2016-10-06

"Punkt Lagrange'a" Jacka Szczyrby

Akcja powieści rozpoczyna się gdzieś w zakamarkach starej Warszawy, mniej więcej w roku 1988 przy ulicy Wroniej. Młody człowiek, niewymieniony z nazwiska, o ksywie „Texas” odbywa praktykę jako mechanik samochodowy w warsztacie swojego stryja – Romana Stachonia, rotmistrza przedwojennej kawalerii, weterana wojny obronnej we wrześniu i powstania warszawskiego. Rotmistrz nie złożył jednak broni wraz z końcem wojny – kontynuował walkę z okupantem, ale okupantem sowieckim i jego „polskimi” kolaborantami. Rotmistrz Stachoń nie zakończył jednak walki nawet po całkowitym „rozładowaniu lasów” i zlikwidowaniu przez bezpiekę „ostatnich leśnych”. Działa w podziemnej Solidarności Walczącej – jednej z niewielu formacji opozycji w PRL stawiała sobie za cel obalenie komunizmu i odzyskanie przez Polskę prawdziwej niepodległości, nie zaś walkę o „socjalizm z ludzką twarzą”.

Wiadomo już o nadchodzących zmianach na górze i o negocjacjach pomiędzy komunistami i opozycją. Transformacja ustrojowa ma też swoją mniej ludzką twarz – operacje, które parafrazując jednego z publicystów można określić jako „mordy założycielskie” nowej, wspaniałej rzeczywistości. Jedną z ofiar staje się rotmistrz Stachoń, który bogaty w umiejętności i techniki konspiracyjne z czasów wojny, dotychczas wymykał się esbeckim pościgom i obławom. Mimo, że w okrutny i upokarzający sposób esbecy zamordowali rotmistrza, to nie udało im się zachować czekistowskiej konspiracji – Texas z pomocą kumpli próbował odbić rotmistrza, raniąc jednego z esbeków kulą z Browninga.

To wydarzenie całkowicie zmienia życie Texasa. Jednakże nie kontynuuje on działalności jako kolporter czy publicysta podziemnych wydawnictw antykomunistycznych, nie angażuje się również w operacje przypominające „Mały sabotaż”. Jego życiową misją staje się pomsta i wymierzenie sprawiedliwości mordercom stryja, w imieniu tak swoim, jak i nieistniejącego Państwa Polskiego. Wewnętrzny rozkaz od nieistniejącego, podziemnego państwa Texas wykonuje z profesjonalizmem godnym najlepszych operatorów jednostek specjalnych – cicho i skutecznie. I poświęca w imię wykonania swojej, a jednocześnie powszechnej misji całe swoje życie prywatne.



Jak wygląda – z perspektywy Texasa – Polska ery transformacji, rzekomego „upadku komuny” i szerzej, przełomu wieków XX i XXI? Coraz nowsze samochody, coraz to lepsza technika, coś, co z wierzchu wygląda na przejawy coraz większego dobrobytu społeczeństwa wydają się być tylko politurą, przykrywającą rzeczywistość niejako równoległą – mętny półświatek raczkującego kapitalizmu wyrosłego na gruncie „Kapitału” Karola Marksa, by zacytować Begmana, jednego z kumpli Texasa. Rzeczywistość, w której „ludzie godni szacunku kręcą mniejsze lub większe lody, unikają jakiejkolwiek odpowiedzialności za popełnione, nieraz okrutne zbrodnie i doskonale radzą sobie w systemie, w którym socjalizm z ludzką twarzą zastąpił kapitalizm z nieludzką twarzą. Rzeczywistość, w której zdezelowane sanatoria dla esbeków są miejscem transakcji pomiędzy majorem KGB a arabskim terrorystą. Kraj, w którym ofiary bądź bliscy ofiar komunistycznych zbrodni stale boją się zemsty „nieznanych sprawców”.

