2017-02-18

Pekin, Moskwa, Zachód, dezinformacja. Komentarz do tekstu Ściosa

22 stycznia Aleksander Ścios opublikował wpis zatytułowany „Chińska małpa i głupi tygrys”, w którym wykazał bezsens teorii o chińsko-sowieckim rozłamie i polityki rozgrywania Rosji Sowieckiej przeciw ChRL, które wyznawać ma nowa administracja USA, a szerzej – większość elit intelektualnych i politycznych państw zachodnich:
Jednym z dogmatów wyhodowanych na gruncie nowej mitologii, jest przeświadczenie, że z Chinami należy prowadzić współpracę gospodarczą, inwestować w tamtejszy rynek i korzystać z taniej siły roboczej. Motorem tych obłędnych dążeń jest wyłącznie chęć zysku, przewyższająca swoim znaczeniem nawet instynkt samozachowawczy. Drugi z mitów mówi, że pomiędzy Chinami a Rosją (wcześniej Związkiem Sowieckim) istnieje stan wrogości i rywalizacji, którą można wykorzystać do zneutralizowania chińskiego zagrożenia. Przyjęcie tej mitologii doprowadziło już do wytworzenia potężnej dezinformacji geopolitycznej i zmiany koncentracji sił strategicznych Zachodu. Zamiast traktować Chiny i Rosję, jako państwa prowadzące wspólną i spójną politykę antycywilizacyjną, dążące wespół do zniszczenia porządku światowego, przyjęto irracjonalne założenie o odmienności celów oraz możliwości wykorzystania rzekomych antynomii.
(…) Ponieważ Rosja prezentuje typ „komunizmu utajnionego”, podczas gdy Chiny kontynuują model „jawnego komunizmu”, tego rodzaju układ, przy wspólnocie celów obu państw, stwarza wręcz doskonałe warunki do prowadzenia globalnych gier politycznych, symulowania konfliktów, rozgrywania potencjalnych sojuszników i neutralizacji wrogów. Efekt ten jest dodatkowo wzmacniany poprzez ukazywanie rzekomego kontrastu - agresywnych i „nieprzewidywalnych” działań Rosji wobec zachowawczych, niekonfrontacyjnych zachowań Chin. Jeśli nawet w relacjach chińsko - rosyjskich, Moskwa jest kłopotliwym petentem i bywa traktowana przez Pekin jak młodszy i niezbyt rozgarnięty brat, w niczym nie zmienia to wspólnoty celów. W tym tandemie, Chińczycy dawno przejęli inicjatywę i od ponad dekady narzucają własne, niespieszne tempo.

Koniec pozorów i finał gry nastąpi wówczas, gdy Państwo Środka zarzuci dostatecznie szeroką sieć ekonomiczno-agenturalnych uzależnień i za pieniądze Zachodu zbuduje przewagę militarną nad głównym wrogiem - Stanami Zjednoczonymi. Chińczycy doskonale pamiętają, że mądry generał zdobywa żywność od wroga.”

Słowem – ewentualność konfliktu chińsko-sowieckiego można włożyć między bajki, najlepiej pomiędzy „Maszę i Miszę” a „Krokodiła Gienę”.

Temat ten był omawiany na tym blogu wielokrotnie, ale ze względu na jego aktualność z jednej strony, a także wirusowe wręcz szerzenie się dezinformacji, wymaga niestety (albo „-stety”) powtarzania.

Genetyczna wspólnota” interesów

Słuszne argumenty i spostrzeżenia Ściosa wypada uzupełnić o następujące, bardziej ogólne, uwarunkowania sojuszu Pekin-Moskwa, które można rozpatrywać na poziomach: ideologiczno-politycznym oraz geopolitycznym. W istocie jednak sprowadzają się one do długofalowych, wewnętrznych, lokalnych i światowych interesów obu państw.

Genetyczna wspólnota” ChRL i Federacji Rosyjskiej wynika wprost z bolszewicko-imperialnego charakteru obydwu państw i stanowi jeden z ważniejszych fundamentów ich wspólnoty interesów. Teorie i koncepcje mówiące to o możliwości współpracy i konwergencji z Moskwą i/lub Pekinem, to o możliwości polityki „różniczkowania” i rozgrywania Rosji Sowieckiej przeciwko Chinom lub vice versa mają dwie przyczyny: część elit zachodnich nie rozumie tego, że w latach 1989 – 91 doszło do transformacji komunizmu w neokomunizm, a część widzi po prostu wymierny interes w paktach z przetransformowanymi bolszewikami.



ChRL i Rosja Sowiecka wspólnie dążą nie tylko i nie tyle – jak skądinąd słusznie pisze Ścios – do obalenia aktualnego porządku świata, ale znacznie dalej - do ustanowienia, własnego, nowego porządku świata, w którym sojusz Pekin-Moskwa panować ma na kontynencie eurazjatyckim i manipulować resztą świata.

Patrząc z Pekinu, jeżeli Chiny chcą zostać światowym mocarstwem, muszą mieć dostęp do Pacyfiku Zachodniego, północno-wschodniej części Oceanu Indyjskiego, opanować Azję Pd-Wsch, a także zapewnić sobie dostęp do surowców bezpieczną drogą lądową i jednocześnie posiadać strefę buforowo-łącznikową, prowadzącą na Zachód. Rosja Sowiecka, wraz z terytorium Azji Środkowej, pełni dla Chin właśnie te funkcje: zaplecza strategicznego, zaplecza surowcowego, zaplecza inwestycyjnego, a także potężnej strefy tranzytowej na Zachód. Stąd właśnie wywodzi się chińska koncepcja utworzenia „Nowego Jedwabnego Szlaku”, ale również dalekosiężny plan połączenia tego przedsięwzięcia z moskiewskimi inicjatywami strategicznymi w ramach projektu "Wielkiej Eurazji", który połączyć ma Europę, Federację Rosyjską i Chiny w jeden, neobolszewicki blok, co trafnie opisał Antoni Macierewicz. Ponadto, do realizacji własnych interesów światowych i mocarstwowych, niezbędne jest Pekinowi posiadanie sojuszników, którzy byliby nośnikami interesów. Rosja Sowiecka, ze względu na swój potencjał strategiczny i charakter państwa, jest tutaj dla ChRL najważniejszym sojusznikiem, pełniącym w tym układzie funkcje chińskiego zaplecza surowcowo-ekonomicznego oraz chińskiego żandarma - „złego policjanta”. Dla Pekinu, taki właśnie układ jest o wiele bardziej opłacalny, niż konflikt o Daleki Wschód i Syberię, który to jest tyleż mityczny, co zupełnie dla Chin pozbawiony sensu.

Podobnie rzeczy mają się, jeśli spojrzymy z perspektywy Kremla. Jeśli Federacja Rosyjska chce zyskać status mocarstwa światowego, musi sprawować hegemonię na terenie strefy sowieckiej (zwłaszcza jej europejskiej części) a następnie uzyskać dostęp do Europy Zachodniej, Oceanu Atlantyckiego i Bliskiego Wschodu (ten ostatni kierunek jest w ostatnich latach coraz intensywniej i niestety coraz skuteczniej realizowany). Aby te cele osiągnąć, niezbędny jest jej potężny sojusznik w postaci komunistycznych Chin. Pekin jest dla Rosji Sowieckiej swego rodzaju adwokatem jej pozycji na arenie międzynarodowej, a także dostarczycielem inwestycji, niektórych nowoczesnych technologii oraz rynkiem zbytu, zwłaszcza jeśli chodzi o surowce naturalne, broń i systemy uzbrojenia, ale również m.in. produkty rolne. Faktem jest to, że w układzie Moskwa-Pekin to Rosja Sowiecka staje się stopniowo „mniejszym bratem” Chin ze względu na dysproporcje demograficzne i gospodarcze (na przykład korzystniejsze dla Chin dwustronne umowy gospodarcze, surowcowe, przejmowanie sektora bankowego i finansowego przez chińskie instytucje finansowe, przejmowanie krajów Azji Środkowej, należących kiedyś do ZSRS itd.), ale Kreml w pełni świadomie pozwala na taki obrót rzeczy. Jakkolwiek wydaje się to paradoksalne (i zupełnie niezrozumiałe dla wolnego świata), kagiebowski reżym zyskuje i czerpie wymierne korzyści z takiego właśnie układu. Pozycja mniejszego sojusznika w układzie z Chinami to dla Moskwy cena konieczna za możliwość realizacji swoich wewnętrznych i zagranicznych interesów.

Wiele mówi się o tym, że sojusz Pekin-Moskwa jest sojuszem taktycznym, który będzie trwał do czasu wyparcia USA z Eurazji, po czym sojusz rozpadnie się z większym lub mniejszym hukiem. Teza ta ma jednak dwie zasadnicze słabości: po pierwsze - jest to rozważanie czysto futurologiczne i akademickie, po drugie - tu wracamy do wyżej wymienionych uwarunkowań – jeśli Moskwie i Pekinowi udałby się zamiar znaczącego osłabienia, czy wręcz obalenia globalnej pozycji Waszyngtonu, to nowy, „postamerykański” porządek świata będzie jednak dalej wymagał dalszej wzajemnej współpracy ChRL i Rosji Sowieckiej. Jakikolwiek konflikt sprawiłby, że mocarstwowe ambicje Pekinu i Moskwy ległyby w gruzach, gdyż państwa te musiałyby się, mówiąc oględnie, zająć sobą.

