert Rediger – dziekan wydziału literatury na Sorbonie, inspirujący się twórczością Rene Guenona – jednego z teoretyków tradycjonalizmu integralnego, który widząc upadek tradycyjnej cywilizacji europejskiej przeszedł na islam (w wydaniu sufickim). Przez długi czas sympatyzował on z ruchem identytarystycznym, jednak widząc zwycięstwo islamu, sam dokonuje konwersji. Co więcej, będąc przedstawicielem kującej umysły ludzi elity intelektualnej, aktywnie włącza się w proces islamizacji Francji, pisząc propagitki i artykuły namawiające do konwersji, by w końcu otrzymać stanowisko podsekretarza ds. szkolnictwa wyższego w nowej, islamskiej Republice.

W książce Hollebecq’a pokazany jest obraz upadku cywilizacji zachodniej wg Redigera, i inspirowana myślą Guenona interpretacja tegoż procesu będąca dla Redigera jedną z przesłanek do konwersji:

To tragiczne, grzmiał Rediger, że bezrozumna wrogość wobec islamu nie pozwla tradycjonalistom i identytarystom na przyjęcie oczywistej prawdy: w sprawach zasadniczych niczym się nie różnią od muzułmanów. Odrzucenie ateizmu i humanitaryzmu, podporządkowanie kobiety mężczyźnie, powrót do patriarchatu – w każdym aspekcie prowadzą jedną i tą samą walkę. Walka ta, niezbędna do wdrożenia nowego, organicznego etapu rozwoju cywilizacji, nie może już być prowadzona w imię chrześcijaństwa: dzisiaj to islam, religia siostrzana, ale młodsza, prostsza i prawdziwsza (dlaczego na przykład Guenon przeszedł na islam? Guenon był przede wszystkim umysłem ścisłym i właśnie dlatego wybrał islam, ze względu na oszczędność pojęciową, a także po to, by uniknąć pewnych marginalnych i irracjonalnych wierzeń, takich jak wiara w rzeczywistą obecność Boga w Eucharystii), tak więc to właśnie islam przejął dzisiaj pałeczkę. Przymilając się i zawstydzająco wdzięcząc do postępowców, Kościół katolicki utracił zdolność do przeciwstawienia się upadkowi obyczajów. Utracił zdolność do jednoznacznego i energicznego odrzucenia małżeństw homoseksualnych, prawa do aborcji i pracy kobiet. Spójrzmy prawdzie w oczy: Europa Zachodnia doszła to tak odrażającego stanu rozkładu, ze sama siebie nie jest w stanie uratować, nie bardziej niż starożytny Rzym w piątym wieku naszej ery. Masowy napływ imigrantów, których tradycyjna kultura jest nadal naznaczona naturalną hierarchią, podporządkowaniem kobiety i szacunkiem dla starszych, stanowi historyczną szansę na moralne i rodzinne odrodzenie Europy, otwierając perspektywę nowego złotego wieku dla Starego Kontynentu. (...)”


Ale oprócz – jakkolwiek strasznych i pesymistycznych, ale jednak szlachetnych pobudek, konwersja Redigera ma swoją ciemniejszą stronę. Tak samo, jak i islam, wyposażony w doktrynę „qitman” i „taqqiyah”, czyli, w prostych słowach, dezinformacji i manipulacji. Islam dopuszcza wielożeństwo i gromadzenie niemożebnych bogactw materialnych w tym życiu, motywując to podudkami, które określić można jako socjaldarwinistyczne, co jest otwartym tekstem wyłożone w redigerowskich „Dziesięciu pytaniach na temat islamu”. W artykułach publikowanych w bardziej niszowych wydawnictwach Rediger kwestionuje prawo do istnienia państwa izraelskiego i usiłuje dowodzić, że islam jest religią predestynowaną do władzy nad całym światem. Rediger, zajmując wysokie stanowiska we francusko-muzułmańskiej hierarchii, w pełni korzysta z religijnego uzasadnienia chociażby dla poligamii. Jego starsza, około czterdziestoletnia żona służy mu do gotowania obiadów, a młodsza, ledwo piętnastoletnia, do innych czynności.

To właśnie ze strony Redigera poszła w kierunku Francoise’a oferta „nie do odrzucenia”. Francois studiując publicystykę Redigera i zastanawiając się nad konwersją, dochodzi do konstatacji, że francuscy intelektualiści są kastą niezwykle uległą wobec tyranów i totalitaryzmów. I nie ponoszą za to żadnej odpowiedzialności. Onegdaj zachwycali się Stalinem, Mao i Pol Potem, współcześnie zaś islamem, także jego nurtami radykalnymi. I czynią to nie tyle, a raczej niekoniecznie z poczucia typowej dla swojej klasy misji społecznej, ale z pobudek czysto egoistycznych – chcą trwać przy władzy jako współczesny substytut stanu kapłańskiego.

Scenariusz realny

Houllebecq w sposób bardzo szczegółowy przedstawia scenariusz, będący ekstrapolacją tendencji intelektualnych i politycznych mających miejsce obecnie, nie tylko we Francji, ale i w całym świecie Zachodu, chociaż w ojczyźnie autora „Uległości” są one szczególnie intensywne. Czyni to bez żadnych sympatii dla jakiejkolwiek opcji, bez żadnego ideologicznego „backroundu” i ideologicznych wtrętów. Houllebecq po prostu pisze, jak może być.

Islamizacja Francji oraz innych krajów Europy Zachodniej wcale nie musi przebiegać wg powszechnych na prawicy wizji, w których hordy muzułmańskich terrorystów topią we krwi Francję, Niemcy czy Wielką Brytanię i w ten sposób zmuszają je do przyjęcia islamu. Hollebecq przedstawia w „Uległości” wizję islamizacji, którą można obrazowo określić jako „wojnę hybrydową”, jako „marsz przez instytucje”, podobny do komunistycznej strategii nakreślonej przez Antonio Gramsciego, w której terroryzm jedynie uzupełnia działania islamistów na poziomie politycznym.