Równolegle, ale nie jednocześnie, nielegał o wielu tożsamościach, najchętniej posługujący się imieniem Wadim, próbuje zwerbować obiecującego na salonach socjologa Tomasza Spychowskiego. Wadim realizuje długofalowe operacje wywiadowcze i dywersyjne – jego specjalizacją jest werbunek, zadaniowanie i orkiestrowanie agentów wpływu. Działa od lat, najpierw w służbie ZSRS, a obecnie – Federacji Rosyjskiej. W sytuacji, gdy nie udaje mu się pozyskać figuranta za pomocą tradycyjnych dla bezpieki kompromatów, Wadim inicjuje grę w otwarte karty. Opowiada Spychowskiemu o wieloletniej operacji dywersyjnej, które polegały na podkopaniu i naruszeniu kulturowo-cywilizacyjnych fundamentów Zachodu.

Tyle odkrywania akcji i fabuły powieści, której być może i tak za dużo przed Czytelnikiem ujawniłem. Postaci i wydarzenia opisane w powieści, choć w dużej części fikcyjne, to stanowią nawiązanie do wydarzeń, które miały miejsce faktycznie. Czy bowiem nie jest tak, że komunistyczni zbrodniarze i zdrajcy pozostają zupełnie bezkarni, a odchodzą na łono Baphometa w wojskowej i kościelnej asyście? Czy nie jest faktem to, że komunistyczna nomenklatura i bezpieka przeniknęły do oficjalnych struktur i instytucji rzekomo „niepodległego” państwa – służb specjalnych, wojska, policji, urzędów różnego szczebla, łącznie z najwyższymi? Czy nie jest tak, że głębokie centrum tyleż legendarnego, co faktycznie istniejącego „układu” zza kulis kształtującego przestrzeń publiczną w Polsce, stanowią właśnie przetransformowane środowiska komunistyczne? Jak skończyły się wszystkie próby dekomunizacji i rozliczenia komunistycznych zbrodni?

Czy Polska faktycznie jest niepodległym, przynależącym do Europy i świata Zachodu krajem? Czy faktycznie zerwano nici łączące nas z Rosją, rządzoną przez kagiebowską juntę, a może jest tak, że „jedynym i wyłącznym dysponentem tej krainy” nadal jest Moskwa, tylko instrumenty kontroli są o wiele subtelniejsze (i skuteczniejsze) niż „paru generałów o swojsko brzmiących nazwiskach”? I wreszcie, czy państwo, którego oficjalna nazwa brzmi Federacja Rosyjska, nie jest po prostu kontynuacją Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich?

Jaki był i jest społeczny oraz medialny odbiór ludzi i środowisk wzywających do osądzenia komunistycznych przestępców czy też twierdzących, że transformacja ustrojowa nie była taka, jaką się ją przedstawia w tzw. mediach głównego nurtu? Czy dezerterów z sowdepii próbujących ostrzec Zachód przed długofalową kremlowską strategią dezinformacji, wielkiej politycznej mistyfikacji, ekspansji geostrategicznej i wojny informacyjej traktowano z powagą, czy raczej uznano za „typowych ruskich paranoików”?

Omówienie tej powieści najlepiej niech podsumuje luźna parafraza samego jej Autora: to, co do tej pory było analizowane przez wąskie kręgi niezależnych historyków, socjologów i politologów zyskało u Jacka Szczyrby formę dostępną nie tylko dla przeciętnego odbiorcy, ale dla każdego, niezależnie od jego zdolności abstrakcyjnego myślenia. Niezwykle wciągająca akcja i fabuła oparta jest na faktach. Ba, na kanwie tej książki można byłoby nakręcić film, a najlepiej serial taki, jak „Służby specjalne” Vegi albo „Oficer” Dejczera, który przebiłby te produkcje zarówno pod względem akcji, jak i przekazu. Albo narysować komiks, taki, jak – nie przymierzając – „Thorgal” czy „Funky Koval”.