Podsumując, Pekin i Moskwa są sobie nawzajem potrzebne, a wręcz skazane na sojusz. Wielopłaszczyznowa współpraca wzmacnia obydwa państwa i jest bardzo skutecznym (i właściwie jedynym, najbardziej optymalnym) instrumentem pozwalającym realizować ich mocarstwowe interesy.

Dr Jerzy Targalski o sojuszu Moskwa-Pekin:

Antoni Macierewicz m.in. o Nowym Jedwabnym Szlaku:


Incepcja i autodezinformacja

Ścios słusznie przywołuje opisaną przez Anatolija Golicyna strategię „nożyczek”, polegającą na wywoływaniu sfingowanych konfliktów i sporów w celu zdezinformowania Zachodu, albo dezinformacyjnym wyolbrzymianiu faktycznych, a powierzchownych konfliktów w tym właśnie celu. Jednakże bardziej prawdopodobna jest niejaka autodezinformacja elit zachodnich, w której "politolodzy", "analitycy", "sinolodzy" i "rosjoznawcy" będą sami dorabiać sobie fałszywe obrazy i projekcje, natomiast rosyjscy i chińscy bolszewicy będą prowadzić otwartą współpracę, dając jednocześnie komunikat: „oszukaliśmy was, wy idioci, oszukujemy i dalej będziemy oszukiwać”.

Przykładem jest niedawna sprawa rozmieszczenia chińskich wielogłowicowych rakiet międzykontynentalnych Dong Feng 41 (prawdopodobnie zdolnych do przenoszenia 10 do 12 głowic nuklearnych) na terenach graniczących z Federacją Rosyjską. Informacja ta została podana przez media w Hong-Kongu i na Tajwanie, po czym „niezależna prasa rosyjska” oraz media i komentatorzy na Zachodzie uznali to posunięcie za skierowane przeciwko Moskwie i zwiastujące możliwość rozłamu pomiędzy Pekinem a Moskwą. Oficjalne czynniki w obydwu krajach od razu jednak ucięły tego rodzaju spekulacje. Chiński rządowy dziennik „Global Times” oznajmił, że DF-41 rozmieszczono po to, by „zapewnić Chinom więcej szacunku” na arenie międzynarodowej, a głównym adresatem tegoż kroku są oczywiście „imperialistyczne i ekspansjonistyczne” Stany Zjednoczone, z faszyzującym prezydentem Trumpem na czele. Według „Global Times” - co również warte jest odnotowania – informacje podane przez tajwańską i hongkońską prasę mają być kontrolowanym przeciekiem. Serwis internetowy Russia Behind The Headlines, będący de facto powielarnią tub propagandowych w rodzaju TASS i Sputnika, opublikował z kolei artykuł „Who is China aiming its nuclear missiles at?” autorstwa Aleksieja Timofiejczewa, w którym przytoczono sowieckich ekspertów do spraw wojskowości twierdzących wprost, że dyslokacja DF-41 do prowincji Heilongjiang nie może być traktowana jako krok przeciwko Moskwie ze względu na strategiczny sojusz łączący oba państwa, jak również to, że skierowana jest właśnie przeciwko USA (tak samo jak wcześniejsze rozmieszczenie ich w Turkiestanie Wschodnim oraz wschodnim wybrzeżu Chin).

W kontekście tej kombinacji dezinformacyjnej, warto również zauważyć, że w tym samym czasie, kiedy rozmieszczenie DF-41 interpretowano jako zapowiedź konfliktu, a co najmniej rysy w sojuszu Pekin-Moskwa, obydwa kraje współpracowały ze sobą, i to właśnie na płaszczyźnie wojskowej i bezpieczeństwa. Moskwa i Pekin wspólnie sprzeciwiały się rozmieszczeniu amerykańskiego systemu antyrakietowego THAAD w Korei Południowej, zapowiadając bliżej jeszcze nieokreślone retorsje wobec USA i Korei Południowej, broniąc tym samym zbrodniczego reżimu najmłodszego „grubego Kima”, a Rosja Sowiecka realizuje dostawy myśliwców Su-35 na potrzeby sił zbrojnych komunistycznych Chin.

Opisana wyżej kombinacja operacyjna zawiera w sobie trzy bardzo ważne elementy. Pierwszym z nich jest połączenie incepcji i autodezinformacji, które polega na tym, że obiekt „działań aktywnych” nie tylko przyjmuje treści wyprodukowane przez autorów dezinformacji, ale dezinformuje się sam, tworząc interpretacje i wizje nie mające żadnego pokrycia w faktach. Drugim, pozornie sprzecznym jest to, iż siewcy dezinformacji – Pekin i Moskwa – otwarcie przyznają się do dezinformowania elit Zachodu. Trzecim elementem jest próba wywołania strachu przed wojną, która miałaby być konsekwencją zastosowania przez Zachód bardziej asertywnej polityki wobec Rosji Sowieckiej i ChRL oraz tworzonego przez nie sojuszu.


Aleksander Ścios, „Chińska małpa i głupi tygrys”: https://bezdekretu.blogspot.com/2017/01/chinska-mapa-i-gupi-tygrys.html

Aleksey Timofeychev, „Who is China aiming its nuclear missiles at?”: http://rbth.com/international/2017/01/26/who-is-china-aiming-its-nuclear-missiles-at_689098

Global Times, „Dongfeng-41 will bring China more respect”: http://www.globaltimes.cn/content/1030353.shtml

2016-12-31

Nowa dezinformacja w miejsce starej (2)

Sojusz ekstremów i wielowektorowa polityka

Strategia i taktyka budowania i montowania przez Kreml agentury wpływu w siłach radykalnych i antyestablishmentowych oparta jest o koncepcje polityczne Aleksandra Dugina, z których najważniejsze to: koncepcja tzw. „sojuszu ekstremów”, będąca częścią ideologii neoeurazjatyzmu. Koncepcja ta przewiduje zjednoczenie wszystkich ruchów antysystemowych o skrajnie różnych ideologiach wokół kilku pryncypialnych postulatów politycznych: zwalczania systemu demoliberalnego, antyokcydentalizmu i antyamerykanizmu oraz utworzenia Bloku Eurazjatyckiego. Pod sztandarem eurazjatyzmu i realizacji neosowieckich celów strategicznych jednoczą się ruchy nacjonalistyczne, konserwatywne (różnych odcieni), lewicowe, lewackie, neonazistowskie, faszystowskie, czy nawet anarchistyczne. Wspomniane w pierwszej części niniejszego cyklu partie i ruchy polityczne różnej proweniencji jednoczy wsparcie organizacyjne, logistyczne, finansowe i ideologiczne udzielane przez kremlowskie ośrodki dyspozycyjne: ośrodki akademickie, instytucje finansowe czy wreszcie systemowe partie polityczne. Przeciwne sobie ruchy prawicowe i nacjonalistyczne z jednej, i lewicowe oraz komunistyczne z drugiej, łączy też postulat utworzenia sojuszu eurazjatyckiego, który kraje europejskie połączyć ma z tandemem Moskwa-Pekin.

Oprócz oddziaływania stricte politycznego, sowiecka agentura oddelegowana na odcinek „prawicowy” oddziałuje na zasadzie gramszystowskiego „marszu przez instytucje”, którą z powodzeniem stosowała i stosuje lewica. Agentura i użyteczni idioci dążą do tego, by jak najszersze i jak najbardziej różnorodne grupy polityczne i społeczne, z reguły nie znające mechanizmów polityki i nieświadome istnienia sowieckiej wielkiej strategii, realizowały jej cele. Czyni to poprzez infiltrację ośrodków akademickich i intelektualnych, mediów, kościołów i organizacji religijnych (w tym Kościół Rzymskokatolicki – i to zarówno modernistów na czele z papieżem Franciszkiem, jak i „tradsów”) czy też artystów, a także oddziaływanie na masy, na tzw. opinię publiczną poprzez kampanie dezinformacyjne prowadzone poprzez media tradycyjne (bardzo ważna rola Russia Today i Sputnika), w blogosferze i na portalach społecznościowych. To głównie poprzez liczne blogi, twitter, facebook oraz YouTube rozpowszechniane są krótkie najczęściej, bardzo obrazowe, oddziałujące głównie na sferę emocjonalną i nieporuszające ideologicznych niuansów treści, w których Putin przedstawiany jest jako krutoj supergieroj – wybawca od demoliberalizmu, lewactwa, masonerii, mędrców Syjonu, imigrantów, Illuminati, banksterów i żydo-banderowskich Reptilian z planety Zeta Reticuli, których to reprezantantem i nośnikiem interesów są kraje zachodnie, na czele ze Stanami Zjednoczonymi, przedstawiane w różnych wariantach jako „NWO”, „USrael” itp. W części przypadków tego rodzaju propaganda i dezinformacja jest tzw. „propagandą faktów”, w której sowieciarze bezlitośnie wykorzystują słabości państw zachodnich. Słabości, w których powstaniu ZSRS/FR ma swój udział.

