2013-03-21

W oparach absurdu i w opresji, czyli PRL-bis. Marcinowi Hermanowi w uzupełnieniu



Na portalu „Rebelya.pl” znajdujemy analizę „naszej” absurdalnej i opresyjnej rzeczywistości autorstwa Marcina Hermana[1]. Ze względu na to, iż tak naprawdę niezmiernie rzadko można w Internecie, ba – w publicystyce współczesnej odnaleźć tak treściwą, przenikliwą, a jednocześnie zwięzłą diagnozę sytuacji, pozwolę sobie poniżej zacytować spore kawałki tekstu Hermana. 

I

Autor pisze m.in.:

Już właściwie każdy dzień przynosi informacje o szokujących przykładach arbitralności urzędników i innych funkcjonariuszy państwa wobec obywateli. Szokujących i napawających grozą. Najgorsze jest to, że trudno sobie dziś wyobrazić wprowadzenie w Polsce normalności.

Tylko w ostatnich dniach mieliśmy takie sprawy, jak chore interpretacje podatkowe nakazujące np. płacenie podatków od utrzymania odebranego dziecka przy rodzinie zastępczej lub domu dziecka, śmierć dzieci, którym odmówiono szybkiej pomocy z powodu biurokratycznego wymogu i zaplanowanego na zysk systemu ochrony zdrowia, no a dzisiaj potajemne i pokątne odebranie dzieci rodzicom z Krakowa. Oprócz tego mamy też będące ewenementem na skalę tzw. wolnego świata "areszty wydobywcze", że nie wspomnę o rekordach europejskich w inwigilacji obywateli przez różne służby, czy niszczeniu małej i średniej przedsiębiorczości. A to tylko kilka najbardziej głośnych przykładów. A wszystko to przy jednoczesnej bezradności organów państwa wobec największych przestępstw i przykładów ogromnej niegospodarności i nieudolności urzędników i polityków.

Dalej, Marcin Herman przechodzi do bardziej ogólnego kontekstu, stopniowo zmierzając do konkluzji:
Żeby coś zmienić w Polsce systemowo na lepsze, nawet najdrobniejsze sprawy, trzeba przełamać opór, a w zasadzie wypowiedzieć wojnę, na wielu frontach. Począwszy od własnych urzędników, podwładnych, którzy wolą się nie wychylać, potem dochodzą żmudne i na ogół zakończone klęską "reformatora" uzgodnienia międzyresortowe, już wtedy często włącza się polityka, układy w rządzie, partii rządzącej, koalicji. Potem parlament, tam znowu mała, doraźna polityka. Na końcu tej drogi jest najczęście potworek prawny, nadający się do skierowania do Trybunału Konstytycyjnego.

I tak ze wszystkim, chyba że jest potężny nacisk jakichś silnych grup interesów albo nacisk z zewnątrz - z Unii czy innego podmiotu, któremu bardzo zależy na przeforsowaniu pewnych rzeczy […].

A i bez tego sama biurokracja (do której zaliczam też policję, przedsiębiorstwa państwowe, samorządy i ich instytucje, wymiar sprawiedliwości itd.) jest coraz bardziej niesterowna i podzielona na mniejsze i większe udzielne księstwa, czy kliki, każdego dnia toczą się różne gry, dochodzą do głosu ambicje lub ich brak, nieformalne naciski, mała i wielka polityka, ogólny klimat społeczny i sprzeczne (nierzadko bzdurne) sygnały płynące dla urzędników ze strony polityków i mediów,lub odwrotnie, kompletne bezhołowie, bezwład, korupcja i entropia. Prawo? Prawo jest, ale stosowane bardzo często arbitralnie. Tu nie ma logiki, może nawet jakaś instytucja działa jak trzeba, ale to tylko wynika z dobrej woli i kompetencji pracujących tam ludzi, a to też pewna arbitralność. W teorii instytucje powinny działać na tych samych podstawowych zasadach (zapisanych w konstytucji i innych kartach praw).

Do czego zmierzam? Wyobraźmy sobie zmianę polityczną w Polsce, i to sporą. Czy naprawdę dzisiejsza opozycja zmieniłaby, byłaby w stanie zmienić całą logikę (czy raczej - brak logiki), na jakiej to wszystko działa? Do tego trzeba by gigantycznego wysiłku, przy którym walka z korupcją i przestępczością (też ważna i trudna) wydaje się łatwizną. Trzeba by zmienić niezliczoną liczbę ustaw, rozporządzeń, innych aktów prawa, łącznie z przepisami wewnętrznymi, a może nawet umowami międzynarodowymi. Trzeba by zmienić bardzo wielu ludzi (dla mnie nie do wyobrażenia choćby przy tym prawie pracy), bez gwarancji, że ci co przyjdą będą działać na innych zasadach. 

II

Konkluzja Hermana nie jest zatem optymistyczna, i to delikatnie rzecz ujmując. Pewnie niejeden czytający tekst Marcina Hermana uzna tenże za pesymistyczny czy nawet defetystyczny. Ale to dobrze, że tekst nie jest jakimś (typowym zresztą dla prawicowej strony infosfery) jednakowoż optymistycznym, co tromtadrackim pleasingiem. Piszący niniejszą glosę, a po troszę i polemikę uważa za Oswaldem Spenglerem, wybitnym niemieckim historiozofem, że „[…] optymizm jest tchórzostwem”, a za Józefem Mackiewiczem, najwybitniejszym polskim publicystą ostatniego stulecia, że „optymizm nie zastąpi nam Polski”. Optymizm jest tchórzostwem, gdyż oznacza on nic innego, poza brakiem odwagi stanięcia w prawdzie i braku zrozumienia mechanizmów rządzących realnym światem, w tym – światem polityki. Pesymizm zaś jest, na tym tle, po prostu dojrzałą postacią realizmu. Realizmu, który sprowadza się do widzenia rzeczy takimi, jakimi one faktycznie są.

