2016-02-07

Trzeci poziom spisku

Nie ulega właściwie żadnej wątpliwości, że tzw. „kryzys migracyjny” nie jest w istocie kryzysem, a konsekwencją kryzysu – trwającego od ponad czterech dekad procesu islamizacji Europy.

Nie jest jednak moim zamiarem wykazywanie po raz kolejny, jak wielkim zagrożeniem dla cywilizacji europejskim (a właściwie dla żywego trupa tejże) jest islam i islamizm, a zastanowienie się, kto odniesie z tego procesu największe korzyści.

Profesor Olavo de Carvalho, przywoływany wielokrotnie na łamach tego bloga, w komentarzu pod tytułem „The owners of the World”[1] charakteryzuje trzy główne projekty globalistyczne oraz grupy interesu, które za nimi stoją. Pierwszy z nich to projekt „rosyjsko-chiński” (lub „eurazjatycki”), który realizowany jest przez elity polityczne Rosji Sowieckiej i ChRL – kremlowskich czekistów i chińską kompartię. Drugim jest projekt globalistów zachodnich (przy czym de Carvalho wyraźnie zaznacza, że projektu tego nie powinno się określać mianem „anglo-amerykańskiego”), którzy rekrutują się między innymi ze środowisk finansjery, demoliberalnych polityków i „intelektualistów”, w ramach struktur takich, jak Rada ds. Stosunków Międzynarodowych, Klub Bilderberg, Komisja Trójstronna, ale również elity rządzące strukturami Unii Europejskiej. Wreszcie, ostatnim projektem globalistycznym jest globalizm muzułmański, realizowany przez Bractwo Muzułmańskie (wg prezydenta Czech, głównego organizatora najazdu „uchodźców” na Europę), rządy niektórych państw muzułmańskich i cześć przywódców religijnych islamu.





Proces islamizacji Europy, ze szczególnym wskazaniem na tzw. „kryzys migracyjny” to splot interesów wszystkich wyżej wymienionych grup realizujących swoje globalistyczne projekty. Grupy te w aktywny sposób sterują tym procesem.

Interesy globalistów islamskich

Dla globalistów islamskich sprawa jest oczywista. Celem ich jest stworzenie „Światowej Ummy” muzułmańskiej i „Światowego Kalifatu Islamskiego”. Europa to w optyce wielu liderów islamskich „Dar Al Harb”, w dosłownym tłumaczeniu – „dom wojny”, „dom niewiernych”, który musi zostać wszelkimi dostępnymi metodami zislamizowany i dołączony do „Dar al Islam”/”Dar as Salaam”. W pierwszej kolejności czekają tereny, które w średniowieczu i późniejszych wiekach znajdowały się pod panowaniem czy to wczesnych kalifatów arabskich, czy to Imperium Ottomańskiego. Zarówno napływ ludności islamskiej (najpierw gastarbeiterów, a obecnie imigrantów z krajów islamskich), pokojowa działalność misyjna finansowana w pierwszej kolejności przez Królestwo Arabii Saudyjskiej, ale także przez szyicki Iran, a nawet bardziej świeckie reżymy islamskie, a także terroryzm to elementy tej długofalowej strategii. Świat islamu, w tym muzułmańskie struktury polityczne o globalistycznych aspiracjach nie są jednak skonsolidowane, brakuje im koordynacji polityki, nie mówiąc już o krwawych konfliktach na różnym tle.

Sytuację zmienić może pojawienie się Państwa Islamskiego. Daesh jest de facto organizacją bandycką, organizacją terrorystyczną, która posiada państwo w klasycznym rozumieniu tego słowa: terytorium i ludność, nad którymi sprawuje suwerenną kontrolę.  Poza tym – co jest bardzo ważne, jeśli chodzi o wewnętrzne oddziaływanie IS na świat islamu – Kalif Państwa Islamskiego, Abu Bakr Al Baghdadi wywodzi się z tego samego rodu, z którego pochodził prorok Muhammad i pierwsi kalifowie.


Ale mimo to, globaliści islamscy wciąż nie mają i nie będą mieli możliwości organizacyjnych i logistycznych, by sfinalizować swoją strategię wobec Europy i świata. Stąd też globalizm islamski pełni i będzie pełnił rolę instrumentu w rękach globalistów zachodnich i globalistów sino-sowieckich. Nawet pomimo tego, że Bractwo Muzułmańskie, Al Kaida, irańska bezpieka, a całkiem możliwe, że i Państwo Islamskie posiadają rozbudowaną agenturę wpływu i komórki terrorystyczne w USA.