Hollebecq zauważa również, że Francja i Europa nie znajdują się w próżni strategicznej, a oprócz cienia Miecza Proroka, pada na nią również cień czerwonej gwiazdy. Islamizacja uległej Europy nie jest – jak to lubi przedstawiać prawica i nacjonaliści – zagrożeniem finalnym. Proces ten może wepchnąć całą Europę w pole grawitacyjne neobolszewickiego Kremla, co zresztą już ma miejsce. Europa przyszłości, po przemianach na miarę oświecenia i rewolucji francuskiej, może stać się komponentem Wielkiej Eurazji, łączącej neobolszewicką Federację Rosyjską, ChRL i kraje islamskie, i to obojętnie, czy skutkiem tych zmian będzie islamizacja Europy, czy zwycięstwo sprzeciwiających się jej ruchów nacjonalistycznych i konserwatywnych. Kreml będzie – co zresztą już czyni – prowadzić grę, w której z jednej strony będzie rozgrywał terroryzmem islamskim oraz falami migrantów, a z drugiej – dużą częścią ruchów konserwatywnych i nacjonalistycznych, którym skutecznie stręczy się czekistów w roli obrońców cywilizacji.

Z kolei establishment polityczny i intelektualny Europy Zachodniej rozdarty jest i będzie dylematem, czy upaść na kolana przed islamem, czy może przed następcami Lenina, Stalina i Mao. Będzie to czynić zarówno z pobudek ideowych, słusznie zauważając upadek Zachodu, jak i z chęci zachowania dotychczasowej pozycji w „starym” porządku politycznym, albo walcząc o awans społeczny.


Michel Houllebecq, „Uległość”, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2015

2017-02-18

Pekin, Moskwa, Zachód, dezinformacja. Komentarz do tekstu Ściosa

22 stycznia Aleksander Ścios opublikował wpis zatytułowany „Chińska małpa i głupi tygrys”, w którym wykazał bezsens teorii o chińsko-sowieckim rozłamie i polityki rozgrywania Rosji Sowieckiej przeciw ChRL, które wyznawać ma nowa administracja USA, a szerzej – większość elit intelektualnych i politycznych państw zachodnich:
Jednym z dogmatów wyhodowanych na gruncie nowej mitologii, jest przeświadczenie, że z Chinami należy prowadzić współpracę gospodarczą, inwestować w tamtejszy rynek i korzystać z taniej siły roboczej. Motorem tych obłędnych dążeń jest wyłącznie chęć zysku, przewyższająca swoim znaczeniem nawet instynkt samozachowawczy. Drugi z mitów mówi, że pomiędzy Chinami a Rosją (wcześniej Związkiem Sowieckim) istnieje stan wrogości i rywalizacji, którą można wykorzystać do zneutralizowania chińskiego zagrożenia. Przyjęcie tej mitologii doprowadziło już do wytworzenia potężnej dezinformacji geopolitycznej i zmiany koncentracji sił strategicznych Zachodu. Zamiast traktować Chiny i Rosję, jako państwa prowadzące wspólną i spójną politykę antycywilizacyjną, dążące wespół do zniszczenia porządku światowego, przyjęto irracjonalne założenie o odmienności celów oraz możliwości wykorzystania rzekomych antynomii.
(…) Ponieważ Rosja prezentuje typ „komunizmu utajnionego”, podczas gdy Chiny kontynuują model „jawnego komunizmu”, tego rodzaju układ, przy wspólnocie celów obu państw, stwarza wręcz doskonałe warunki do prowadzenia globalnych gier politycznych, symulowania konfliktów, rozgrywania potencjalnych sojuszników i neutralizacji wrogów. Efekt ten jest dodatkowo wzmacniany poprzez ukazywanie rzekomego kontrastu - agresywnych i „nieprzewidywalnych” działań Rosji wobec zachowawczych, niekonfrontacyjnych zachowań Chin. Jeśli nawet w relacjach chińsko - rosyjskich, Moskwa jest kłopotliwym petentem i bywa traktowana przez Pekin jak młodszy i niezbyt rozgarnięty brat, w niczym nie zmienia to wspólnoty celów. W tym tandemie, Chińczycy dawno przejęli inicjatywę i od ponad dekady narzucają własne, niespieszne tempo.

Koniec pozorów i finał gry nastąpi wówczas, gdy Państwo Środka zarzuci dostatecznie szeroką sieć ekonomiczno-agenturalnych uzależnień i za pieniądze Zachodu zbuduje przewagę militarną nad głównym wrogiem - Stanami Zjednoczonymi. Chińczycy doskonale pamiętają, że mądry generał zdobywa żywność od wroga.”

Słowem – ewentualność konfliktu chińsko-sowieckiego można włożyć między bajki, najlepiej pomiędzy „Maszę i Miszę” a „Krokodiła Gienę”.

Temat ten był omawiany na tym blogu wielokrotnie, ale ze względu na jego aktualność z jednej strony, a także wirusowe wręcz szerzenie się dezinformacji, wymaga niestety (albo „-stety”) powtarzania.

Genetyczna wspólnota” interesów

Słuszne argumenty i spostrzeżenia Ściosa wypada uzupełnić o następujące, bardziej ogólne, uwarunkowania sojuszu Pekin-Moskwa, które można rozpatrywać na poziomach: ideologiczno-politycznym oraz geopolitycznym. W istocie jednak sprowadzają się one do długofalowych, wewnętrznych, lokalnych i światowych interesów obu państw.

Genetyczna wspólnota” ChRL i Federacji Rosyjskiej wynika wprost z bolszewicko-imperialnego charakteru obydwu państw i stanowi jeden z ważniejszych fundamentów ich wspólnoty interesów. Teorie i koncepcje mówiące to o możliwości współpracy i konwergencji z Moskwą i/lub Pekinem, to o możliwości polityki „różniczkowania” i rozgrywania Rosji Sowieckiej przeciwko Chinom lub vice versa mają dwie przyczyny: część elit zachodnich nie rozumie tego, że w latach 1989 – 91 doszło do transformacji komunizmu w neokomunizm, a część widzi po prostu wymierny interes w paktach z przetransformowanymi bolszewikami.