Przejdźmy teraz do właściwej części tekstu, czyli do uzupełnienia. Marcin Herman kończy swoją diagnozę słowami: […] ostatnie 20 lat, najdłużej u władzy w Polsce trzymają się ci, którzy nie robią z tym wszystkim nic. Być może, a nawet zapewne, Autor ma na myśli to, o czym napiszę poniżej, o czym zresztą powtarzam co jakiś wpis i uważam, że jest to jak najbardziej warte powtórzeń. Kto trzyma władzę w Polsce? Wróć! Używanie nazwy „Polska” czy nawet „III RP” w odniesieniu do neo-PRL, w odniesieniu do bękarta pieriestrojki i okrągłego stołu jest po prostu świętokradztwem, mniej lub bardziej świadomym albo zgoła nieświadomym. 

Kto zatem trzyma władzę na terytorium rozciągającym się od Odry aż po Bug, od Bałtyku aż po Tatry? Zatrzymajmy się wpierw nad samym pojęciem władzy oraz suwerenności. Carl Schmitt rozpoczął jedno ze swoich dzieł, „Teologię polityczną”, słowami „ten, kto decyduje o stanie wyjątkowym, jest suwerenny”. Oznacza to, że władza jest zdolnością do ustalania i narzucania reguł organizacji danego systemu. Stąd, grupa trzymająca władzę nie musi piastować oficjalnie najwyższych funkcji w państwie (prezydenta, premiera, ministrów, posłów), między bajki należy też włożyć teorie o „suwerenności ludu” czy „suwerenności narodu”.

Kwestia kluczowa dla naszych rozważań to fenomen tzw. transformacji ustrojowej, powszechnie utożsamianej z tzw. upadkiem komunizmu oraz jej długofalowych konsekwencji. Zatrzymajmy się na moment nad faktycznym znaczeniem słowa „transformacja”: oznacza ona ni mniej, ni więcej, tylko zmianę formy. Transformacja ustrojowa lat 1989 – 91 była zatem transformacją komunizmu w neokomunizm, wg zmarłego w czerwcu 2010 roku analityka Christophera Story – przejściem od komunizmu jawnego do komunizmu ukrytego. „Transformacja ustrojowa” sprowadzała się do zamiany przez komunę „władzy bezpośredniej” na „władzę pośrednią”, że ponownie pojadę Schmittem.  PRL zmieniła formę na PRL-bis występującą pod przykryciem „III RP”. Realną władzę w neopeerelu (czyli podejmowanie i egzekwowanie najważniejszych decyzji) trzyma przetransformowana oligarchia komunistyczna – środowiska komunistycznej bezpieki wojskowej i cywilnej oraz najważniejszych segmentów kompartii. Najważniejsze elementy systemu politycznego są kontrolowane przez te środowiska albo zdalnie i zakulisowo, albo poprzez bezpośrednią infiltrację i penetrację. Tyle, jeśli idzie o poziom wewnętrzny, to samo z grubsza ma miejsce na poziomie międzynarodowym: „III RP” to inkarnacja PRL, zaś „Federacja Rosyjska” to inkarnacja ZSRS. Powiązania łączące (neo)peerelowskie peryferie z (neo)sowiecką centralą zostały zachowane i nigdy nie udało się ich zerwać.

Do czego zmierzam, pisząc niniejszy tekst? To, co opisuje Marcin Herman jest „zaledwie” elementem systemu neokomunistycznego, demobolszewickiego – komunizmu w demoliberalnej formie. „Grupa Trzymająca Władzę” – czyli grupy formalne i nieformalne, legalne i nielegalne, których rdzeniem są przetransformowane struktury komunistyczne i agentura sowiecka – stanowi „Partię Wewnętrzną”. Podmioty, o których pisze Herman: biurokracja, oficjalny system partyjny, media, samorządy, policja, sądownictwo, państwowe (ale i prywatne!) przedsiębiorstwa, a także hierarchia Kościoła Katolickiego (niestety, takie są twarde fakty) czy też rozmaite nieformalne grupy interesów i lobbies stanowią „Partię Zewnętrzną”. Oba te elementy systemu są ze sobą ściśle sprzężone, można powiedzieć, że żyją w ścisłej symbiozie, przy czym z wyżej podanych powodów „Partia Zewnętrzna” podlega „Partii Wewnętrznej”. Powinniśmy zatem mówić i pisać nie o „oparach polskiego absurdu”, ale o „oparach peerelowskiego absurdu”.

Co jeszcze należy dodać, system ten może teoretycznie trwać w nieskończoność. Jest tak przede wszystkim dlatego, że neokomunizm jest z definicji i z natury nastawiony na władzę: ekspansję i reprodukcję poprzez kooptację, mianowanie i – co pokazała (w sumie błaha, jak na standardy neopeerelu) sprawa sędziego Tuleyi – poprzez dziedziczenie pozycji i wpływów. Naiwne jest zatem twierdzenie, że minie, „gdy wyzdychają stare komuchy” i wraz z nadejściem „młodego pokolenia”. Ponadto, neokomunizm posiada doskonałe zdolności adaptacji do zmiennych warunków otoczenia oraz strategicznego kamuflażu.

Kolejna sprawa, o której trzeba w tym kontekście wspomnieć, to kondycja społeczeństwa, a w zasadzie populacji zamieszkującej neopeerel. Istota komunizmu, w tym i neokomunizmu, sprowadza się do władzy oraz sowietyzacji, czyli inżynierii społecznej mającej za zadanie hodowlę „nowego człowieka”, który byłby zarówno rezerwuarem kadr i niewolników oraz stworzenie społeczeństwa kastowego, rządzonego przez komunistyczne elity. I w ciągu niemal 70 lat komuny (45 lat komunizmu jawnego plus 23 lat komunizmu ukrytego) nad Wisłą udało się sowieciarzom osiągnąć ten stan. Nawiasem, diagnozowany od lat w prawicowej blogosferze, a ostatnio publicystyce „leming” to nic innego, jak właśnie współczesna, nadwiślańska odmiana „Homo sovieticus”. Wręcz kongenialne połączenie sowieckiego (Zinowiewskiego i – jakkolwiek to karkołomnie powiedziane – hellerowskiego) pierwowzoru z zachodnim „człowiekiem masowym”, czy to w typologii Ortegi Y Gasseta, czy Juliusa Evoli, czy krótko, a precyzyjnie opisanemu w scholiach N.G. Davili.