Przejdźmy do szerszego politycznego kontekstu. W obecnej sytuacji, którą wedle typologii Jurija Bezmienowa określić można albo jako destabilizację (w najlepszym wypadku), albo już jako kryzys, Rosja Sowiecka już prowadzi „swobodną grę” pomiędzy kontrolowalnym i sterowalnym lewicowo-demoliberalnym mainstreamem a siłami antyestablishmentowymi, równie łatwymi do infiltracji, zdezinformowania i kontroli. Te opcje będą wzajemnie się napędzać, ku uciesze Kremla, Łubianki i Jasieniewa. Zagrożenie sterowanym i koncesjonowanym z Kremla „nacjonalizmem”, „populizmem” i „faszyzmem” będzie motywować establishment mainstreamowy do jeszcze większego zacieśniania relacji z Moskwą. Prawica zaś będzie pchana w objęcia czekistów przez kontynuowanie przez mainstream dotychczasowej polityki. Do tego dochodzi możliwość grania przez Moskwę kartą zagrożenia islamskiego, opcjonalnie – mitycznego zagrożenia chińskiego.

Trump i reset-bis

Warto się zatrzymać nad wynikiem wyborów prezydenckich w USA. Prezydent-elekt Trump wysyła sprzeczne sygnały, jeśli chodzi o planowane relacje z Rosją Sowiecką. Z jednej strony, kilkakrotnie wypowiadał się przychylnie o Putinie, widząc w nim sojusznika w walce z islamskim terroryzmem i głosił izolacjonistyczne postulaty. Z drugiej – stanowczo żądał chociażby zaprzestania przez Moskwę prowokacji militarnych wobec Zachodu i mówi o odnowie zaniedbanego potencjału odstraszania nuklearnego. Powszechnie wiadome jest otaczanie się przez niego osobami interesami związanymi z sowiecką oligarchią. I to jest kwestia najważniejsza – kadry nowej, amerykańskiej administracji. Z jednej strony, Sekretarzem Obrony został gen. James Mattis, oficer USMC bardzo sceptycznie odnoszący się do Putina i Rosji Sowieckiej, niemający złudzeń co do natury tego kraju. Z drugiej strony, na stanowisko Sekretarza Stanu mianowano Rexa Tillersona – szefa ExxonMobil, znanego z przyjaznych relacji z Putinem i Sieczinem oraz dealu Exxon-Gazprom, laureata Orderu Przyjaźni Federacji Rosyjskiej. Doradcą Trumpa ds. Bezpieczeństwa został znany z występów w Russia Today, były dyrektor DIA, gen. Michael Flynn. Równie niepokojąca jest najnowsza nominacja – doradcą ds. polityki zagranicznej ma zostać Henry Kissinger: polityk odpowiadający za detente z ZSRS, jeden z wyznawców teorii konwergencji pomiędzy bolszewizmem a demoliberalizmem, przyjaciel i zwolennik Władimira Putina, uznający pogorszenie relacji USA z Rosją Sowiecką i komunistycznymi Chinami za jeden z najgorszych błędów administracji amerykańskiej.

Trudno jest uznać Trumpa za „kremlowską marionetkę”, jak określił go Aleksander Ścios, jednak równie trudno za dobrą monetę przyjąć zachwyty nad geniuszem politycznym Trumpa (gdy jest on dyletantem politycznym) czy słowa krytyków „zimnowojennej paranoi”, która rzekomo „wszędzie każe szukać „ruskich spisków”. Znana jest bowiem historia sowieckiej infiltracji USA: bolszewicy potrafili uplasować agenturę w najbardziej newralgicznych i strategicznych dla Stanów Zjednoczonych sferach – czy to w Projekcie Manhattan, czy to na stanowisku sekretarza stanu, czy to na wysokich stanowiskach w służbach specjalnych, nie mówiąc o działalności KP USA czy komunistycznym „marszu przez instytucje” i wpływie na kontrkulturę; wszyscy wiemy o takich ludziach, jak Alger Hiss, małżeństwo Rosenbergów, czy też sprawach Aldricha Amesa i Roberta Hanssena. Aleksander Ścios nie pomylił się jednak co do tego, że Trump tworzy administrację w oparciu o koterię, realizującą swoje partykularne interesy (które w pewnych zakresach są i będą zbieżne z interesami USA).

Wydaje się, że amerykańskim celem nowego resetu z Moskwą ma być wspólne pokonanie Państwa Islamskiego i franczyz Al Kaidy oraz wspólna konkurencja z rosnącymi w siłę Chinami (taka dyplomacja ping-pongowa a rebours). Tyle tylko, że Sowiety, obojętnie czy jako ZSRS, czy to jako FR, od lat wspierają islamski terroryzm. W tym również Al Kaidę i ISIS, w charakterze „lodołamacza”, „Hitlera Putina”, jak to określił Andriej Nawrozow oraz możliwego wykonawcę antyzachodnich operacji destabilizujących typu „false flag”. Z kolei wykorzystanie Moskwy przeciwko Pekinowi również oparte jest na krótkowzrocznej strategii, naiwności i nieznajomości długofalowej strategii, i jako takie skazane jest na klęskę. Reset z ChRL w wykonaniu Nixona skończył się wzmocnieniem pozycji tego kraju, a następnie „normalizacją” stosunków z ZSRS i – już w latach 90 – zawiązaniem oficjalnego sojuszu Moskwa-Pekin. Konflikty między obydwoma krajami mają charakter taktyczny i w znacznej mierze pozorowany, obliczony na zdezinformowanie Zachodu. Komunistyczne Chiny i Rosja Sowiecka są naturalnymi sojusznikami, kraje te są sobie wzajemnie potrzebne – ich współpraca polityczna, gospodarcza i wojskowa przyczyniają się do wzmocnienia pozycji międzynarodowej, bezpieczeństwa oraz realizacji mocarstwowych interesów obydwu. Możliwa próba resetu zakończy się albo dalszą, ale zakulisową współpracą Moskwy i Pekinu, albo – mimo stawania na rzęsach amerykańskiej dyplomacji – otwartym kontynuowaniem współpracy, z jednoczesnym wysyłaniem komunikatu o treści: znowu was orżnęliśmy, będziemy cyganić dalej, a wy nic nam nie zrobicie!

Polski odcinek nowego sowieckiego planu. Wymiana agentury

Działania sowieciarzy wobec Polski i Europy Środkowej różnią się od działań wobec Zachodu właściwie jedną istotną rzeczą – USA i Europa Zachodnia są przez Moskwę manipulowane, natomiast Polska, wraz z pozostałymi krajami Europy Środkowej i Wschodniej, są przez Moskwę kontrolowane (inna sprawa, że przy współudziale i pomocy graczy zachodnich). Nie zmieniły tego zasadniczo ani rok 1989 z „pierwszymi wolnymi wyborami”, ani „pierwszy prezydent wolnej Polski” tow. gen. Wojciech Jaruzelski, ani nawet wyjazd ostatniego żołnierza Północnej Grupy Wojsk Radzieckich. Zmieniła się po prostu metoda kontroli – z kontroli bezpośredniej na kontrolę pośrednią, kontrolę strukturalną. Rządy, które próbowały realizować suwerenną politykę zostały w bardziej lub mniej delikatny sposób zneutralizowane dwa razy, aktualnie obserwujemy trzecią próbę takiej neutralizacji, która zbiega się czasowo z promowaniem nowego rodzaju kolaborantów i nowej metody zarządzania.

Kontrola strukturalna w latach 1989-2015 polegała na sterowaniu polityką Polski za pomocą układu magdalenkowo-okrągłostołowego – amalgamatu oligarchii wywodzącej się w prostej linii ze starej komunistycznej, bezpieki i nomenklatury (z bezpieką wojskową jako najsilniejszym ogniwem) oraz kooptantów z tzw. opozycji w charakterze „słupów”. Rządząca oligarchia bezpieczniacka wspierana i jednocześnie kontrolowana oraz dublowana była – jak opisuje to płk Piotr Wroński w „Czasie nielegałów” - przez „środki aktywne” bezpośrednio podległe SWR i FSB.

Obecnie ten mechanizm kontroli powoli, acz nieubłaganie wypala się i wyczerpuje. Po pierwsze, ze względów biologicznych – trwanie mechanizmu, w którym stara bezpieka i starzy komuniści sterują życiem politycznym zza kulis to kwestia maksymalnie pięciu najbliższych lat. Nowa generacja „resortowych dzieci” niejako wyradza się i degeneruje co barwnie, ale bardzo rzeczowo przedstawił Fox Mulder w artykule „Reset z Rosją? Nowa generacja agentury”:

Stałym problemem z jakim styka się Rosja w Polsce jest niska jakość prorosyjskich kadr. W czasach PRL musiała sięgać po margines społeczny, przestępców, wojskowych dekowników, sprzedajnych karierowiczów i debili. Przedstawiciele tych grup tworzyli "elity" PRL. I przekazali swoją pozycję społeczną dzieciom i wnukom. Często się zdarzało, że ich potomkowie stanowili bardziej gówniany materiał ludzki od nich. Arystokracja z nadania okupanta też się przecież degeneruje. Doszło do sytuacji w której przyjazne Rosji kadry zachowują się jak idioci noszący tabliczki z napisem "Jestem rosyjskim agentem!". Obok różnych milicjantów i esbeków zaczytujących się od deski do deski w "Faktach i Mitach", obok Januszy biznesu z wypisanym na twarzy "Jestem złodziejem", obok zgrzybiałych giertychowców, zjebów z różnych Falang i Obozów Wielkiej Dupy [te parte to akurat świeża agentura, ale skierowana na bardziej radykalny target, który może nabrać znaczenia np. w przypadku kryzysu gospodarczego – przyp. J.], obok różnych Srajd palących sowieckim okupantom świeczki na grobach, mamy różnych wsioków w stylu płka Dupy, wieszających na ścianie w swoim lipnym Centrum Eksperckim Kontrwywiadu NATO herb FSB (!) i trzymających tajne dokumenty SKW obok butelek po wódce i dvd z bajkami w stylu "Masza i Niedźwiedź". Na miejscu warszawskiego rezydenta SWR powiedziałbym: "To jest, kurwa, dramat!".”