A do „Punktu Lagrange’a”, ze względu na jego wielowątkowość i wielowymiarowość będę jeszcze na tych łamach wracał…

Jacek Szczyrba, „Punkt Lagrange’a”, Wydawnictwo Podziemne, Poznań 2016

Książkę można nabyć m.in. w Księgarni Minerwa: http://minerwa.net/ksiegarnia/index.php?id_product=14&controller=product

18 komentarzy:

  1. Nabyłem, przeczytałem i też polecam do sfilmowania. Także: dobre (i szybkie) samochody, swojska mafia, nocne eskapady, filmowe fascynacje, piękne dziewczyny, Golicyn a w tle dobra muzyka (może dałoby się wstawić ją w następnym odcinku Jaszczurze?). Lektura do dobrego piwa lub wina i do przemyślenia. Bez dwóch zdań: sensacja!

    OdpowiedzUsuń
  2. DOBREJ LITERATURY NIGDY ZA MAŁO, DZIĘKUJE :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytał Pan? Jak nie, to zachęcam gorąco!

      Usuń
  3. Nawet nie wiedziałem, że takie książki w Polsce powstają.

    OdpowiedzUsuń
  4. Czołem Jaszczurze,

    Cieszę się, że lektura Cię wciągnęła, nie chciałbym, żeby moja powieść okazała się nudna.

    Roztaczając wizję ekranizacji tego materiału literackiego, wywołujesz u mnie duże emocje, bo ja, co tu dużo gadać, kocham kino. Emocji tych nie umniejsza w żaden sposób świadomość nierealności Twojej sugestii, od czego w końcu wyobraźnia. Oczywiście, obaj zdajemy sobie sprawę z faktu, że nie znajdzie się ani reżyser, ani producent, który odważyłby się kwestionować oficjalną narrację dotyczącą "obalenia" komunizmu, ale to przecież nie jest żadna przeszkoda w snuciu filmowych fantazji... Ech, gdyby tak sięgnąć do historii kina i zmontować obsadę marzeń, taki dream cast... I tu się nie ma co ograniczać, w wyobraźni można wszystko, choćby wskrzeszać zmarłych i podróżować w czasie...

    Texas - Steve McQueen z czasu Siedmiu Wspaniałych
    Vadim - Richard Burton przed terapią odwykową
    Bergman - Zbyszek Cybulski w okularach przeciwsłonecznych
    Jola Kompressor - Claudia Cardinale ze spojrzeniem z Once Upon a Time in the West

    Się rozmarzyłem...

    pozdrawiam

    Jacek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czołem Jacku!

      Naprawdę rewelacyjny dream cast, wszyscy pasują! Do tego Charles Bronson (polski/litewski Tatar!) jako rotmistrz.

      A kim obsadziłbyś rolę Cholewy Ryśka i jego resortowych kumpli? ;)

      Pozdrawiam również i dzięki za "odwiedziny"!

      Usuń
  5. Jaszczurze,

    Bronson jak najbardziej by się nadał!

    Jeśli chodzi o Cholewę, to nie wiem, czy pamiętasz takiego aktora charakterystycznego (np Solozzo z Ojca Chrzestnego)- Al Lettieri? Jak dla mnie pasowałby do dej roli jak ulał...

    Czołem!

    OdpowiedzUsuń
  6. A co byście Szanowni Autorzy (książki i bloga) powiedzieli na taki, współczesny, wybór:

    Rotmistrz - Clint Eastwood
    Texas - Colin Farell
    Vadim - Andy Garcia
    Cholewa - Brendan Gleeson (odpowiednią "aparycję" ma Olbrychski ale nie dałbym zarobić temu prowincjonalnemu beztalenciu)
    Jola Kompressor - Cameron Diaz

    Książka jest tak dobra, że musi być obsada "z górnej półki".
    Z tym, że ja tu tylko sprzątam...
    Pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
  7. Witaj, Andrzeju!