Jakie są główne mechanizmy, główne motory sowietyzacji w neopeerelu? Po pierwsze, wykształciła się – ze szczególną intensywnością w ciągu ostatnich 24 lat – kastowa hierarchia społeczna, w której (jeszcze raz przywołajmy Orwella i jego genialną analizę, „Rok 1984”) „Partią Wewnętrzną” są struktury komunistyczne, „Partią Zewnętrzną” – szeroko pojęty aparat administracyjno-urzędniczy, reszta zaś populacji to „prole” – zarówno niewolnicy systemu, jak i jego baza społeczna. Wszelkie beneficja i prekaria rozdaje „Partia Wewnętrzna”, zaś „Partia Zewnętrzna” i „prole” są pod nią podwieszeni. Po drugie, a być może i najważniejsze – lud zamieszkujący PRL-bis został przyzwyczajony do systemu i uważa go niejako za stan naturalny, za coś tak oczywistego, jak to, że zimą pada śnieg a woda – że zacytuję klasyka – ma to do siebie, że spływa z gór i powoduje powódź. Robotnik budowlany łazi po budowie bez asekuracji i odzieży ochronnej i dostaje pieniądze „pod stołem” po sześciu miesiącach, asfalt topnieje szybciej niż śnieg, urzędnik traktuje petenta (słowa, słowa, słowa! Radzę się też przyjrzeć urzędniczej nowomowie!) jak – za przeproszeniem – psie gówno na ulicy, permanentne dwucyfrowe bezrobocie, bieda, wieczny kryzys – to norma dla ludzi urodzonych (i żyjących) w tym kraju, niegdyś w pełni zasługującego na nazwę „Polska”. Taką samą normą jest to, że „samoloty gdzieś lecą i coś się dzieje” oraz to, że na szczycie ludzkiego łańcucha troficznego znajduje się przetransformowana nomenklatura komunistyczna i bezpieka. To, że rządzący od 1944 roku uważnie wpatrują się w każde skinienie Stalinów, Breżniewych, Barroso, Merkel i Putinów – również jest stanem naturalnym.

Ale o trzech z ostatnich wymienionych spraw lepiej głośno nie mówić, chociaż ma się ich świadomość, lepiej lub gorzej usystematyzowaną. Ujawnia się tu atawizm jeszcze z czasów pierwotnych – lepiej nie używać nazwy potwora/demona/krwawego bóstwa, by nie sprowokować jego (skądinąd całkiem realnego) gniewu. Tym bardziej nie wypada buntować się przeciwko czerwonej „nędzy egzystencji” (opisanej przez Jana Stachniuka). Stąd też zsowietyzowane społeczeństwo ze wściekłością i nienawiścią reaguje czy to na opozycję polityczną, czy to na współobywateli – dysydentów. W końcu jest to – patrząc z poziomu czystej socjobiologii i czystych faktów – jak najbardziej zrozumiałe, bo jeśli dojdą tacy do głosu, to „pan szef” wywali z roboty, władza znów pośle na ulicę czołgi, SKOT-y i koksowniki, w niemieckiej prasie napiszą o „polskich neonazistach”, a Putin strąci kolejny samolot. Zsowietyzowane społeczeństwo ponarzeka na wysokie koszta wszystkiego, na opresyjny aparat urzędniczy, na złodziei, na „komuchów” (a o wiele częściej na „kler”, „faszystów”, „PiS”, „prawicę”, ewentualnie na „Żydów” i „masonów” itd.) – ale na tym się skończy. W końcu o wiele bardziej woli tkwić w neokomunistycznym bardaku, który przynajmniej jest stanem naturalnym i znanym, aniżeli ryzykować zmiany na lepsze, które – co pokazały lata 1992 i 2005-07 – są stanem krótkotrwałym, po którym wszystko wraca do komunistycznej normy. A poza tym istnieje jeszcze wentyl bezpieczeństwa w postaci emigracji czy kooptacji.

O wpływie manipulacji poprzez edukację (od przedszkoli po uczelnie wyższe) i media napisano już tyle, że nie ma co o tym tutaj mówić.

III

Dochodzimy tu do punktów zwrotnych i „kamieni milowych” w procesie sowietyzacji społeczeństwa polskiego. Jedni upatrują „mordu założycielskiego” PRL-bis w gay-party Kiszczaków i Michników w Magdalence, okrągłym stole czy w planie Balcerowicza, inni – w brutalnym morderstwie popełnionym przez bezpiekę na księdzu Jerzym, jeszcze inni – w stanie wojennym. Wszystkie z wyżej wymienionych stanowisk wyjaśniają przyczyny stanu faktycznego, o ile uzna się fakt, że były one częścią nadwiślańskiego odcinka „operacji pieriestrojka”. To właśnie w wyniku działań podejmowanych przez komunistów w latach 1980 – 1981, w wyniku stanu wojennego, „stanu powojennego” i samego tylko momentu transformacji, neopeerel istnieje w takiej formie w jakiej istnieje.