Po drugie – właściwie nie da się już sterować społeczeństwem za pomocą demoliberalno-lewackiej inżynierii społecznej, którą w latach 1989-2015 wdrażały środowiska komunistyczne, tzw. „lewicy laickiej” (de facto post-KPP; obecnie „Agory”, „GazWyb”, ROAD/Unia Wolności/Demokraci itd.) oraz KLD/PO. Umiera wielka narracja „III RP” i „świetlanej, demokratycznej, liberalnej, europejskiej przyszłości” i niebawem będzie docierała już właściwie do wąskiego kręgu swoich autorów i ich zwolenników, związanych rodzinnie, towarzysko oraz wspólnymi interesami. Wydaje się, że społeczeństwo żyjące między Odrą a Bugiem przynajmniej w jakimś zakresie zrozumiało, że było przez te opcje polityczne ordynarnie rżnięte i robione w bambuko. Wyrazem tego było podwójne zwycięstwo PiS w roku 2015 – w wyborach prezydenckich i parlamentarnych, a także rosnąca popularność ruchów i inicjatyw patriotycznych, konserwatywnych, katolickich (i to najczęściej „radiomaryjnych” czy skupiających się wokół środowisk tradycji katolickiej, albo konserwatywnych wspólnot charyzmatycznych) czy wreszie nawiązujących do ruchu narodowego, zarówno w wersji endeckiej, jak i narodowo-radykalnej.

Jak na te procesy społeczne rozgrywające się na terenie bliskiej zagranicy reagować ma czekistowski syndykat? Konieczność dziejowa i mądrość etapu są zmienne. Trzeba zatem – znów parafrazując Vadima z powieści Szczyrby – dostosować się do zmieniających się tendencji, a najlepiej – nowe tendencje kreować i w odpowiednich punktach sterować nimi tak, by zmanipulowane społeczeństwo przyjęło moskiewskie jarzmo z radością. Ewentualnie – z poczuciem dziejowej i geopolitycznej konieczności. A politycy, intelektualiści i aparat państwowy – realizowali interesy Rosji Sowieckiej, zarówno w kraju, jak i na zewnątrz. A skoro operacja „prawicowego NEP-u” i potiomkinowskiej rewolucji konserwatywnej powodzi się w krajach zachodnich, to dlaczego nie miałaby odnieść podobnego sukcesu w Polsce?

Jaki jest główny mechanizm infiltracji prawicy? Faktyczna agentura, zadaniowana przez oficerów sowieckich specsłużb zapewne stanowi w całej operacji mniejszość. Tak jak w schemacie „orkiestry” Volkoffa, pełnią oni funkcje „dyrygentów”. Resztę roboty robią pudła rezonansowe – użyteczni idioci, którzy sączą dezinformacyjny jad dalej – zarówno jako tzw. „liderzy opinii”, jak i „konsumenci”. Prosowiecka-prorosyjska propaganda i dezinformacja szerzona jest nie wertykalnie, de modo Gazeta Wyborcza i poprzez „autorytety moralno-polityczne” lat transformacji, ale horyzontalnie, sieciowo – za pomocą masowych mediów społecznościowych oraz portali lansujących się na „antysystemowe”, „niezależne”, „patriotyczne”, „narodowe”, „katolickie/chrześcijańskie”, „zmuszające do myślenia” itp. Główne tezy dezinformacji skierowanej do konserwatywnego i narodowego odbiorcy w Polsce są w dużej mierze kopią tych skierowanych do odbiorców na Zachodzie, a wspomnianych wyżej, z poprawką na uwarunkowania lokalne – rozpowszechnia się treści mające skłócić Polaków z pozostałymi narodami Międzymorza, a Rosję Sowiecką przedstawić jako jedyny ratunek to przed Niemcami, to przed masonerią, to przed Żydami, krwawymi multikorporacjami z USA, które jest naszym faktycznym wrogiem, banderowcami i szaulisami, itp. Nawet, jeśli prosowieckość nie jest wyrażona verbatim, to samo już atakowanie zachodu/USA itp. stawia w dobrym świetle Rosję Sowiecką. Analiza dyskusji politycznych, które odbywają się na portalach, blogosferze, portalach społecznościowych nie pozostawia złudzeń – dezinformacja adresowana do prawicy zatacza już bardzo szerokie kręgi i zaczyna być wręcz dominująca.

Konkretny, długofalowy cel tego działania jest dwojaki: po pierwsze – wrogie przejęcie polskich ruchów patriotycznych, konserwatywnych, narodowych. Elektoraty partii prawicowych i narodowych, zarówno mainstreamowych, jak i opozycyjnych mają mieć nastawienie pozytywne do Rosji Sowieckiej, albo przynajmniej przychylnie neutralne. Celem są tutaj zarówno PiS i Kukiz’15, jak i ruchy o mniejszej popularości. Po drugie – celem jest ich jednoczesna dezintegracja i kompromitacja, połączona z eliminacją elementów niepokornych i węszących „ruskie spiski”. Niezwykle ważny jest też lokalny poziom międzynarodowy – skłócanie narodów Międzymorza poprzez sterowane nacjonalizmy ma przeciwdziałać powstaniu sojuszniczych relacji na terenie pomostu bałtycko-czarnomorskiego, które są jedyną szansą dla tutejszych narodów na faktyczną niepodległość i suwerenność, i jako takie zagrozić mogą mocarstwowym ambicjom Rosji Sowieckiej.

Znamienny jest w tym kontekście opublikowany w aktualnym numerze tygodnika „Do Rzeczy” wywiad z Aleksandrem Duginem, w którym mówi on o tym, że dla polskich patriotów jedyną opcją jest sojusz z Moskwą – jedynym słusznym centrum konserwatyzmu (czytaj: podległość). Dugin snuje też geopolityczną wizję przyszłości Polski:

(…) Polska powinna być niezależnym państwem, choć pozostającym w przyjaźni nie tylko z Rosją, lecz także z wielką Ameryką Donalda Trumpa, która przecież nie chce kontynuować strategii atlantyckiej. Polska powinna być nie prorosyjska, ale i nie proatlantycka, nie globalistyczna. Neutralna i niepodległa.”

(…) Trzeba znaleźć w Polsce sojuszników w postaci odpowiedzialnych, konserwatywnych sił. Musimy skupić się na tym, co nas łączy, a wtedy unikniemy wzajemnej agresji. Jesteśmy Słowianami, chrześcijanami...”

Na końcu wywiadu czytamy:

- Putin niedawno zażartował w telewizji, że Rosja nie ma granic. Rozbawiło to pana?

Tak: to zresztą nie był żart, tylko prawda.
- Czyli jednak podbój?
Nie, chodzi o Rosję jako nośnik prawdy, konserwatywnej ideologii. Polska będzie rosyjska, jeśli będzie konserwatywna.”

Zanim przejdziemy do analizowania implikacji tego wywiadu, przypomnijmy, że jeszcze kilka lat temu ów „szermierz konserwatyzmu” i „prawosławnego chrześcijaństwa” otwartym tekstem pochwalał gnozę, okultyzm, a wręcz i jawny satanizm (związki bolszewików z satanistami nie są zresztą żadną sensacją), nie mówiąc już o destrukcyjnym dla tradycji i religii aspekcie bolszewizmu. Pisał też, że Polska i Ukraina, z racji geografii sakralnej (whatever it takes…) i geopolityki (położenie między Niemcami a Rosją/Sowietami) nie ma racji bytu, a katastrofa smoleńska była wyrazem sprawiedliwości dziejowej.