    No, stary Eastwood jako rotmistrz by się na pewno sprawdził. Farell... Czemu nie? Może tylko charakteryzatorzy musieliby trochę popracować, żeby wyszedł taki więcej mroczny. Garcia zdecydowanie tak! Było tyle możliwości, a o nim nie pomyślałem...

    Gleesona muszę sobie przypomnieć...

    Tylko nie wiem, czy Cameron Diaz nie miałaby zbyt egzotycznej urody jak na naszą słowiańską Jolę... Ale gdyby tak na ten przykład Monica Bellucci zrobiła się na blond...

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  8. Olbrychski? A ja właśnie chciałem dać go do roli... Wadima! Bo moim zdaniem, świetnie zagrał czekistę w "Salt". Chyba także ze wględu na przeszłość. Naturszczik.

    OdpowiedzUsuń
  9. Cześć!

    A ja myślałem, że to niebieskooka blondynka (Cameron Diaz)

    Każdy zasłużył:
    Eastwood - Gran Torino
    Farell - The Way Back
    Gleeson - In Bruges
    Garcia - For Greater Glory
    Cameron Diaz - Gangs of New York

    Tymczasem polecam wszystkim relację z wizyty Texasa na Pomorzu: http://wydawnictwopodziemne.com/2016/10/10/texas-w-gdyni/

    OdpowiedzUsuń
  10. Czy Jolą nie powinna być Anita Ekberg z czasów La Dolce Vita, a Texasem Ryan Gosling, powiedzmy z Drive?

    OdpowiedzUsuń
  11. No tak, Diaz blondynka, i owszem, ale jakoś tak mi się rysy twarzy kojarzą raczej egzotycznie, nie wiem dlaczego...

    Panie Michale, Anita Ekberg bardzo pasuje, ale co by Pan powiedział na Ursulę Andress? Gosling też obiecujący, w Drive pokazał pazur. Chociaż jeśli chodzi o sam film, wolę oryginał, czyli Driver z Ryanem O'Neal.

    Jaszczurze, Olbrychski do roli Vadima według mnie trochę zbyt ekspresyjny chyba. To powinien być ktoś chłodniejszy i trzymający dystans. Może Adam Ferency? Trochę taki demoniczny, nie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Panie Jacku, nie wiem, na ile można wierzyć imdb, ale wg nich Drive ma tylko podobną fabułę do The Driver, to nie jest "remake". Muszę obejrzeć O'Neala, bo nigdy tego nie widziałem.

      Natomiast co do Joli, to wyobrażałem ją sobie bardziej w stylu Ekberg czy Claudii Cardinale, ale jeżeli Pan mówi Ursula Andress, to dlaczego nie najpiękniejsza kobieta, jaką ziemia nosiła: młoda Brigitte Bardot?

      Usuń
  12. Ferency nadawałby się bardziej do roli Cholewy, albo, równie dobrze, Andrzeja albo Mariana. Właśnie dlatego, że wydaje się za bardzo "trochę taki demoniczny".

    A jeśli Olbrychski jest za bardzo ekpresyjny, to może... Cieślak, ze swoim resortowym spokojem i wyniosłością? :D

    OdpowiedzUsuń
  13. Ferency jako Marian Romanowski..? Muszę to przemyśleć...

    Ale Cieślak jako Vadim? To mógłby być strzał w dziesiątkę... Że intelektualista to raz, zawsze potrafiłby jakimś cytatem spuentować niekorzystny przebieg werbunku, prezencję posiada, to dwa... Tylko scenę z weselem trzeba by jakoś pod niego zmodyfikować, bo z nim musiałoby się to skończyć jeszcze większym skandalem towarzyskim... Co sobie przypomnę, jak porucznik Borewicz zatrzymał tego Mirafiori z panią historyk sztuki za kierownicą...

    OdpowiedzUsuń
  14. Już sobie wyobrażam zagadnięcie Marty przez Vadima, granego przez Cieślaka...

    OdpowiedzUsuń