Ale trzeba się cofnąć w czasie dalej, niż do „trzynastego grudnia roku pamiętnego”, bowiem zbrodnią założycielską peerelu w ogóle, zbrodnią założycielską komunizmu na terenie Polski było stłumienie antykomunistycznego powstania lat 1945 – 56. Józef Mackiewicz pisał w jednym ze swoich dzieł [2]: Co stanowi o metodzie działania sowieckiego na podbity naród? Tę metodę można porównać do operacji chirurgicznej, polegającej na wyjmowaniu pacjentowi jego mózgu i serca narodowego. Ale wiemy, że pierwszym warunkiem jest, aby pacjent leżał spokojnie. [...] Pod tym względem bolszewicki zabieg chirurgiczny nie tylko nie różni się od normalnego, a raczej bardziej niż każdy inny uzależniony jest od mądrze stosowanej etapowości, a warunkiem jego powodzenia jest właśnie ta straszna, milcząca, zastrachana, sterroryzowana psychicznie bierność społeczeństwa. Jego bezruch. Jego fizyczne poddanie. Społeczeństwo, które strzela, nigdy się nie da zbolszewizować. Bolszewizacja zapanuje dopiero, gdy ostatni żołnierze wychodzą z ukrycia i posłusznie stają w ogonkach. […].

Żołnierze Niezłomni (nie lubię określenia „Wyklęci”, bo jest to określenie wskazujące na nieświadome przyjęcie optyki komunistycznej) byli ostatnimi z kasty polskich Kszatrijów, która z definicji, przez tysiąclecia (ze wskazaniem na krótki okres faktycznej niepodległości w latach 1918 – 1939) stanowiła elitę narodu, kastę przywódczą, ba – stanowiła Wolną Polskę, bowiem suwerenność i niepodległość (zarówno na poziomie narodowym, państwowym jak i indywidualnym) może wywalczyć i utrzymać jedynie elita wojskowa przewodząca organicznemu społeczeństwu, zorganizowanemu na wzór wojska, gdzie obywatel był żołnierzem, a żołnierz - obywatelem. Manewr komunistów polegał nie tylko na „usunięciu pacjentowi mózgu i serca”, ale także na podmianie usuniętych organów zupełnie obcymi tworami. W miejsce polskiej klasy wojowników sowieci wszczepili swoją, stanowiącą „długie ramię Moskwy” i twardy rdzeń elit komunistycznych. To komunistyczna bezpieka wojskowa – jak pisze choćby Cenckiewicz – stłumiła kontrrewolucję, stała za masakrą zbuntowanej Wielkopolski w 1956 roku, masakrą na Wybrzeżu w 1970, stanem wojennym oraz transformacją ustrojową. I także w neopeerelu jest faktycznym ośrodkiem decyzyjnym, nadal pełniąc funkcję (neo)sowieckiego „słupa”.

Po „rozładowaniu lasów”, po „Poznańskim czerwcu” wszystkie tzw. „polskie miesiące” miały charakter buntów niewolników, które nie wykraczały poza granice zakreślone przez komunistyczne władze i których głównym postulatem był „komunizm z ludzką twarzą”; nawet bohaterscy bracia Kowalczykowie nie chcieli zabijać nikogo z czerwonej swołoczy. Przede wszystkim dlatego, że udało się w społeczeństwie zaszczepić pacyfizm połączony ze strategią przetrwania, której jedną z treści jest groźba (mniejsza z tym, czy faktyczna, czy bluff) zbrojnego stłumienia buntu – czy to rękami „rodzimej kanalii”, czy to „bratnią pomocą” sowiecką. Nadzór ze strony bezpieki miał tu rolę niezwykle ważną, choć jedynie „techniczą”. Nurt niepodległościowy i antykomunistyczny w „Solidarności” został zmarginalizowany – jak wspomina choćby Andrzej Gwiazda – jeszcze zanim „Solidarność” zyskała swoją nazwę, a w każdym razie przed I Zjazdem. Z kolei takie ruchy niepodległościowe i antykomunistyczne jak „Solidarność Walcząca”, LDP-N czy nawet stara, antykomunistyczna lewica z PPS-RD nie tylko stanowiły znikomą i niewiele realnie znaczącą mniejszość, ale też, co najważniejsze nie dopuszczały zbrojnego wystąpienia przeciw komunistom.  W takich warunkach można było przeprowadzić operację przetransformowania komunizmu w neokomunizm. Stąd też – parafrazując pewną piosenkę – tutaj, w neopeerelu „jest, jak jest”.

19 komentarzy:

  1. Panie Ryszardzie!

    To jest z artykułu pt. "Nie Rosja, ale sowiety", w tomie "Nudis verbis", s. 363. Oczywiście cytat w oryginale brzmi lepiej. Nawiasem mówiąc, nigdy nie mogę pojąć tego skracania przytoczeń, gdy wyrzucone fragmenty są relewantne. Józef Mackiewicz na ogół wiedział, jak się wyrazić:

    "Co stanowi o metodzie działania sowieckiego na podbity naród? Tę metodę można porównać do operacji chirurgicznej, polegającej na wyjmowaniu pacjentowi jego mózgu i serca narodowego. Ale wiemy, że pierwszym warunkiem jest, aby pacjent leżał spokojnie. Gdy się zacznie rzucać, operacja może się nie udać, albo zgoła chirurg może się zaciąć własnym lancetem...

    Pod tym względem bolszewicki zabieg chirurgiczny nie tylko nie różni się od normalnego, a raczej bardziej niż każdy inny uzależniony jest od mądrze stosowanej etapowości, a warunkiem jego powodzenia jest właśnie ta straszna, milcząca, zastrachana, sterroryzowana psychicznie bierność społeczeństwa. Jego bezruch. Jego fizyczne poddanie.

    Społeczeństwo, które strzela, nigdy się nie da zbolszewizować. Bolszewizacja zapanuje dopiero, gdy ostatni żołnierze wychodzą z ukrycia i posłusznie stają w ogonkach. Właśnie w Polsce gasną dziś po lasach ostatnie strzały prawdziwych Polaków, których nikt na świecie nie chce nazywać bohaterami. W sądach rozpoczyna się okres pokajania, a na emigracji woła się wielkim głosem: 'Nie strzelać! Nie dać sprowokować! Wytrwać spokojnie!'"

    OdpowiedzUsuń
  2. Panie Michale!

    Jeszcze raz przepraszam za przeoczenie i jeszcze raz bardzo dziękuję za podanie całego interesującego mnie cytatu. Skracanie przytoczeń skracaniem przytoczeń, ale owszem, w stosunku do Mackiewicza, którego każde słowo było ważne, nie powinno się tego czynić.