Co zatem oznaczają niedawno wypowiedziane słowa Dugina? A przypomnijmy, że jest on jednym z ideologicznych, geopolitycznych i strategicznych mózgów czekistowskich elit; wywiad ten może być traktowany jako oferta dla nowej generacji kolaborantów, a jednocześnie wyartykułowanie pewnych średnio- i długofalowych celów polityki Rosji Sowieckiej oraz pewnyh tendencji w tejże polityce, o których już pisałem wcześniej (m.in. we wpisie o „szafie Kiszczaka” i artykułach dla Wydawnictwa Podziemnego). Najważniejsze to zmiana sposobu zarządzania „bliską zagranicą” i strefą sowiecką. Na poziomie wewnętrznym, pieriestrojkowa kontrola strukturalna, w której moskiewska centrala niejako „ręcznie sterowała” Polską za pomocą starych, komunistyczno-bezpieczniackich kadr ma zostać zastąpiona przez swego rodzaju geopolityczny „outsourcing”, w którym wewnętrzne i zewnętrzne interesy neosowietów mają być realizowane przy pomocy sił patriotycznych, narodowych i konserwatywnych. Na poziomie zewnętrznym jest to przejście z roli „bliskiej zagranicy” i „strefy specjalnych interesów Moskwy” do współczesnej wersji finlandyzacji, w której margines zewnętrznej suwerenności stanowić będzie granica interesów Rosji Sowieckiej, Bloku Eurazjatyckiego łączącego Europę, Rosję Sowiecką i Chiny, ewentualnie – w zależności od efektów resetu-bis - „Nowej Wielkiej Trójki” (albo karaganowskiego „Dyrektoriatu Świata”): Moskwy, Pekinu i Waszyngtonu.

Źródła:
1. Jacek Szczyrba, „Punkt Lagrange’a”, Wydawnictwo Podziemne, Poznań 2016.
2. Jurij Bezmienow, „Soviet Subversion on the Free Press”, https://www.youtube.com/watch?v=xHtapxF8cxc
3. Aleksander Ścios, „Konserwatyści wszystkich krajów, łączcie się!”, https://bezdekretu.blogspot.com/2016/12/konserwatysci-wszystkich-krajow-aczcie.html
4. Fox Mulder, „Geopolityczny zwrot ku Rosji? Nowa generacja agentury”, http://foxmulder2.blogspot.com/2016/09/geopolityczny-zwrotu-ku-rosji-nowa.html
5. Józef Darski, „Zasady naszej polityki na odcinku polskim”, http://jozefdarski.pl/7309-zasady-naszej-polityki-na-odcinku-polskim
6. Maciej Pieczyński w rozmowie z Aleksandrem Duginem, „Globalizm i liberalizm to cywilizacja antychrysta”, „Do Rzeczy” nr 1/203, s. 68
7. Jaszczur, „Parę uwag wokół pojednania (i nie tylko)”, http://jaszczur09.blogspot.com/2012/09/pare-uwag-woko-pojednania-i-nie-tylko.html
10. Materiały z fanpage „Rosyjska piąta kolumna w Polsce”, https://www.facebook.com/Rosyjska-V-kolumna-w-Polsce-218251225011751/?fref=ts


2016-12-21

Nowa dezinformacja w miejsce starej (1)

W ostatnim czasie różni komentatorzy medialni, politolodzy oraz politycy bardzo dużo mówią o konserwatywnym zwrocie w polityce Kremla. Ocena tego zjawiska zależy w dużej mierze od tego, po której stronie światopoglądowej i politycznej barykady znajduje się komentujący. Lewica oraz demoliberalni idealiści patrzą na ten proces z ogromną obawą o zdobycze oświecenia, takie jak totalna demokracja, liberalizm, sekularyzm czy też ideologia praw człowieka. Putin (i otaczająca go czekistowska elita) jest dla demoliberałów i lewicowców uosobieniem mitycznego faszyzmu i nacjonalizmu, a także wstecznictwa i reakcji, które obecnie zagrażają nowemu wspaniałemu demoliberalnemu światu.

Z drugiej strony obserwujemy coraz większą ilość prawicowców, konserwatystów, nacjonalistów i tradycjonalistów, którzy w pułkowniku KGB i FSB Putinie widzą "ostatnią nadzieję białych" - jedyną szansę obrony tradycyjnej cywilizacji zachodniej w walce z demoliberalizmem, lewactwem, tzw. "cywilizacją śmierci", globalizmem i rosnącą wszechwładzą banków i megakorporacji, Unią Europejską i innmi ponadnarodowymi tworami, a także z wojującym islamem i bastardyzacją Starego Kontynentu. W narracji wielu prawicowców, konserwatystów i nacjonalistów doszło wręcz na przestrzeni ostatnich kilku lat do niejakiego "odwrócenia biegunów"; nawet, jeśli przyznają oni słusznie, że komunizm nie upadł, to za jego współczesne centrum są skłonni widzieć Brukselę, a nawet Waszyngton, nie zaś Moskwę i Pekin. Popularne wśród obu stron jest twierdzenie, iż stara, reakcyjna Rosja "przemogła" bolszewickie sowiety.

Demoliberalny mainstream nie chce przy tym zrozumieć, że obecne "zagrożenie ze wschodu" jest efektem ich własnej, trwającej przez dziesięciolecia polityki appeasmentu wobec ZSRS i Federacji Rosyjskiej, "robienia interesu" z Moskwą oraz polityki appeasmentu w obliczu agresywnej polityki Kremla, a także tolerowania zastępów agentury KGB, GRU, FSB i SWR.

Prawica nie widzi zaś tego, że reżym czekisty Putina stanowi uosobienie ich własnych obaw i lęków, które projektowane są wobec demoliberalizmu. Konserwatyści nie chcą widzieć tego, że w Federacji Rosyjskiej morduje się najwięcej nienarodzonych dzieci (drugie miejsce w światowych rankingach po komunistycznych Chinach), wśród elit szerzy się sodomia i pedofilia, a prawosławne odrodzenie (pod patronatem oficerów KGB przebranych w szaty liturgiczne) ma charakter wioski potiomkinowskiej. Prawica i nacjonaliści chcący widzieć w Putinie obrońcę Europy przed wojującym islamem nie zauważają tego, że największym mecenasem rosyjskiego islamu i pierwszym budowniczym meczetów jest sam tow. płk Putin, że główne ulice w Moskwie zamykane są dla ruchu w porach namazu, ani tego, że takie republiki jak Czeczenia pod wodzą człowieka Putina - Kadyrowa czy Tatarstan to właściwie koncesjonowane przez Kreml islamskie emiraty.

Prawicowy NEP Putina

Ale ani jedna, ani druga strona nie zauważa również dwóch o wiele bardziej istotnych rzeczy.

Po pierwsze - tego, że padają ofiarą zakrojonej na szeroką skalę i najprawdopodobniej długofalowej, rozciągniętej na co najmniej dekadę, operacji dezinformacyjnej. Operacji, w której sowieciarz i pułkownik KGB celowo pozycjonuje się na nowego "białego cara" i "prawosławnego dżihadystę", by użyć określenia autorstwa Andrieja Piontkowskiego. 

Częścią składową tej operacji jest oczywiście aktywne wspieranie przez putinowski, czekistowski reżym sił przeciwnych wobec obecnego zachodniego demoliberalnego establishmentu. Moskwa wspiera ideologicznie oraz logistycznie takie partie, jak m. in. ANEL (konserwatyści), "Złota Jutrzenka" (neonaziści), KKE (komuniści) i Syriza (lewacy) w Grecji; Front Narodowy Marine Le Pen oraz ruch oparty o osobę Francois Fillona we Francji; neonazistowską NPD, narodowo-konserwatywną AfD i neokomunistyczną Die Linke w Niemczech; eurosceptyczną UKIP i nacjonalistyczną BNP w Wielkiej Brytanii. Kreml wspiera również partie narodowo-separatystyczne w krajach zachodnich. Na osobne omówienie zasługuje casus prób dotarcia przez agenturę wpływu do nowego prezydenta USA, Donalda Trumpa, a także polskiej prawicy i neoendecji.

Po drugie, najważniejsze - żadna ze stron nie rozumie tego, co kluczowe, a mianowicie faktu, iż Federacja Rosyjska stanowi kontynuację Związku Sowieckiego. Tym samym, system Putina jest po prostu współczesną mutacją bolszewizmu. Bolszewizm/komunizm redukowany jest do marksistowskiej ideologii, podczas gdy faktycznie jest on metodą zdobycia, sprawowania i utrzymania totalitarnej władzy, w której ideologia jest tylko (i aż) instrumentem służącym trzymaniu w ryzach kadr, propagandzie, dezinformacji i socjotechnice, który może być modyfikowany i zmieniany w zależności od "mądrości etapu", czyli aktualnych interesów układu rządzącego. Putin i jego polityczne otoczenie to bolszewicy-czekiści, wywodzący się z sowieckich specsłużb, których - zdaniem Jurija Bezmienowa - 85% działalności stanowiły tzw. "działania aktywne": wojna informacyjna, socjotechnika, sterowanie i manewrowanie społeczne oraz dywersja ideologiczna.

Problem ten przedstawił bardzo obrazowo, nie w politologicznej analizie, a w powieści „Punkt Lagrange’a” Jacek Szczyrba. Znajduje się w niej scena werbunku polskiego, prawicującego doktora Spychowskiego przez sowieckiego nielegała posługującego się pseudonimem operacyjnym „Vadim”, pracującego najpierw dla PGU KGB, a później FSB albo SWR. Vadim właściwie jednym zdaniem tłumaczy Spychowskiemu istotę sowieckiej władzy i dezinformacji:
A tak w ogóle, to kim ty właściwie jesteś z przekonania? Komunistą z twoim cynizmem chyba nigdy nie byłeś, przynaj się.