ChRL i Rosja Sowiecka wspólnie dążą nie tylko i nie tyle – jak skądinąd słusznie pisze Ścios – do obalenia aktualnego porządku świata, ale znacznie dalej - do ustanowienia, własnego, nowego porządku świata, w którym sojusz Pekin-Moskwa panować ma na kontynencie eurazjatyckim i manipulować resztą świata.

Patrząc z Pekinu, jeżeli Chiny chcą zostać światowym mocarstwem, muszą mieć dostęp do Pacyfiku Zachodniego, północno-wschodniej części Oceanu Indyjskiego, opanować Azję Pd-Wsch, a także zapewnić sobie dostęp do surowców bezpieczną drogą lądową i jednocześnie posiadać strefę buforowo-łącznikową, prowadzącą na Zachód. Rosja Sowiecka, wraz z terytorium Azji Środkowej, pełni dla Chin właśnie te funkcje: zaplecza strategicznego, zaplecza surowcowego, zaplecza inwestycyjnego, a także potężnej strefy tranzytowej na Zachód. Stąd właśnie wywodzi się chińska koncepcja utworzenia „Nowego Jedwabnego Szlaku”, ale również dalekosiężny plan połączenia tego przedsięwzięcia z moskiewskimi inicjatywami strategicznymi w ramach projektu "Wielkiej Eurazji", który połączyć ma Europę, Federację Rosyjską i Chiny w jeden, neobolszewicki blok, co trafnie opisał Antoni Macierewicz. Ponadto, do realizacji własnych interesów światowych i mocarstwowych, niezbędne jest Pekinowi posiadanie sojuszników, którzy byliby nośnikami interesów. Rosja Sowiecka, ze względu na swój potencjał strategiczny i charakter państwa, jest tutaj dla ChRL najważniejszym sojusznikiem, pełniącym w tym układzie funkcje chińskiego zaplecza surowcowo-ekonomicznego oraz chińskiego żandarma - „złego policjanta”. Dla Pekinu, taki właśnie układ jest o wiele bardziej opłacalny, niż konflikt o Daleki Wschód i Syberię, który to jest tyleż mityczny, co zupełnie dla Chin pozbawiony sensu.

Podobnie rzeczy mają się, jeśli spojrzymy z perspektywy Kremla. Jeśli Federacja Rosyjska chce zyskać status mocarstwa światowego, musi sprawować hegemonię na terenie strefy sowieckiej (zwłaszcza jej europejskiej części) a następnie uzyskać dostęp do Europy Zachodniej, Oceanu Atlantyckiego i Bliskiego Wschodu (ten ostatni kierunek jest w ostatnich latach coraz intensywniej i niestety coraz skuteczniej realizowany). Aby te cele osiągnąć, niezbędny jest jej potężny sojusznik w postaci komunistycznych Chin. Pekin jest dla Rosji Sowieckiej swego rodzaju adwokatem jej pozycji na arenie międzynarodowej, a także dostarczycielem inwestycji, niektórych nowoczesnych technologii oraz rynkiem zbytu, zwłaszcza jeśli chodzi o surowce naturalne, broń i systemy uzbrojenia, ale również m.in. produkty rolne. Faktem jest to, że w układzie Moskwa-Pekin to Rosja Sowiecka staje się stopniowo „mniejszym bratem” Chin ze względu na dysproporcje demograficzne i gospodarcze (na przykład korzystniejsze dla Chin dwustronne umowy gospodarcze, surowcowe, przejmowanie sektora bankowego i finansowego przez chińskie instytucje finansowe, przejmowanie krajów Azji Środkowej, należących kiedyś do ZSRS itd.), ale Kreml w pełni świadomie pozwala na taki obrót rzeczy. Jakkolwiek wydaje się to paradoksalne (i zupełnie niezrozumiałe dla wolnego świata), kagiebowski reżym zyskuje i czerpie wymierne korzyści z takiego właśnie układu. Pozycja mniejszego sojusznika w układzie z Chinami to dla Moskwy cena konieczna za możliwość realizacji swoich wewnętrznych i zagranicznych interesów.

Wiele mówi się o tym, że sojusz Pekin-Moskwa jest sojuszem taktycznym, który będzie trwał do czasu wyparcia USA z Eurazji, po czym sojusz rozpadnie się z większym lub mniejszym hukiem. Teza ta ma jednak dwie zasadnicze słabości: po pierwsze - jest to rozważanie czysto futurologiczne i akademickie, po drugie - tu wracamy do wyżej wymienionych uwarunkowań – jeśli Moskwie i Pekinowi udałby się zamiar znaczącego osłabienia, czy wręcz obalenia globalnej pozycji Waszyngtonu, to nowy, „postamerykański” porządek świata będzie jednak dalej wymagał dalszej wzajemnej współpracy ChRL i Rosji Sowieckiej. Jakikolwiek konflikt sprawiłby, że mocarstwowe ambicje Pekinu i Moskwy ległyby w gruzach, gdyż państwa te musiałyby się, mówiąc oględnie, zająć sobą.

Podsumując, Pekin i Moskwa są sobie nawzajem potrzebne, a wręcz skazane na sojusz. Wielopłaszczyznowa współpraca wzmacnia obydwa państwa i jest bardzo skutecznym (i właściwie jedynym, najbardziej optymalnym) instrumentem pozwalającym realizować ich mocarstwowe interesy.