    "Okrojony" fragment NV przytaczam tylko i wyłącznie dlatego, że nie dysponuję oryginałem, a jedynie artykułem o żołnierzach antykomunistycznego podziemia.

    O tym z kolei, że analiza Mackiewicza jest prawdziwa, że skutki tego, co diagnozował Mackiewicz odczuwamy do dziś - nie muszę chyba się powtarzać...

    OdpowiedzUsuń
  3. Drogi Jaszczurze,
    Cieszę się, że poruszyłeś ten temat. Nie chodzi tylko o to, że praktycznie wszyscy w Nowym Wspaniałym Peerelu twierdzą że to Polska. Chodzi o to, że gotowi są tego "państwa" czynnie bronić. Chociaż to nie tylko fundamenty ale też ściany i dach są z gruntu te same. Cały ta "nasza Polska" jest tym samym zapyziałym, zasmrodzonym peerelem, co najwyżej odnowionym, po pierestrojkowemu "zdemokratyzowanym" (nep-owskim).
    To "widać, słychać i czuć" ale i to nie wystarcza. Tak więc wymyśla się coraz to nowe fantasmagorie jak sam słusznie piszesz. Byle tylko nie przyznać się przed samym sobą, że tkwi się w błędzie i chcieć z tego błędu się wycofać. Nie ma wolności? No to JOW-y ją załatwią albo "Jarosław", genialnie wszystkiego dokona. Bo on przecież wie co trzeba zrobić. Ale co on naprawdę wie? O co mu naprawdę chodzi? O Polskę której nie ma od ponad 70. lat czy o "wolny peerel"?
    No dobrze. My tu sobie gawędzimy a "ludowi" chodzi o to, żeby "dało się jakoś żyć", nieważne że w zniewoleniu. Takie są oczekiwania zdecydowanej większości "narodowej masy polskiej". Mogły by zmienić je elity. A elity? Prawdziwych elit, w praktyce nie ma. Te co są twierdzą właśnie, że to wcale nie jest peerel, to jest Polska, że trzeba tylko JOW-ów (aktualnie) albo jest tak źle bo wszędzie pełno agentury i że nie było dekomunizacji i że "byli komuniści" mają wszędzie wpływy i kontrolują wszystko. Jak kontrolują wszystko, to gdzie my żyjemy? W "wolnej Polsce"? I tak oto brną we własne mrzonki bo swoje oczekiwania biorą za rzeczywistość. Ale może te oczekiwania właśnie takie są? Rzeczywistość odpowiada ich oczekiwaniom. Nie trzeba daleko szukać, wystarczy poznać pogląd większości tych co ongi stali na czele "niezłomnych" (SW, KPN, PPN, FMW itd. itp). Czują się w tym systemie doskonale, "o to im chodziło". Co najwyżej widzą jakieś "wypaczenia" ale "Polska jest przecież wolna". I w tym duchu działają wszyscy no bo skoro takie autorytety...A więc poprawiać, poprawiać, poprawiać ten peerel panie i panowie. Byle tylko nie przyznać, że to peerel. Skoro tak, to jak się to mówiło kiedyś: finito. Nie ma co się martwić o przyszłość Nowego Wspaniałego Peerelu. Jest ona świetlana bolszewicka. Trzeba martwić się o siebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Andrzej,

      "Jarosław", genialnie wszystkiego dokona. Bo on przecież wie co trzeba zrobić. Ale co on naprawdę wie? O co mu naprawdę chodzi? O Polskę której nie ma od ponad 70. lat czy o "wolny peerel"?
      [...] pogląd większości tych co ongi stali na czele "niezłomnych" (SW, KPN, PPN, FMW itd. itp). Czują się w tym systemie doskonale, "o to im chodziło". Co najwyżej widzą jakieś "wypaczenia" ale "Polska jest przecież wolna". I w tym duchu działają wszyscy no bo skoro takie autorytety...A więc poprawiać, poprawiać, poprawiać ten peerel panie i panowie. Byle tylko nie przyznać, że to peerel.


      Ja myślę, że i Kaczyńscy (a teraz jedynie Jarosław), Macierewicz, czy JEDNAK FAKTYCZNIE niezłomni z organizacji, które wymieniasz reprezentują w większości z grubsza to samo stanowisko. Albo, że jest "postkomunizm", z którego kiedyś wyjdziemy, jeśli będziemy się z nim konsekwentnie rozliczać, albo, że jednak peerel, ale z którego można wyjść na drodze legalistycznej. Czy pamiętasz może wykład prof. Chodakiewicza w Klubie GP w Gdyni? On również uważa, że mamy do czynienia nie z postkomunizmem czy postsowietami, ale z NEOSOWIETAMI (z czym nawet osobiście się ze mną zgodził, nie chwaląc się), ale z którego można wyjść, niejako przesterowując struktury polityczne. I że jednak mamy "lepszy" neokomunizm, bo wg Niego mogliśmy się znaleźć w sytuacji, w jakiej znajduje się np. Uzbekistan, Turkmenia czy Angola i Zimbabwe, z Kiszczakiem jako "jastrzębiem" i z Kwachem jako "liberałem".

      [...] jest tak źle bo wszędzie pełno agentury i że nie było dekomunizacji i że "byli komuniści" mają wszędzie wpływy i kontrolują wszystko.

      To akurat jest fakt, o czym zresztą piszę. Ciągłość pomiędzy PRL nr 1 i PRL nr 2 polega na ciągłości politycznej, prawnej, strukturalnej i kadrowej. Sęk jedynie w tym, że wskazujący na to najwyraźniej nie widzą ani pełnego obrazu, ani konsekwencji tegoż.