- Ech, doktorze, ja komunistą? Zresztą, co właściwie masz na myśli, mówiąc o komunizmie? Czym według ciebie jest komunizm? Ja sam mam poważny problem ze zdefiniowaniem tego tworu, chociaż, że tak powiem, robię w branży. Ideologie są niezbędne, żeby utrzymać kontrolę nad masami, ale pod żadnym pozorem nie wolno w nie wierzyć. To jak z narkotykami. Żaden liczący się handlarz sam się nie szprycuje. Komunizm, trockizm, maoizm, to tylko narzędzia, służące do utrzymania się przy władzy. Jeśli zmienia się sytuacja, należy zmienić narzędzie. (…) Świat się zmienia, trzeba z żywymi naprzód iść. Dziś już nie namawiamy do walki klas, nie walczymy z kapitalistami. Dziś sami nimi się staliśmy, bo taki był nakaz chwili, taka nastąpiła konieczność dziejowa. Trzeba być elastycznym i dopasować się do zmieniających się mód. A najlepiej, (…) owe mody tworzyć.”

A z uwględnieniem bieżącej sytuacji uczynił to w ostatnim wpisie Aleksander Ścios:
Celem Putina nie jest bowiem „silna Rosja”, „obrona narodu” czy „wartości chrześcijańskich” – lecz władza, rozbój i panowanie nad światem kolejnej watahy komunistycznej. Wszelkie „idee narodowe”, głoszone przez kremlowskiego despotę, jego odwołania do religii i „chrześcijańskich wartości”, mają taką samą wartość, jak „teoria marksistowska” Trockiego i jego kompartii i są zaledwie narzędziem w rękach bandytów i dewiantów. Były przydatne, więc zostały zastosowane. Gdy skończył się czas ich przydatności, odrzucono je i sięgnięto po nowe. Putin będzie więc socjalistą dla zaczadzonych socjalizmem i narodowcem, dla wyznawców idei narodowych. Stanie się gorliwym chrześcijaninem, gdy przyjdzie mu oszukać chrześcijan i pierwszy sięgnie po symbole wolnomularstwa, gdy sprzymierzy się z masonami. Dla Żydów założy jarmułkę, a muzułmanom zbuduje meczet.

Nie ma takich idei, doktryn i religii, których „prawdziwy czekista” nie byłby w stanie wyznawać. Odradzanie komunizmu pod różnymi nazwami i w różnych mutacjach dowodzi, że jest on istotnie "nieśmiertelny" - w tym sensie, że wykorzystując rozmaite idee i pasożytując na zdobyczach myśli ludzkiej, dąży do zaspokojenia najbardziej zbrodniczych skłonności i pragnień. Ta dostosowawcza umiejętność mimikry, właściwa w świecie przyrody dla niektórych drapieżników i organizmów prymitywnych, jest często jedynym warunkiem przetrwania i staje się konieczna w grupie, odwołującej się do atawistycznych dążeń. Na tej zdolności polega istota komunistycznego zafałszowania i dynamika zbrodniczej sukcesji.”

Popieriestrojkowy neobolszewizm do perfekcji opanował ową dostosowawczą umiejętność mimikry, ewolucyjnej zdolności dopasowywania się do zmiennych realiów oraz kreowania symulakr. Jelcyn przedstawiał się jako niezbyt udaczny "rosyjski demokrata", cały czas znajdujący się pod wpływem wysokoprocentowych alkoholi. Putin zaś - jako "silny człowiek", który po "wielkiej smucie" przywróci porządek i mocarstwową potęgę Federacji Rosyjskiej; najpierw jako całkowicie bezideowy technokrata, obecnie zaś jako obrońca tradycyjnej cywilizacji. Sowieciarzom nie są obce nawet najbardziej zaskakujące wolty ideologiczne. W okresie rewolucji bolszewickiej rozbudzano dążenia narodowe np. Ukraińców i Białorusinów (byleby służyły interesom sowieckim), w ramach NEP-u przeprowadzono operacje, w których władza sowiecka pozyskała wielu antykomunistów walczących wcześniej po stronie "Białych", pozycjonując się jako spadkobierca starej, imperialnej Rosji. Przykładów można mnożyć, aż po czas transformacji ustrojowej, podczas której specsłużby ZSRS i demoludów wykorzystały ruchy opozycyjne, deklaratywnie antykomunistyczne i jako takie powszechnie postrzegane, do przeprowadzenia i uwiarygodnienia tejże transformacji. A jeśli marksizm, powszechna własność środków produkcji, chłopskie komuny ludowe, demokracja i konwergencja są pasee, to czemu nie sięgnąć po russkij mir, albo narodowe i konserwatywne odrodzenie?

Wojna ideologiczna

Przez okres od powstania sowietów aż do transformacji i sfingowanego rozpadu, ZSRS posługiwał się lewicowymi intelektualistami, lewakami, pacyfistami itp. w celu rozłożenia i zniszczenia społeczeństw Zachodu. Strategię i taktykę wojny informacyjnej opisał uciekinier z KGB Jurij Bemienow w swoich licznych wystąpieniach (m.in. dla John Birch Institute). Sowiecka subwersja ideologiczna dzieli się na następujące fazy: demoralizacji, destabilizacji, kryzysu i normalizacji.



Sięgnijmy jeszcze raz do powieści Szczyrby, w której równie dobrze zilustrowano ten proces:
Tak, doktorze - ciągnął Vadim - zdążyliśmy wykonać naszą dywersję, zanim zeszliśmy ze sceny. Czy można to nazwać porażką? Są różne metody pokonania przeciwnika. Można tego dokonać na drodze konfrontacji militarnej, używając czołgów, łodzi podwodnych i międzykontynentalnych pocisków, ale szczytem sztuki wojennej jest zwycięstwo w ogóle bez walki. Najlepiej sprawić, żeby przeciwnik sam się rozbroił, żeby przestało mu zależeć na własnym państwie, języku, tradycji, historii. Żeby w ogóle było mu wszystko jedno. Pozbawić go jakichkolwiek ideałów, wszystko, w co kiedykolwiek wierzył obrócić w gówno, przekonać go, że "ojczyzna" to pusty, pozbawiony znaczenia dźwięk, że patriotyzm, to najbardziej kompromitująca postawa, jaką można sobie wyobrazić. Nie ma absolutu, wszystko jest względne, prawda jest jak dupa, każdy ma własną. Zastąpić prawdziwe instytucje państwowe sztucznymi tworami, naturalne relacje międzyludzkie zbiurokratyzowanymi organizacjami regulującymi komunikację wewnątrz społeczeństwa. Zamiast naturalnych kontaktów, ingerencja pracowników socjalnych, zamiast prawdziwej nauki, pseudonauka. Do diabła z matematyką i historią na uniwersytetach! Patrzcie, głąby, teraz studiujcie kult ziemi i własną seksualność. Gender! To jest przyszłość! Wierzysz w coś - nie wierz! Jesteś czegoś pewien - nie bądź! Ufasz państwu - nie ufaj! Podważyć każdy dogmat, zachwiać każdą prawdą, zniszczyć relacje społeczne, znaleźć najohydniejszych dewiantów i zrobić z nich wzorce do naśladowania! Zdeprawować i zgwałcić dusze! Wywołać procesy gnilne w zdrowych tkankach społecznych, niech gangrena zacznie zjadać powoli ich umysły. (...) Tak się dziś prowadzi wojnę. I tylko my jesteśmy w tym mistrzami, konkurencji brak!”
Od lat 60. XX wieku byliśmy świadkami już samoczynnego rozprzestrzeniania się komunistycznej gangreny w umysłach intelektualistów, polityków, artystów, celebrytów, a nawet przedstawicieli stanu duchownego. Różne środowiska komunistyczne i prosowieckie opanowały w mniejszym lub większym stopniu systemy polityczne USA i krajów Europy Zachodniejna drodze gramszystowskiego "marszu przez instytucje". Współczesne realia w wielu krajach zachodu to wszechobecna polityczna poprawność, prawna dopuszczalność aborcji, w niektórych krajach eutanazji, coraz częściej traktowanych jako "prawa człowieka" i coraz częściej motywowanych względami stricte eugenicznymi, promocja zboczeń seksualnych (także postulaty legalizacji pedofilii i zoofilii), agresywna sekularyzacja i dechrystianizacja, przy jednoczesnej tolerancji np. salafitów.

W ciągu niemal trzech dekad od pozorowanego upadku komunizmu i rozpadu ZSRS, największe mocarstwa świata zachodniego dobrowolnie rozbroiły się do takiego stopnia, że obecnie mogą paść ofiarą ataku bądź co bądź zacofanych technologicznie Rosji Sowieckiej, ChRL, ale i znacznie od nich słabszych wrogich państw czy grup pozapaństwowych, terrorystycznych.