Dr Jerzy Targalski o sojuszu Moskwa-Pekin:

Antoni Macierewicz m.in. o Nowym Jedwabnym Szlaku:


Incepcja i autodezinformacja

Ścios słusznie przywołuje opisaną przez Anatolija Golicyna strategię „nożyczek”, polegającą na wywoływaniu sfingowanych konfliktów i sporów w celu zdezinformowania Zachodu, albo dezinformacyjnym wyolbrzymianiu faktycznych, a powierzchownych konfliktów w tym właśnie celu. Jednakże bardziej prawdopodobna jest niejaka autodezinformacja elit zachodnich, w której "politolodzy", "analitycy", "sinolodzy" i "rosjoznawcy" będą sami dorabiać sobie fałszywe obrazy i projekcje, natomiast rosyjscy i chińscy bolszewicy będą prowadzić otwartą współpracę, dając jednocześnie komunikat: „oszukaliśmy was, wy idioci, oszukujemy i dalej będziemy oszukiwać”.

Przykładem jest niedawna sprawa rozmieszczenia chińskich wielogłowicowych rakiet międzykontynentalnych Dong Feng 41 (prawdopodobnie zdolnych do przenoszenia 10 do 12 głowic nuklearnych) na terenach graniczących z Federacją Rosyjską. Informacja ta została podana przez media w Hong-Kongu i na Tajwanie, po czym „niezależna prasa rosyjska” oraz media i komentatorzy na Zachodzie uznali to posunięcie za skierowane przeciwko Moskwie i zwiastujące możliwość rozłamu pomiędzy Pekinem a Moskwą. Oficjalne czynniki w obydwu krajach od razu jednak ucięły tego rodzaju spekulacje. Chiński rządowy dziennik „Global Times” oznajmił, że DF-41 rozmieszczono po to, by „zapewnić Chinom więcej szacunku” na arenie międzynarodowej, a głównym adresatem tegoż kroku są oczywiście „imperialistyczne i ekspansjonistyczne” Stany Zjednoczone, z faszyzującym prezydentem Trumpem na czele. Według „Global Times” - co również warte jest odnotowania – informacje podane przez tajwańską i hongkońską prasę mają być kontrolowanym przeciekiem. Serwis internetowy Russia Behind The Headlines, będący de facto powielarnią tub propagandowych w rodzaju TASS i Sputnika, opublikował z kolei artykuł „Who is China aiming its nuclear missiles at?” autorstwa Aleksieja Timofiejczewa, w którym przytoczono sowieckich ekspertów do spraw wojskowości twierdzących wprost, że dyslokacja DF-41 do prowincji Heilongjiang nie może być traktowana jako krok przeciwko Moskwie ze względu na strategiczny sojusz łączący oba państwa, jak również to, że skierowana jest właśnie przeciwko USA (tak samo jak wcześniejsze rozmieszczenie ich w Turkiestanie Wschodnim oraz wschodnim wybrzeżu Chin).

W kontekście tej kombinacji dezinformacyjnej, warto również zauważyć, że w tym samym czasie, kiedy rozmieszczenie DF-41 interpretowano jako zapowiedź konfliktu, a co najmniej rysy w sojuszu Pekin-Moskwa, obydwa kraje współpracowały ze sobą, i to właśnie na płaszczyźnie wojskowej i bezpieczeństwa. Moskwa i Pekin wspólnie sprzeciwiały się rozmieszczeniu amerykańskiego systemu antyrakietowego THAAD w Korei Południowej, zapowiadając bliżej jeszcze nieokreślone retorsje wobec USA i Korei Południowej, broniąc tym samym zbrodniczego reżimu najmłodszego „grubego Kima”, a Rosja Sowiecka realizuje dostawy myśliwców Su-35 na potrzeby sił zbrojnych komunistycznych Chin.

Opisana wyżej kombinacja operacyjna zawiera w sobie trzy bardzo ważne elementy. Pierwszym z nich jest połączenie incepcji i autodezinformacji, które polega na tym, że obiekt „działań aktywnych” nie tylko przyjmuje treści wyprodukowane przez autorów dezinformacji, ale dezinformuje się sam, tworząc interpretacje i wizje nie mające żadnego pokrycia w faktach. Drugim, pozornie sprzecznym jest to, iż siewcy dezinformacji – Pekin i Moskwa – otwarcie przyznają się do dezinformowania elit Zachodu. Trzecim elementem jest próba wywołania strachu przed wojną, która miałaby być konsekwencją zastosowania przez Zachód bardziej asertywnej polityki wobec Rosji Sowieckiej i ChRL oraz tworzonego przez nie sojuszu.


Aleksander Ścios, „Chińska małpa i głupi tygrys”: https://bezdekretu.blogspot.com/2017/01/chinska-mapa-i-gupi-tygrys.html

Aleksey Timofeychev, „Who is China aiming its nuclear missiles at?”: http://rbth.com/international/2017/01/26/who-is-china-aiming-its-nuclear-missiles-at_689098

Global Times, „Dongfeng-41 will bring China more respect”: http://www.globaltimes.cn/content/1030353.shtml

2016-12-31

Nowa dezinformacja w miejsce starej (2)

Sojusz ekstremów i wielowektorowa polityka

Strategia i taktyka budowania i montowania przez Kreml agentury wpływu w siłach radykalnych i antyestablishmentowych oparta jest o koncepcje polityczne Aleksandra Dugina, z których najważniejsze to: koncepcja tzw. „sojuszu ekstremów”, będąca częścią ideologii neoeurazjatyzmu. Koncepcja ta przewiduje zjednoczenie wszystkich ruchów antysystemowych o skrajnie różnych ideologiach wokół kilku pryncypialnych postulatów politycznych: zwalczania systemu demoliberalnego, antyokcydentalizmu i antyamerykanizmu oraz utworzenia Bloku Eurazjatyckiego. Pod sztandarem eurazjatyzmu i realizacji neosowieckich celów strategicznych jednoczą się ruchy nacjonalistyczne, konserwatywne (różnych odcieni), lewicowe, lewackie, neonazistowskie, faszystowskie, czy nawet anarchistyczne. Wspomniane w pierwszej części niniejszego cyklu partie i ruchy polityczne różnej proweniencji jednoczy wsparcie organizacyjne, logistyczne, finansowe i ideologiczne udzielane przez kremlowskie ośrodki dyspozycyjne: ośrodki akademickie, instytucje finansowe czy wreszcie systemowe partie polityczne. Przeciwne sobie ruchy prawicowe i nacjonalistyczne z jednej, i lewicowe oraz komunistyczne z drugiej, łączy też postulat utworzenia sojuszu eurazjatyckiego, który kraje europejskie połączyć ma z tandemem Moskwa-Pekin.