      Usuń
    2. Jaszczurze,
      To jest fakt, że kontrolują wszystko i jest pełno agentury etc. ale ten fakt w żadnym wypadku nie tłumaczy obowiązującej wśród tzw. patriotów tezy o "wolnej Polsce" i o "wypaczeniach" a przeciwnie, powinien dać im dużo do myślenia. Bo jeśli jest tak a nie inaczej to czy jest to wolny kraj? Czy też może, zniewolony przez tych co "wszystko kontrolują"?
      Otóż, chodzi mi o to, że pomimo oczywistych faktów, praktycznie wszyscy zaprzeczają oczywistej prawdzie, biorąc pozory za rzeczywistość.
      Rozumiem, ze komuś może być trudno przyznać, że przez długie lata się bardzo mylił i dalej tkwi w błędzie ale po co dorabiać sobie do tego kłamstwa ideologię? Twierdzić, że trzeba brać w tym udział bo to "wolna Polska". Nie chodzi mi o takie czy inne nazwiska ale o dominujący trend. Wszyscy ci ludzie wzywają nas aby brać udział w "wyborach", pomimo ich fikcji. Przecież zaraz potem i tak okazuje się, że wynik nie ma żadnego znaczenia. No bo skoro "wszystkim kontrolują i wszystko jest zawłaszczone", to jakie może mieć? Siedem lat temu zdarzył się ten "wynik" i co? Ano to co zwykle. Bo taki jest ten system i o to w nim chodzi.
      Profesor Chodakiewicz pisze z jednej strony o neokomunizmie "w Rosji", "w Rumunii" itd. ale nie pisze o neokomunizmie "w Polsce" (w odniesieniu do systemu władzy). Za to pisze, że "Polska słabo dba o swój wizerunek", niewątpliwie mając tu na myśli "rząd" neo-peerelu.

      Usuń
    3. Andrzeju,

      To samo miałem na myśli.

      A co do prof. Chodakiewicza - on nie pisze tylko o neokomunizmie w Rosji czy innych demoludach, o Peerelu też.

      Postkomunizm to komunizm przetransformowany w rzekomo demokratyczną formę z pseudowolnorynkowymi szatami kapitalizmu kolesiów. http://www.tygodniksolidarnosc.com/2011/44/1d_opa.htm

      Usuń
  4. Nie można odmówić poczucia humoru bolszewikom - aby kolejny NEP ochrzcić wprost "upadkiem komunizmu"; no, no! Po przezornym uwłaszczeniu się na pewnych,dochodowych monopolach (paliwowym, energetycznym, medialnym etc) można było resztę parcianej industry opchnąć wraz z prolami, dorzucając tym ostatnim w ramach "wolności" paszport (aby mogli się realizować na zmywaku lub w konserwacji powierzchni płaskich na wymarzonym Zachodzie) plus dać możliwość kupienia upragnionego kolorowego, azjatyckiego telewizora oraz 10-letniego rzęcha z niemieckiego szrotu i szał demokratycznych uniesień był gotowy.

    Tutejsi neo-Kszatrijowie z "korpusu osobowego oficerów bezpieczeństwa i prewencji wojskowej - sekcji kontrwywiadowczej" w zasadzie prawie nie zajmowali się przykryciem kontrwywiadowczym jednostek wojskowych, tylko intensywną inwigalcją wojska, gdyż bolszewicy doskonale sobie zapamietali genezę swojej drogi do władzy. Teraz w zasadzie najtańszym i najpewniejszym sposobem uniknięcia niemiłej niespodzianki wydaje się być całkowita likwidacja armii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie tak, prole, w większości przynajmniej, popsioczą, poprotestują, koniec końców uznając swój stan za naturalny.

      A co do bezpieki wojskowej, to zwłaszcza po lekturze monografii Cenckiewicza doszedłem do takiego wniosku - nie służyła ona celom wywiadowczym ani kontrwywiadowczym, gdzie zaliczała wtopę za wtopą, ale sowietyzacji wojska i przez to, sowietyzacji społeczeństwa.

      A co do likwidacji armii, to jedynym weń nielikwidowalnym i nienaruszalnym pionem jest chór wujów z WSI albo po kursach w Moskwie.

      Usuń
    2. Nie tyle chodzi o "całkowitą likwidację armii" co o utrzymywanie jej bolszewickiego charakteru. Jakaś armia zawsze się przyda, choćby do pacyfikacji większych zamieszek (sytuacje trudno przewidywalne). A ten charakter jest zapewniony przez tzw. kadrę dowódczą. Bo "kadry są najważniejsze" jak mawiał tow. Dżugaszwili.

      Usuń
    3. Nie tyle chodzi o "całkowitą likwidację armii" co o utrzymywanie jej bolszewickiego charakteru.
      ---------------------------------------------------------
      Owszem! Rzekłbym nawet, że armia jest absolutnie niezbędna, ale w bolszewickiej metropolii. W podległych bantustanach, przy tak rozluźninej kontroli, już to w cale takie oczywiste nie jest!

      Co do Zarządu II Szt. Gen., to trudno mi cokolwiek istotnego powiedzieć, osobiście poznałem chyba najbardziej nieudanego ich szefa, Oliwę, ale też doskonale wiem, że sowieci nigdy niczego nie robili bez dobrze przemyślanego powodu.

      W wypadku zaś kontrrazwiedki to sprawa jest absolutnie jasna. Dobór kadr przeprowadzony przez tych wszystkich Wozniesieńskich, Miliuszynów, Poliakowów, Szadrinów, Sołopienków etc etc, był trafiony. Nigdy, w żadnym z demoludów nie doszło do buntu tamtejszych, komuszych askarysów, zaś przykładów na dziarskie pacyfikowanie tubylczego ludu, to a jakże trochę byśmy znaleźli.

      Usuń
    4. @Andrzej, @Amalryk,

      Poza tym dochodzi ta okoliczność, że Peerel nie jest już - na poziomie geostrategicznym - państwem frontowym, przedmurzem imperium sowieckiego. Europa Zachodnia jest de facto sfinlandyzowana, a obszar Międzymorza jest "trasą buforowo-tranzytową" pomiędzy Sowrosją (i WCzK) a zneutralizowanym "przylądkiem europejskim".