Zachodnie idee kapitalizmu, wolnego rynku oraz welfare state stały się własnymi karykaturami. Multikorporacje zachodnie coraz bardziej przypominają coś w rodzaju prywatnych kołchozów, prywatnych państw socjalistycznych, w których metodą zarządzania jest inżynieria społeczna, łudząco podobna do marksistowsko-bolszewickiej. To samo dzieje się na różnych płaszczyznach polityki socjalnej. Wykształciła się - jak opisuje to w "Nowym Obywatelu" dr hab. Jarosław Tomasiewicz - nowa polityczna konstelacja, łącząca lewackich intelektualistów oraz wielki kapitał, których wspólnym interesem jest stworzenie posłusznego im, nowego człowieka:
(...) goszyści odnaleźli swe miejsce w Systemie. Status „Opozycji Jego Królewskiej Mości” okazał się całkiem wygodny. Większość lewicy mogła się grzać w słoneczku późnego kapitalizmu, pławić się w przychylności mediów, korzystać z grantów i dotacji, w razie potrzeby sięgać nawet po karzącą rękę burżuazyjnej sprawiedliwości w walce z przeciwnikami ideologicznymi6. W rezultacie „lewica” zrosła się z establishmentem tysięcznymi nićmi powiązań towarzyskich, ideowych, instytucjonalnych, finansowych. Żyje w symbiozie z wysokorozwiniętym kapitalizmem, nie wyobraża już sobie życia poza Systemem.” 
Nawiasem, wielki zachodni kapitał w bardzo wielu przypadkach karmił czerwone dwugłowe orły i czerwone smoki.

Unia Europejska, ze wspólnoty suwerennych państw i narodów, staje się centralistycznym superpaństwem i wehikułem politycznych interesów ponadnarodowych, demoliberalno-lewicowych elit, Niemiec chcących zrekonstruować Rzeszę i last but not least, kremlowskich sowieciarzy.

Polityka imigracyjna krajów europejskich, nie tylko w ostatnich latach, ale na przestrzeni czterech ostatnich dekad doprowadziła do tego, że na Starym Kontynencie istnieją obszary będące de facto samodzielnymi islamskimi wilajatami, nad którymi władze Belgii, Francji, Niemiec czy Wielkiej Brytanii nie mają właściwie władzy, i do których policja nie wjedzie w sile mniejszej niż kolumna bojowych wozów piechoty. Tzw. "kryzys migracyjny" oraz zamachy, które w ostatnich dwóch latach miały miejsce w krajach europejskich są zapowiedzią niechybnej regularnej wojny, jaka niebawem, według ekspertów w przeciągu 5-10 lat, wybuchnie we Francji, Niemczech, Holandii, Belgii pomiędzy ludnością autochtoniczną a wyznawcami Allaha.

System demoliberalny, a może już demobolszewicki, który rozwinął się przy wsparciu sowieckiej agentury, nie będzie w stanie przetrwać wywołanego przez siebie kryzysu bez użycia przemocy na masową skalę. A do tego nie jest zdolna globalistyczna, lewacko-totalitarna biurokracja rządząca tym systemem: po pierwsze nie ma środków, po drugie wydaje się być ograniczona liberalną ideologią, po trzecie, jest na to za słaba psychicznie. Już fizjonomika mówi, że Merkel, Verhovstadt, Timmermans, Hollande czy Tusk niewiele mają wspólnego czy to z Leninem, czy to z Putinem. Może poza zakulisowymi powiązaniami agenturalnymi...

Demoliberalizm-demobolszewizm upada za sprawą sprzeczności, które wbudowane są w jego konstrukcję, budząc przy tym coraz bardziej powszechny sprzeciw ludzi. Stąd przede wszystkim popularność ruchów antyestablishmentowych, zarówno tych określanych mniej lub bardziej trafnie jako prawicowych, konserwatywnych i nacjonalistycznych, jak i lewicowych.

Jakie wobec tego ruchy przedsięwzięto na Kremlu? Po pierwsze, kontynuować politykę ekspansji poprzez dotychczasowe relacje dyplomatyczne, biznesowe i agenturalne, dalej wspierając elity mainstreamu robiące wielkie interesy z sowieciarzemi. Po drugie, zbierać rosnący procent od inwestycji, jaką było wspieranie lewackich tendencji rozkładowych. Po trzecie, wesprzeć agresywny proletariat zewnętrzny, zwłaszcza radykalny islam. Po czwarte, pozyskać do swoich działań ludzi i ruchy, które sprzeciwiają się wyżej wymienionym - w tym wymiarze jest to operacja "zajęcia przestrzeni".

2016-10-11

Konsolidacja bezpieki, czyli "czwarty etap"

W kwietniu 2016 roku utworzono od dawna zapowiadaną przez Kreml Federalną Służbę Wojsk Gwardii Narodowej. "Rosgwardia" powstała z połączenia Wojsk Wewnętrznych, dotychczas będących częścią struktur Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, zlikwidowanej Federalnej Służby Kontroli Narkotyków, Federalnej Służby Migracyjnej i last but not least, oddziałów specjalnych policji - OMON i SOBR. Oficjalne zadania Gwardii Narodowej to "walka z terroyzmem i ekstremizmem" (za przejaw ekstremizmu zostały niedawno uznane... eseje Jana Nowaka-Jeziorańskiego!), "przerywanie nielegalnych zgromadzen", a faktycznie, tłumienie przejawów niezadowolenia społecznego i buntów - krótko mówiąc, trzymanie społeczeństwa za mordę. Ale działania FSWNG nie będą ograniczać się jedynie do terytoriów Federacji Rosyjskiej - już teraz mówi się o tym, że struktura ta ma prowadzić bądź współprowadzić tzw. wojnę informacyjną na terenie bliższej i dalszej zagranicy. Ponadto, FSWNG ma nadzorować obrót bronią i amunicją oraz sprawować nadzór nad sowieckimi prywatnymi korporacjami ochroniarskimi i wojskowymi.

W połowie września 2016 roku, dziennik Kommiersant opublikował artykuł (najprawdopodobniej przeciek kontrolowany) mówiący o planowanym utworzeniu Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego (Ministerstwo Gosudarstwiennoj Biezopastnosti - w skrócie MGB). Nowy resort ma powstać do roku 2018 ("deadline" to kolejne "wybory" prezydenckie i najpewniej kolejna kadencja Putina) i połączyć Federalną Służbę Bezpieczeństwa (FSB, dawny wewnętrzny trzon KGB), Służbę Wywiadu Zewnętrznego (SWR, dawny I Zarząd Główny KGB) i Federalną Służbę Ochrony (FSO). Jeżeli plan ten dojdzie do skutku, dotychczas odrębne agencje pełniące funkcje wywiadu zagranicznego, kontrwywiadu, policji politycznej, narzędzia kontroli społeczeństwa i ochrony instytucji państwowych, zostaną połączone w jeden superresort bezpieczeństwa państwowego, oparty na wzorze bezpieki z czasów ZSRS, z nazwą (MGB) z czasów Stalina.

Jeśli reforma systemu bezpieczeństwa zapoczątkowana utworzeniem Gwardii Narodowej przybierze kształt opisany w "Kommiersancie", efektem będzie utworzenie dwóch superresortów bezpieki, których kompetencje będą się jednocześnie dublować i uzupełniać. Szef FSWNG (gen. Wiktor Zołotow, były szef ochrony Putina i jego zaufany człowiek) już zasiada w Radzie Bezpieczeńswta Federacji Rosyjskiej jako stały jej członek, tak samo będzie w przypadku szefa MGB, gdy już utworzony zostanie ten resort. Jeśli przyjrzeć się dokładniej zakresowi kompetencji tego organu, nawet oficjalnie deklarowanemu, to nietrudno dojść do wniosku, iż to właśnie Rada Bezpieczeństwa pełni rolę faktycznego centrum władzy w Federacji Rosyjskiej, będąc czymś w rodzaju czekistowskiego "politbiura" albo zarządu "korporacji czekistów". Kolejnym, znacznie ważniejszym skutkiem reformy bezpieki polegającej na utworzeniu nowych "superresortów" (FSGN i planowanego MGB) jest po prostu uskutecznienie systemu kontroli, nadzoru, wywiadu i represji. Aparat bezpieczeństwa i system władzy - a w Rosji Sowieckiej jest to w zasadzie jedno i to samo - zostanie wskutek planowanych i wdrażanych reform wzmocniony i skonsolidowany.

Tu dochodzimy do "backgroundu" reform bezpieki. Umocnienie wpływów samego Putina, obawa przed buntem zagłodzonego społeczeństwa czy podbitych narodów, obawa przed puczem pałacowym zapewne są kontekstem ważnym, ale, można by rzec, taktycznym. Putin wraz ze swoją ekipą czekistów wzmacnia resorty siłowe od samego początku swojego panowania, czego logicznym dopełnieniem jest utworzenie Gwardii Narodowej i prawdopodobne utworzenie MGB. Federacja Rosyjska jest kontynuacją ZSRS tyle, że z przewodnią rolą bezpieki, która zastąpiła w tej roli zużytą kompartię. Bolszewizm/sowietyzm jest systemem, który charakteryzuje cykliczna ewolucja, w której wzajemnie przeplatają się okresy odwilży i zaostrzenia reżymu, i którą można powiedzieć na cztery etapy: rewolucyjny, bolszewizm/komunizm otwarty, bolszewizm/komunizm ukryty (po sfingowanym upadku). Etap czwarty to powrót do praktyk totalitarnych, realizowany przez pułkownika Putina - jego zadaniem jest konsolidacja aparatu władzy i bezpieczeństwa oraz powrót systemu do otwarcie totalitarnych praktyk.