Oprócz oddziaływania stricte politycznego, sowiecka agentura oddelegowana na odcinek „prawicowy” oddziałuje na zasadzie gramszystowskiego „marszu przez instytucje”, którą z powodzeniem stosowała i stosuje lewica. Agentura i użyteczni idioci dążą do tego, by jak najszersze i jak najbardziej różnorodne grupy polityczne i społeczne, z reguły nie znające mechanizmów polityki i nieświadome istnienia sowieckiej wielkiej strategii, realizowały jej cele. Czyni to poprzez infiltrację ośrodków akademickich i intelektualnych, mediów, kościołów i organizacji religijnych (w tym Kościół Rzymskokatolicki – i to zarówno modernistów na czele z papieżem Franciszkiem, jak i „tradsów”) czy też artystów, a także oddziaływanie na masy, na tzw. opinię publiczną poprzez kampanie dezinformacyjne prowadzone poprzez media tradycyjne (bardzo ważna rola Russia Today i Sputnika), w blogosferze i na portalach społecznościowych. To głównie poprzez liczne blogi, twitter, facebook oraz YouTube rozpowszechniane są krótkie najczęściej, bardzo obrazowe, oddziałujące głównie na sferę emocjonalną i nieporuszające ideologicznych niuansów treści, w których Putin przedstawiany jest jako krutoj supergieroj – wybawca od demoliberalizmu, lewactwa, masonerii, mędrców Syjonu, imigrantów, Illuminati, banksterów i żydo-banderowskich Reptilian z planety Zeta Reticuli, których to reprezantantem i nośnikiem interesów są kraje zachodnie, na czele ze Stanami Zjednoczonymi, przedstawiane w różnych wariantach jako „NWO”, „USrael” itp. W części przypadków tego rodzaju propaganda i dezinformacja jest tzw. „propagandą faktów”, w której sowieciarze bezlitośnie wykorzystują słabości państw zachodnich. Słabości, w których powstaniu ZSRS/FR ma swój udział.

Przejdźmy do szerszego politycznego kontekstu. W obecnej sytuacji, którą wedle typologii Jurija Bezmienowa określić można albo jako destabilizację (w najlepszym wypadku), albo już jako kryzys, Rosja Sowiecka już prowadzi „swobodną grę” pomiędzy kontrolowalnym i sterowalnym lewicowo-demoliberalnym mainstreamem a siłami antyestablishmentowymi, równie łatwymi do infiltracji, zdezinformowania i kontroli. Te opcje będą wzajemnie się napędzać, ku uciesze Kremla, Łubianki i Jasieniewa. Zagrożenie sterowanym i koncesjonowanym z Kremla „nacjonalizmem”, „populizmem” i „faszyzmem” będzie motywować establishment mainstreamowy do jeszcze większego zacieśniania relacji z Moskwą. Prawica zaś będzie pchana w objęcia czekistów przez kontynuowanie przez mainstream dotychczasowej polityki. Do tego dochodzi możliwość grania przez Moskwę kartą zagrożenia islamskiego, opcjonalnie – mitycznego zagrożenia chińskiego.

Trump i reset-bis

Warto się zatrzymać nad wynikiem wyborów prezydenckich w USA. Prezydent-elekt Trump wysyła sprzeczne sygnały, jeśli chodzi o planowane relacje z Rosją Sowiecką. Z jednej strony, kilkakrotnie wypowiadał się przychylnie o Putinie, widząc w nim sojusznika w walce z islamskim terroryzmem i głosił izolacjonistyczne postulaty. Z drugiej – stanowczo żądał chociażby zaprzestania przez Moskwę prowokacji militarnych wobec Zachodu i mówi o odnowie zaniedbanego potencjału odstraszania nuklearnego. Powszechnie wiadome jest otaczanie się przez niego osobami interesami związanymi z sowiecką oligarchią. I to jest kwestia najważniejsza – kadry nowej, amerykańskiej administracji. Z jednej strony, Sekretarzem Obrony został gen. James Mattis, oficer USMC bardzo sceptycznie odnoszący się do Putina i Rosji Sowieckiej, niemający złudzeń co do natury tego kraju. Z drugiej strony, na stanowisko Sekretarza Stanu mianowano Rexa Tillersona – szefa ExxonMobil, znanego z przyjaznych relacji z Putinem i Sieczinem oraz dealu Exxon-Gazprom, laureata Orderu Przyjaźni Federacji Rosyjskiej. Doradcą Trumpa ds. Bezpieczeństwa został znany z występów w Russia Today, były dyrektor DIA, gen. Michael Flynn. Równie niepokojąca jest najnowsza nominacja – doradcą ds. polityki zagranicznej ma zostać Henry Kissinger: polityk odpowiadający za detente z ZSRS, jeden z wyznawców teorii konwergencji pomiędzy bolszewizmem a demoliberalizmem, przyjaciel i zwolennik Władimira Putina, uznający pogorszenie relacji USA z Rosją Sowiecką i komunistycznymi Chinami za jeden z najgorszych błędów administracji amerykańskiej.