      Stąd nie ma - z perspektywy Kremla i Łubianki - konieczności utrzymywania półmilionowej armii, której zadaniem byłoby zabezpieczenie zgrillowanych przez atomice Niemiec, Skandynawii czy Niderlandów.

      Amalryku - czy czytałeś może książkę Cenckiewicza "Długie ramię Moskwy"? Jeśli tak, to jakie wrażenia? A może mógłbyś się podzielić swoimi osobistymi wrażeniami z rzeczonego środowiska? Oczywiście, nie musisz na forum (jakby nie było) publicznym, możesz na PW, jeśli rzecz jasna chcesz.

      Usuń
  5. Książki Cenca nie znam, jak wpadnie mi w łapki to naturalnie chętnie przeczytam, ale też nie sądzę aby mną specjalnie wstrząsnęła. Owszem w środowisku cały ten Z II SG otaczał pewien swoisty charme (jakie to cuda nie widy, choć jedno co mieli bez wątpienia dobre, to stawki zaszeregowania) ale to kontrrazwiedka ich zasadniczo nadzorowała (zresztą i Kiszczak i Poradko przyszli na szefów Z II SG z kontrwywiadu właśnie). Czasami była to przystań po powinięciu się nogi jak np. dla Mrówczyńskiego (wówczas z-ca Kufla) i Mochejskiego (wówczas szef Zarządu WOPK) po antyżydowskiej hucpie w '67-ym itp. Ale strategiczny wywiad ofensywny sowieci i tak zawsze załatwiali sami.

    Wrażenia osobiste? Bo ja wiem czy jest tu w sumie czym się dzielić? Trochę zasłyszanych rozmów , trochę anegdot, trochę mniej lub bardziej podkoloryzowanych opowieści - wszystko w atmosferze niebywałej swej ważności roztaczanej przez opowiadających, wszechobecnej tajności i chorobliwej podejrzliwości. Trudno też mówić o środowisku. Oficerowie operacyjni odpowiedzialni za konkretne obiekty byli, z definicji, wyalienowani spośród tych których dozorowali, zaś na szczeblu zarządu; też nie zauważyłem aby prowadzili miedzy sobą jakieś intensywne życie towarzyskie. Mój punkt obserwacyjny był o tyle nietypowy, ze przez IW/WSW przewinęło się na różnych etapach, aż trzech mężczyzn z mojej najbliższej rodziny... Możemy sobie naturalnie pogadać, nie wiem tylko czy jest to wszystko aby znów aż tak szalenie ciekawe?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cenckiewicz obala m.in. neopeerelowski, propagandowy mit "fachowości" wywiadu i kontrwywiadu wojskowego, który to z zapałem był szafowany w czasach wielkiego faszyzmu przez różnych Dukaczewskich (sam zaliczył parę wtop na placówce w USA), Puchałke czy Olejnik.

      Pisze np. o płk. Dędze (Dęga) oddelegowanym do UK, który miał zakupić dla celów wywiadowczych repliki modelarskie uzbrojenia, a zamiast tego zamówił z brytyjskiej zbrojeniówki... prawdziwe czołgi! Albo na przykład o tym, że za szefostwa Kiszczaka na Zachód uciekło najwięcej najważniejszych figur, w tym z-ca szefa kontrwywiadu. Mimo to Kiszczak awansował. Generalnie - peerelowska bezpieka wojskowa (zarówno wywiad, jak i kontrwywiad) była bardzo przejrzysta czy to dla CIA, czy to dla Brytoli, czy to dla Icków.

      Pytałem się Go nawet osobiście (Cenckiewicza, nie Kiszczaka;)), skąd zatem taka skuteczność w robocie na odcinku sowietyzacji, przeprowadzenia prlowskiego odcinka pieriestrojki, o stan obecny. Zgodził się ze mną w tym, że sowieci przymykali oko na wpadki wywiadowcze (uzupełniając to działalnością GRU czy peerelowskiego Dep.1 MSW), kładąc akcent właśnie na działalność wewnętrzną, w tym sowietyzacyjną czy też przygotowaniem oligarchicznego podglebia neopeerelu.

      A co do Twoich doświadczeń osobistych z tą menażerią - owszem, byłoby to ciekawe. Ale trzeba brać poprawkę, że jestem z tych, co w dzieciństwie zaglądało do krowich placków, żeby stwierdzić, co też tam białego i obłego żyje i się wije...

      Oczywiście nie chcę też być nachalny i obcesowy, więc bez ciśnień.

      Usuń
  6. Zara, zara! A jakież to szalenie ważne figury dały drąga za czasów szefowania Kiszczaka? I szefowania czym? Bo szefem, co prawda tylko wydziału OZIW, to on był już w r.'51-szym! Zaś szefem Z II SG był od '73 do '79; i wtedy to akurat nikt istotny, z tego co kojarzę, mu raczej nie odparował. Zaś tym bardziej nigdy(!) w historii peerelowskiej "wojskowej" kontrrazwiedki nie prysnął ktoś z takiego szczebla jak z-ca szefa kontrwywiadu (we właściwym sensie rozumienia tego słowa, czyli szef Zarządu I-go Szefostwa, bądź też jego z-ca)!

    Gdy zaś mówimy o przypadku Sumińskiego, to po pierwsze; nie był on żadnym szefem kontrwywiadu tylko oficerem któregoś z wydziałów, bodaj oddziału III-go Szefostwa d/s osłony kontrwywiadowczej Z II SG, po drugie; czmychnął wiosną '81-go a gdy się w Warszawie o tym połapali to Kiszczak był już ministrem MSW i był poza zasięgiem, mimo że Sumiński to jego przydupas był, po trzecie; Czesław miał wtedy o wiele poważniejsze zadanie do przeprowadzenia w grudniu, by z kolei radzieccy towarzysze zawracali sobie dupę (drugorzędnymi z ich punktu widzenia)duperelami i wyprzęgali z wozu najsilniejszego konia podczas przeprawy przez rwącą rzekę...