Wzmocnienie reżimu i zaostrzenie totalitaryzmu na poziomie wewnętrznym jest sprzężone z coraz ostrzejszą polityką zagraniczą. Rosja Sowiecka prowadzi działania wojenne na Ukrainie i w Syrii, od kilku lat ma miejsce militarne prowokowanie krajów Zachodu połączone z wojną informacyjną skierowaną przede wszystkim w USA i NATO. Agentura wpływu oplata amerykańską administrację i oboje kandydatów na urząd prezydenta USA. Wzmacnia się tzw. Blok Eurazjatycki - system sojuszy, który stanowi kontynuację, a jednocześnie wersję rozwojową bloku sowieckiego: Moskwa zacieśnia strategiczny, polityczno-wojskowo-gospodarczy sojusz z Chinami, wpływy polityczne, gospodarcze i agenturalne w Niemczech i reszcie Europy. Odbudowuje, wzmacnia i buduje nowe wpływy na Bliskim Wschodzie poprzez rozgrywanie wojną w Syrii i włączenie w swoją orbitę wpływów Turcji. Restrukturyzacja bezpieki, czyli utworzenie Rosgwardii (zajmującej się również wywiadem i wojną informacyjną) oraz planowane utworzenie MGB (które wchłonie dotychczas odrębną SWR) ma również uskutecznić politykę zagraniczną Kremla, w której istotnym, jeśli nie najistotniejszym czynnikiem są działania aktywne wywiadu.

2016-10-06

"Punkt Lagrange'a" Jacka Szczyrby

Akcja powieści rozpoczyna się gdzieś w zakamarkach starej Warszawy, mniej więcej w roku 1988 przy ulicy Wroniej. Młody człowiek, niewymieniony z nazwiska, o ksywie „Texas” odbywa praktykę jako mechanik samochodowy w warsztacie swojego stryja – Romana Stachonia, rotmistrza przedwojennej kawalerii, weterana wojny obronnej we wrześniu i powstania warszawskiego. Rotmistrz nie złożył jednak broni wraz z końcem wojny – kontynuował walkę z okupantem, ale okupantem sowieckim i jego „polskimi” kolaborantami. Rotmistrz Stachoń nie zakończył jednak walki nawet po całkowitym „rozładowaniu lasów” i zlikwidowaniu przez bezpiekę „ostatnich leśnych”. Działa w podziemnej Solidarności Walczącej – jednej z niewielu formacji opozycji w PRL stawiała sobie za cel obalenie komunizmu i odzyskanie przez Polskę prawdziwej niepodległości, nie zaś walkę o „socjalizm z ludzką twarzą”.

Wiadomo już o nadchodzących zmianach na górze i o negocjacjach pomiędzy komunistami i opozycją. Transformacja ustrojowa ma też swoją mniej ludzką twarz – operacje, które parafrazując jednego z publicystów można określić jako „mordy założycielskie” nowej, wspaniałej rzeczywistości. Jedną z ofiar staje się rotmistrz Stachoń, który bogaty w umiejętności i techniki konspiracyjne z czasów wojny, dotychczas wymykał się esbeckim pościgom i obławom. Mimo, że w okrutny i upokarzający sposób esbecy zamordowali rotmistrza, to nie udało im się zachować czekistowskiej konspiracji – Texas z pomocą kumpli próbował odbić rotmistrza, raniąc jednego z esbeków kulą z Browninga.

To wydarzenie całkowicie zmienia życie Texasa. Jednakże nie kontynuuje on działalności jako kolporter czy publicysta podziemnych wydawnictw antykomunistycznych, nie angażuje się również w operacje przypominające „Mały sabotaż”. Jego życiową misją staje się pomsta i wymierzenie sprawiedliwości mordercom stryja, w imieniu tak swoim, jak i nieistniejącego Państwa Polskiego. Wewnętrzny rozkaz od nieistniejącego, podziemnego państwa Texas wykonuje z profesjonalizmem godnym najlepszych operatorów jednostek specjalnych – cicho i skutecznie. I poświęca w imię wykonania swojej, a jednocześnie powszechnej misji całe swoje życie prywatne.



Jak wygląda – z perspektywy Texasa – Polska ery transformacji, rzekomego „upadku komuny” i szerzej, przełomu wieków XX i XXI? Coraz nowsze samochody, coraz to lepsza technika, coś, co z wierzchu wygląda na przejawy coraz większego dobrobytu społeczeństwa wydają się być tylko politurą, przykrywającą rzeczywistość niejako równoległą – mętny półświatek raczkującego kapitalizmu wyrosłego na gruncie „Kapitału” Karola Marksa, by zacytować Begmana, jednego z kumpli Texasa. Rzeczywistość, w której „ludzie godni szacunku kręcą mniejsze lub większe lody, unikają jakiejkolwiek odpowiedzialności za popełnione, nieraz okrutne zbrodnie i doskonale radzą sobie w systemie, w którym socjalizm z ludzką twarzą zastąpił kapitalizm z nieludzką twarzą. Rzeczywistość, w której zdezelowane sanatoria dla esbeków są miejscem transakcji pomiędzy majorem KGB a arabskim terrorystą. Kraj, w którym ofiary bądź bliscy ofiar komunistycznych zbrodni stale boją się zemsty „nieznanych sprawców”.

Równolegle, ale nie jednocześnie, nielegał o wielu tożsamościach, najchętniej posługujący się imieniem Wadim, próbuje zwerbować obiecującego na salonach socjologa Tomasza Spychowskiego. Wadim realizuje długofalowe operacje wywiadowcze i dywersyjne – jego specjalizacją jest werbunek, zadaniowanie i orkiestrowanie agentów wpływu. Działa od lat, najpierw w służbie ZSRS, a obecnie – Federacji Rosyjskiej. W sytuacji, gdy nie udaje mu się pozyskać figuranta za pomocą tradycyjnych dla bezpieki kompromatów, Wadim inicjuje grę w otwarte karty. Opowiada Spychowskiemu o wieloletniej operacji dywersyjnej, które polegały na podkopaniu i naruszeniu kulturowo-cywilizacyjnych fundamentów Zachodu.

Tyle odkrywania akcji i fabuły powieści, której być może i tak za dużo przed Czytelnikiem ujawniłem. Postaci i wydarzenia opisane w powieści, choć w dużej części fikcyjne, to stanowią nawiązanie do wydarzeń, które miały miejsce faktycznie. Czy bowiem nie jest tak, że komunistyczni zbrodniarze i zdrajcy pozostają zupełnie bezkarni, a odchodzą na łono Baphometa w wojskowej i kościelnej asyście? Czy nie jest faktem to, że komunistyczna nomenklatura i bezpieka przeniknęły do oficjalnych struktur i instytucji rzekomo „niepodległego” państwa – służb specjalnych, wojska, policji, urzędów różnego szczebla, łącznie z najwyższymi? Czy nie jest tak, że głębokie centrum tyleż legendarnego, co faktycznie istniejącego „układu” zza kulis kształtującego przestrzeń publiczną w Polsce, stanowią właśnie przetransformowane środowiska komunistyczne? Jak skończyły się wszystkie próby dekomunizacji i rozliczenia komunistycznych zbrodni?

Czy Polska faktycznie jest niepodległym, przynależącym do Europy i świata Zachodu krajem? Czy faktycznie zerwano nici łączące nas z Rosją, rządzoną przez kagiebowską juntę, a może jest tak, że „jedynym i wyłącznym dysponentem tej krainy” nadal jest Moskwa, tylko instrumenty kontroli są o wiele subtelniejsze (i skuteczniejsze) niż „paru generałów o swojsko brzmiących nazwiskach”? I wreszcie, czy państwo, którego oficjalna nazwa brzmi Federacja Rosyjska, nie jest po prostu kontynuacją Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich?

Jaki był i jest społeczny oraz medialny odbiór ludzi i środowisk wzywających do osądzenia komunistycznych przestępców czy też twierdzących, że transformacja ustrojowa nie była taka, jaką się ją przedstawia w tzw. mediach głównego nurtu? Czy dezerterów z sowdepii próbujących ostrzec Zachód przed długofalową kremlowską strategią dezinformacji, wielkiej politycznej mistyfikacji, ekspansji geostrategicznej i wojny informacyjej traktowano z powagą, czy raczej uznano za „typowych ruskich paranoików”?

Omówienie tej powieści najlepiej niech podsumuje luźna parafraza samego jej Autora: to, co do tej pory było analizowane przez wąskie kręgi niezależnych historyków, socjologów i politologów zyskało u Jacka Szczyrby formę dostępną nie tylko dla przeciętnego odbiorcy, ale dla każdego, niezależnie od jego zdolności abstrakcyjnego myślenia. Niezwykle wciągająca akcja i fabuła oparta jest na faktach. Ba, na kanwie tej książki można byłoby nakręcić film, a najlepiej serial taki, jak „Służby specjalne” Vegi albo „Oficer” Dejczera, który przebiłby te produkcje zarówno pod względem akcji, jak i przekazu. Albo narysować komiks, taki, jak – nie przymierzając – „Thorgal” czy „Funky Koval”.

A do „Punktu Lagrange’a”, ze względu na jego wielowątkowość i wielowymiarowość będę jeszcze na tych łamach wracał…

Jacek Szczyrba, „Punkt Lagrange’a”, Wydawnictwo Podziemne, Poznań 2016

Książkę można nabyć m.in. w Księgarni Minerwa: http://minerwa.net/ksiegarnia/index.php?id_product=14&controller=product