Trudno jest uznać Trumpa za „kremlowską marionetkę”, jak określił go Aleksander Ścios, jednak równie trudno za dobrą monetę przyjąć zachwyty nad geniuszem politycznym Trumpa (gdy jest on dyletantem politycznym) czy słowa krytyków „zimnowojennej paranoi”, która rzekomo „wszędzie każe szukać „ruskich spisków”. Znana jest bowiem historia sowieckiej infiltracji USA: bolszewicy potrafili uplasować agenturę w najbardziej newralgicznych i strategicznych dla Stanów Zjednoczonych sferach – czy to w Projekcie Manhattan, czy to na stanowisku sekretarza stanu, czy to na wysokich stanowiskach w służbach specjalnych, nie mówiąc o działalności KP USA czy komunistycznym „marszu przez instytucje” i wpływie na kontrkulturę; wszyscy wiemy o takich ludziach, jak Alger Hiss, małżeństwo Rosenbergów, czy też sprawach Aldricha Amesa i Roberta Hanssena. Aleksander Ścios nie pomylił się jednak co do tego, że Trump tworzy administrację w oparciu o koterię, realizującą swoje partykularne interesy (które w pewnych zakresach są i będą zbieżne z interesami USA).

Wydaje się, że amerykańskim celem nowego resetu z Moskwą ma być wspólne pokonanie Państwa Islamskiego i franczyz Al Kaidy oraz wspólna konkurencja z rosnącymi w siłę Chinami (taka dyplomacja ping-pongowa a rebours). Tyle tylko, że Sowiety, obojętnie czy jako ZSRS, czy to jako FR, od lat wspierają islamski terroryzm. W tym również Al Kaidę i ISIS, w charakterze „lodołamacza”, „Hitlera Putina”, jak to określił Andriej Nawrozow oraz możliwego wykonawcę antyzachodnich operacji destabilizujących typu „false flag”. Z kolei wykorzystanie Moskwy przeciwko Pekinowi również oparte jest na krótkowzrocznej strategii, naiwności i nieznajomości długofalowej strategii, i jako takie skazane jest na klęskę. Reset z ChRL w wykonaniu Nixona skończył się wzmocnieniem pozycji tego kraju, a następnie „normalizacją” stosunków z ZSRS i – już w latach 90 – zawiązaniem oficjalnego sojuszu Moskwa-Pekin. Konflikty między obydwoma krajami mają charakter taktyczny i w znacznej mierze pozorowany, obliczony na zdezinformowanie Zachodu. Komunistyczne Chiny i Rosja Sowiecka są naturalnymi sojusznikami, kraje te są sobie wzajemnie potrzebne – ich współpraca polityczna, gospodarcza i wojskowa przyczyniają się do wzmocnienia pozycji międzynarodowej, bezpieczeństwa oraz realizacji mocarstwowych interesów obydwu. Możliwa próba resetu zakończy się albo dalszą, ale zakulisową współpracą Moskwy i Pekinu, albo – mimo stawania na rzęsach amerykańskiej dyplomacji – otwartym kontynuowaniem współpracy, z jednoczesnym wysyłaniem komunikatu o treści: znowu was orżnęliśmy, będziemy cyganić dalej, a wy nic nam nie zrobicie!

Polski odcinek nowego sowieckiego planu. Wymiana agentury

Działania sowieciarzy wobec Polski i Europy Środkowej różnią się od działań wobec Zachodu właściwie jedną istotną rzeczą – USA i Europa Zachodnia są przez Moskwę manipulowane, natomiast Polska, wraz z pozostałymi krajami Europy Środkowej i Wschodniej, są przez Moskwę kontrolowane (inna sprawa, że przy współudziale i pomocy graczy zachodnich). Nie zmieniły tego zasadniczo ani rok 1989 z „pierwszymi wolnymi wyborami”, ani „pierwszy prezydent wolnej Polski” tow. gen. Wojciech Jaruzelski, ani nawet wyjazd ostatniego żołnierza Północnej Grupy Wojsk Radzieckich. Zmieniła się po prostu metoda kontroli – z kontroli bezpośredniej na kontrolę pośrednią, kontrolę strukturalną. Rządy, które próbowały realizować suwerenną politykę zostały w bardziej lub mniej delikatny sposób zneutralizowane dwa razy, aktualnie obserwujemy trzecią próbę takiej neutralizacji, która zbiega się czasowo z promowaniem nowego rodzaju kolaborantów i nowej metody zarządzania.

Kontrola strukturalna w latach 1989-2015 polegała na sterowaniu polityką Polski za pomocą układu magdalenkowo-okrągłostołowego – amalgamatu oligarchii wywodzącej się w prostej linii ze starej komunistycznej, bezpieki i nomenklatury (z bezpieką wojskową jako najsilniejszym ogniwem) oraz kooptantów z tzw. opozycji w charakterze „słupów”. Rządząca oligarchia bezpieczniacka wspierana i jednocześnie kontrolowana oraz dublowana była – jak opisuje to płk Piotr Wroński w „Czasie nielegałów” - przez „środki aktywne” bezpośrednio podległe SWR i FSB.

Obecnie ten mechanizm kontroli powoli, acz nieubłaganie wypala się i wyczerpuje. Po pierwsze, ze względów biologicznych – trwanie mechanizmu, w którym stara bezpieka i starzy komuniści sterują życiem politycznym zza kulis to kwestia maksymalnie pięciu najbliższych lat. Nowa generacja „resortowych dzieci” niejako wyradza się i degeneruje co barwnie, ale bardzo rzeczowo przedstawił Fox Mulder w artykule „Reset z Rosją? Nowa generacja agentury”:

Stałym problemem z jakim styka się Rosja w Polsce jest niska jakość prorosyjskich kadr. W czasach PRL musiała sięgać po margines społeczny, przestępców, wojskowych dekowników, sprzedajnych karierowiczów i debili. Przedstawiciele tych grup tworzyli "elity" PRL. I przekazali swoją pozycję społeczną dzieciom i wnukom. Często się zdarzało, że ich potomkowie stanowili bardziej gówniany materiał ludzki od nich. Arystokracja z nadania okupanta też się przecież degeneruje. Doszło do sytuacji w której przyjazne Rosji kadry zachowują się jak idioci noszący tabliczki z napisem "Jestem rosyjskim agentem!". Obok różnych milicjantów i esbeków zaczytujących się od deski do deski w "Faktach i Mitach", obok Januszy biznesu z wypisanym na twarzy "Jestem złodziejem", obok zgrzybiałych giertychowców, zjebów z różnych Falang i Obozów Wielkiej Dupy [te parte to akurat świeża agentura, ale skierowana na bardziej radykalny target, który może nabrać znaczenia np. w przypadku kryzysu gospodarczego – przyp. J.], obok różnych Srajd palących sowieckim okupantom świeczki na grobach, mamy różnych wsioków w stylu płka Dupy, wieszających na ścianie w swoim lipnym Centrum Eksperckim Kontrwywiadu NATO herb FSB (!) i trzymających tajne dokumenty SKW obok butelek po wódce i dvd z bajkami w stylu "Masza i Niedźwiedź". Na miejscu warszawskiego rezydenta SWR powiedziałbym: "To jest, kurwa, dramat!".”

Po drugie – właściwie nie da się już sterować społeczeństwem za pomocą demoliberalno-lewackiej inżynierii społecznej, którą w latach 1989-2015 wdrażały środowiska komunistyczne, tzw. „lewicy laickiej” (de facto post-KPP; obecnie „Agory”, „GazWyb”, ROAD/Unia Wolności/Demokraci itd.) oraz KLD/PO. Umiera wielka narracja „III RP” i „świetlanej, demokratycznej, liberalnej, europejskiej przyszłości” i niebawem będzie docierała już właściwie do wąskiego kręgu swoich autorów i ich zwolenników, związanych rodzinnie, towarzysko oraz wspólnymi interesami. Wydaje się, że społeczeństwo żyjące między Odrą a Bugiem przynajmniej w jakimś zakresie zrozumiało, że było przez te opcje polityczne ordynarnie rżnięte i robione w bambuko. Wyrazem tego było podwójne zwycięstwo PiS w roku 2015 – w wyborach prezydenckich i parlamentarnych, a także rosnąca popularność ruchów i inicjatyw patriotycznych, konserwatywnych, katolickich (i to najczęściej „radiomaryjnych” czy skupiających się wokół środowisk tradycji katolickiej, albo konserwatywnych wspólnot charyzmatycznych) czy wreszie nawiązujących do ruchu narodowego, zarówno w wersji endeckiej, jak i narodowo-radykalnej.

Jak na te procesy społeczne rozgrywające się na terenie bliskiej zagranicy reagować ma czekistowski syndykat? Konieczność dziejowa i mądrość etapu są zmienne. Trzeba zatem – znów parafrazując Vadima z powieści Szczyrby – dostosować się do zmieniających się tendencji, a najlepiej – nowe tendencje kreować i w odpowiednich punktach sterować nimi tak, by zmanipulowane społeczeństwo przyjęło moskiewskie jarzmo z radością. Ewentualnie – z poczuciem dziejowej i geopolitycznej konieczności. A politycy, intelektualiści i aparat państwowy – realizowali interesy Rosji Sowieckiej, zarówno w kraju, jak i na zewnątrz. A skoro operacja „prawicowego NEP-u” i potiomkinowskiej rewolucji konserwatywnej powodzi się w krajach zachodnich, to dlaczego nie miałaby odnieść podobnego sukcesu w Polsce?

Jaki jest główny mechanizm infiltracji prawicy? Faktyczna agentura, zadaniowana przez oficerów sowieckich specsłużb zapewne stanowi w całej operacji mniejszość. Tak jak w schemacie „orkiestry” Volkoffa, pełnią oni funkcje „dyrygentów”. Resztę roboty robią pudła rezonansowe – użyteczni idioci, którzy sączą dezinformacyjny jad dalej – zarówno jako tzw. „liderzy opinii”, jak i „konsumenci”. Prosowiecka-prorosyjska propaganda i dezinformacja szerzona jest nie wertykalnie, de modo Gazeta Wyborcza i poprzez „autorytety moralno-polityczne” lat transformacji, ale horyzontalnie, sieciowo – za pomocą masowych mediów społecznościowych oraz portali lansujących się na „antysystemowe”, „niezależne”, „patriotyczne”, „narodowe”, „katolickie/chrześcijańskie”, „zmuszające do myślenia” itp. Główne tezy dezinformacji skierowanej do konserwatywnego i narodowego odbiorcy w Polsce są w dużej mierze kopią tych skierowanych do odbiorców na Zachodzie, a wspomnianych wyżej, z poprawką na uwarunkowania lokalne – rozpowszechnia się treści mające skłócić Polaków z pozostałymi narodami Międzymorza, a Rosję Sowiecką przedstawić jako jedyny ratunek to przed Niemcami, to przed masonerią, to przed Żydami, krwawymi multikorporacjami z USA, które jest naszym faktycznym wrogiem, banderowcami i szaulisami, itp. Nawet, jeśli prosowieckość nie jest wyrażona verbatim, to samo już atakowanie zachodu/USA itp. stawia w dobrym świetle Rosję Sowiecką. Analiza dyskusji politycznych, które odbywają się na portalach, blogosferze, portalach społecznościowych nie pozostawia złudzeń – dezinformacja adresowana do prawicy zatacza już bardzo szerokie kręgi i zaczyna być wręcz dominująca.