    Zaś peerelowska kontrrazwiedka wojskowa to czekiści w stanie czystym; a o ich skuteczności świadczy nie taka czy inna przejrzystość lecz fakt, że w grudniu '81-ego z pośród półmilionowego, uzbrojonego LWP nikt nawet nie pierdnął!

    Takie, niestety, są fakty!

    OdpowiedzUsuń
  7. Zima 1948 "Szkoła Oficerów Informacji" (przeniesiona z Bielan,( o ile dobrze zapamiętałem) do Wesołej. Zbiórka alarmowa całego personelu szkoły! Wyczytani! Wystąp! (Komentarz narratora: "Kurwa! To dobrze? Czy źle? - Co tu się kurwa dzieje! Dalej: Wyczytani!: Łącz do lewego! Reszta! W tył! Rozejść się!
    Wydygana "grupa wybrańców" (bo to oczywiste, że jast chyba jakaś straszliwa lipa, skoro tylko tylko tylu nas zostało!)a tu raptem słyszą taki tekst:
    " Towarzysze podchorążowie! Awngarda polskiej klasy robotniczej- PPR! Powierzyła wam ochronę historycznego wydarzenia w dziejach polkiego ruchu robotniczego: Zjazdu Zjednoczoniowego !" (etc. etc)

    Po czem, dowiedziałem się: gdzie byli ubierni nasi wybrańcy (magazyny UNRA), kto ich żywił: (osobisty kucharz Bieruta - szef kuchni przedwojennego Hotelu Grand) , no i kogo przede wszystkim mieli szczególnie pilnować!

    OdpowiedzUsuń
  8. A wiesz Jaszczurze, że opowiadający mi to zdarzenie został oficerem w wieku lat 19-tu nie będąc wcześniej ani dnia w wojsku? Dzięki pańskiemu rozmachowi Mitrofana Sołopienko! Gdy w końcu wylądował w tej Wesołej to były niezłe jaja bo nikt nie odważył się anulować decyzji bohaterskiego smierszysty i wujoszczak pobierał gażę oficerską.

    OdpowiedzUsuń
  9. No, naprawdę niezłe jaja. I ochrona Bieruta, i 19-to letni oficer. Byłoby to i śmieszne, gdyby nie było tragiczne...

    Czyli takie "coś", czego historie przytoczyłeś dobrze się sprawdzało jako sowietyzatorzy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Doskonale! Ci gówniarze uwielbiali swoich przełożonych! Mając po pięćdziesiąt, z górą, lat, nadal z rozrzewnieniem wspominali "swoich" dawnych przełożonych i tą skalę bezkarności za którą wiecznie tęsknili!

      Usuń
  10. Chcesz jeszcze wrażeń?

    Czas akcji: wiosna 1947.
    Miejsce akcji: w pobliżu jałtańskiej granicy wschodniej.
    (Wg informacji wiarygodnego czekistowskiego informatora, ulokowanego w upowskim okręgu, w określonym dniu miała mieć miejsce dostawa "środków finansowych" dla oddziałów w Polsce.)

    Natychmiast została, w miejscu oczekiwanego przerzutu, zainstalowana zasadzka. Dowodził nią; powiedzmy (forum niby publiczne,choć uczestnicy tej imprezy najprawdopodobniej już nie żyją) ppor. Anatol X.

    W spodziewanym czasie pojawia się drabiniasty wóz dyszlowy z jakimś zasmarkanym ukraińskim chłopem. Drużyna alarmowa wypada z krzaków, zatrzymują chłopa i trzepią cały jego "dobytek;, jakieś wory z cebulą z ziemniakami i kapustą. Rozbierają wieśniaka niemal do naga i nic, literalnie nic! Ani dolarów ani funtów ani nawet sowieckich rubli!

    Wściekły Anatol (kawał chłopa) stojący, jak raz, przed koniem z desperacji w teatralnym geście z podniesieniem i gwałtownym opuszczeniem ramion wykrzykuje: "Nosz kurwa twoja mać!" Przestraszony tym występem koń, raptem staje dęba i mimo wysiłków woźnicy odskakuje przerażony z impetem w bok. Tym samym łamiąc dyszel?! A tu niespodzianka; dyszel okazuje się być wydrążoną rurką w której na całej jej długości znajdują się same carskie imperiały!

    Nasz Anatol zbiera monety co do sztuki (uzbierała się tego kopiata czapka polowa) i sunie ze zdobyczą do przełożonego majora czy już ppłk. Krykuna (tym razem nazwisko autentyczne), wysypuje mu na jego gigantycznych rozmiarów biurko i chce dokonać komisyjnego przeliczenia monet. Krykun pyta ; "Eto wisio?", Anatol odpowiada: "Tak to wszystko!" "Nu ładna!" - odpowiada Krykun i odsunąwszy szufladę obiema rękoma z blatu biurka zagarnia całość do szuflady!

    Gdy zadziwiony Anatol domaga się przeliczenia, słyszy w odpowiedzi: "W pariadkie, Anatol, wsio w pariadkie!" Idzi uże, idzi.

    Ciąg dalszy opowieści ma miejsce podczas "imprezy pożegnalnej" w związku z odejściem z szeregów LWP dziarskich smierszystów (i chyba już kagiebistów). Podczas imprezy "nasz" Anatol (ojciec piątki dzieci) podchmielony głośno zaczyna narzekać na marne pobory w "organach", w stosunku do jakże szlenie odpowiedzialnej pracy.

    Na to wpada mu w słowo podpity Krykun:"No szto ty! Z uma zaszoł?" i dawaj mu przypominać "imperiałową" rekwizycję! Gdy Anatol ze zdziwieniem zapewnia, że oddał wszystko, co do sztuki, Krykun patrzy na niego badawczym wzrokiem, po czym oświadcza:"Oj Anatol, Anatol, ty so wsiem nastojaszczyj durak!"

    OdpowiedzUsuń