Konkretny, długofalowy cel tego działania jest dwojaki: po pierwsze – wrogie przejęcie polskich ruchów patriotycznych, konserwatywnych, narodowych. Elektoraty partii prawicowych i narodowych, zarówno mainstreamowych, jak i opozycyjnych mają mieć nastawienie pozytywne do Rosji Sowieckiej, albo przynajmniej przychylnie neutralne. Celem są tutaj zarówno PiS i Kukiz’15, jak i ruchy o mniejszej popularości. Po drugie – celem jest ich jednoczesna dezintegracja i kompromitacja, połączona z eliminacją elementów niepokornych i węszących „ruskie spiski”. Niezwykle ważny jest też lokalny poziom międzynarodowy – skłócanie narodów Międzymorza poprzez sterowane nacjonalizmy ma przeciwdziałać powstaniu sojuszniczych relacji na terenie pomostu bałtycko-czarnomorskiego, które są jedyną szansą dla tutejszych narodów na faktyczną niepodległość i suwerenność, i jako takie zagrozić mogą mocarstwowym ambicjom Rosji Sowieckiej.

Znamienny jest w tym kontekście opublikowany w aktualnym numerze tygodnika „Do Rzeczy” wywiad z Aleksandrem Duginem, w którym mówi on o tym, że dla polskich patriotów jedyną opcją jest sojusz z Moskwą – jedynym słusznym centrum konserwatyzmu (czytaj: podległość). Dugin snuje też geopolityczną wizję przyszłości Polski:

(…) Polska powinna być niezależnym państwem, choć pozostającym w przyjaźni nie tylko z Rosją, lecz także z wielką Ameryką Donalda Trumpa, która przecież nie chce kontynuować strategii atlantyckiej. Polska powinna być nie prorosyjska, ale i nie proatlantycka, nie globalistyczna. Neutralna i niepodległa.”

(…) Trzeba znaleźć w Polsce sojuszników w postaci odpowiedzialnych, konserwatywnych sił. Musimy skupić się na tym, co nas łączy, a wtedy unikniemy wzajemnej agresji. Jesteśmy Słowianami, chrześcijanami...”

Na końcu wywiadu czytamy:

- Putin niedawno zażartował w telewizji, że Rosja nie ma granic. Rozbawiło to pana?

Tak: to zresztą nie był żart, tylko prawda.
- Czyli jednak podbój?
Nie, chodzi o Rosję jako nośnik prawdy, konserwatywnej ideologii. Polska będzie rosyjska, jeśli będzie konserwatywna.”

Zanim przejdziemy do analizowania implikacji tego wywiadu, przypomnijmy, że jeszcze kilka lat temu ów „szermierz konserwatyzmu” i „prawosławnego chrześcijaństwa” otwartym tekstem pochwalał gnozę, okultyzm, a wręcz i jawny satanizm (związki bolszewików z satanistami nie są zresztą żadną sensacją), nie mówiąc już o destrukcyjnym dla tradycji i religii aspekcie bolszewizmu. Pisał też, że Polska i Ukraina, z racji geografii sakralnej (whatever it takes…) i geopolityki (położenie między Niemcami a Rosją/Sowietami) nie ma racji bytu, a katastrofa smoleńska była wyrazem sprawiedliwości dziejowej.

Co zatem oznaczają niedawno wypowiedziane słowa Dugina? A przypomnijmy, że jest on jednym z ideologicznych, geopolitycznych i strategicznych mózgów czekistowskich elit; wywiad ten może być traktowany jako oferta dla nowej generacji kolaborantów, a jednocześnie wyartykułowanie pewnych średnio- i długofalowych celów polityki Rosji Sowieckiej oraz pewnyh tendencji w tejże polityce, o których już pisałem wcześniej (m.in. we wpisie o „szafie Kiszczaka” i artykułach dla Wydawnictwa Podziemnego). Najważniejsze to zmiana sposobu zarządzania „bliską zagranicą” i strefą sowiecką. Na poziomie wewnętrznym, pieriestrojkowa kontrola strukturalna, w której moskiewska centrala niejako „ręcznie sterowała” Polską za pomocą starych, komunistyczno-bezpieczniackich kadr ma zostać zastąpiona przez swego rodzaju geopolityczny „outsourcing”, w którym wewnętrzne i zewnętrzne interesy neosowietów mają być realizowane przy pomocy sił patriotycznych, narodowych i konserwatywnych. Na poziomie zewnętrznym jest to przejście z roli „bliskiej zagranicy” i „strefy specjalnych interesów Moskwy” do współczesnej wersji finlandyzacji, w której margines zewnętrznej suwerenności stanowić będzie granica interesów Rosji Sowieckiej, Bloku Eurazjatyckiego łączącego Europę, Rosję Sowiecką i Chiny, ewentualnie – w zależności od efektów resetu-bis - „Nowej Wielkiej Trójki” (albo karaganowskiego „Dyrektoriatu Świata”): Moskwy, Pekinu i Waszyngtonu.

Źródła:
1. Jacek Szczyrba, „Punkt Lagrange’a”, Wydawnictwo Podziemne, Poznań 2016.
2. Jurij Bezmienow, „Soviet Subversion on the Free Press”, https://www.youtube.com/watch?v=xHtapxF8cxc
3. Aleksander Ścios, „Konserwatyści wszystkich krajów, łączcie się!”, https://bezdekretu.blogspot.com/2016/12/konserwatysci-wszystkich-krajow-aczcie.html
4. Fox Mulder, „Geopolityczny zwrot ku Rosji? Nowa generacja agentury”, http://foxmulder2.blogspot.com/2016/09/geopolityczny-zwrotu-ku-rosji-nowa.html
5. Józef Darski, „Zasady naszej polityki na odcinku polskim”, http://jozefdarski.pl/7309-zasady-naszej-polityki-na-odcinku-polskim
6. Maciej Pieczyński w rozmowie z Aleksandrem Duginem, „Globalizm i liberalizm to cywilizacja antychrysta”, „Do Rzeczy” nr 1/203, s. 68
7. Jaszczur, „Parę uwag wokół pojednania (i nie tylko)”, http://jaszczur09.blogspot.com/2012/09/pare-uwag-woko-pojednania-i-nie-tylko.html
10. Materiały z fanpage „Rosyjska piąta kolumna w Polsce”, https://www.facebook.com/Rosyjska-V-kolumna-w-Polsce-218251225011751/?fref=ts