Interesy globalistów zachodnich

Dlaczego większość demoliberalnych elit Europy nie widzi zagrożenia w napływie islamu? Dlaczego ludzie tacy, jak George Soros pomagają ulokowanym na greckich wyspach imigrantom poprzez rozdawanie ulotek, których treść ma pomóc „uchodźcom” (w „poborowym” wieku i takowej kondycji fizycznej) w osiedleniu się w krajach europejskich? Dlaczego europejskie lewactwo z entuzjazmem patrzy na „wielokulturowość”, w tym na islamizację? Dlaczego szwedzka lewica zakazuje sodomitom demonstrować na ulicach (a z pomocą gejom przychodzą… nacjonaliści z Nordisk Ungdom)? Dlaczego peerelowskie feministki, takie jak Kazimiera Szczuka, widzą w muzułmańskich mężczyznach alternatywę dla „wąsatych i spasionych Januszy”? Dlaczego lewicowe władze Kolonii ukrywały pochodzenie sylwestrowych gwałcicieli, a Bundespolizei tłumiła pokojowe demonstracje PEGIDY, a nie wybryki kolorowego lumpenproletariatu?



Na pierwszy rzut oka zachowanie globalistów, demoliberałów i marksistów kulturowych wydaje się bezdenną, prowadzącą do samobójstwa głupotą: przecież islam ma się do zachodniego oświecenia jak przysłowiowa pięść do nosa. O ile chrześcijanie czy żydzi mogą – w optyce doktryny islamu – liczyć na status dhimmi,  o tyle demoliberalizm zasługuje na całkowite zgładzenie ze strony wierzących, gdyż w islamie (tak samo, jak w przedpoborowym rzymskim katolicyzmie) władza pochodzić może tylko od Boga, a nie od „ludu”. Pozwolenie na zabijanie nienarodzonych dzieci, uśmiercanie kalek i starców, przywileje dla „mniejszości seksualnych” itp. (urastające do rangi „praw człowieka”) – karane są w islamie bardzo surowymi i okrutnymi karami. Indyferentyzm religijny to shirk – pogaństwo i bluźnierstwo wobec Boga, a tolerancja religijna obowiązuje teoretycznie tylko wobec chrześcijan i żydów – pod warunkiem, że mają oni status obywateli drugiej kategorii; wyznawcy innych religii to „politeiści” i niewierni, mający dwie alternatywy – konwersję na islam albo śmierć.

Jednakże jeśli przyjrzymy się bliżej prawdziwym, a ukrytym pod ideologicznym bełkotem celom politycznym demoliberalnych i neomarksistowskich elit, sprawa staje się jasna. Celem marksizmu, komunizmu – ze wszystkimi swoimi mutacjami – nie jest wcale żadna „wolność, równość, braterstwo”, żadne „równouprawnienie kobiet”, „mniejszości” czy gejów. Szeroko pojęta „polityczna poprawność”, „multikulturalizm”, „tolerancja”, ideologie LGBT, „gender”, feminizm, aborcjonizm i eutanazizm, ekologizm itd. – wszystko to jedynie środki wiodące do prawdziwego celu: inżynierii społecznej – stworzenia nowego, zdomestykowanego człowieka i wreszcie – władzy. Owszem, niemało jest idiotów spaczonych laicką wspakulturą i wierzących w te brednie, ale faktyczne znaczenie mają tu zawodowi rewolucjoniści kulturalni, zawodowi „dziennikarze”, zawodowi działacze różnego typu, zawodowe feministki, urzędnicy oraz plutokratyczne klany.

Napływ ludności zupełnie obcej kulturowo Europie, islamizacja Europy doskonale wpisuje się w plany i strategię współczesnych zachodnich elit. Marzeniem demoliberałów i neomarksistów jest  sytuacja, kiedy w obronie przed islamskimi terrorystami i gwałcicielami z jednej strony, a nacjonalistami, „neonazistami” i „skrajną prawicą” z drugiej, trzeba będzie wziąć społeczeństwa krajów europejskich krótko za mordę – przykładem jest chociażby próba uchwalenia tzw. „dyrektywy Bieńkowskiej”, de facto zabraniającej obywatelom dostępu do broni palnej. Niewykluczone, że przy pomocy z zewnątrz. Dla oligarchii finansowej masowa imigracja to okazja, by jeszcze bardziej dokręcić śrubę pracownikom – napływ imigrantów do okazja, by zmniejszać płace swoim pracownikom.    
Ta sytuacja jest też korzystna dla gracza lokalnego, jakim są Niemcy.[2] Elity niemieckie (z których cześć ma korzenie post-nazistowskie, enerdowskie albo RAF-owskie) – odpowiednio sterując napływem imigrantów i systemem kwotowym – będą dążyły w ten sposób do ograniczenia suwerenności pozostałych krajów Unii Europejskiej, docelowo przekształcając UE w twór realizujący niemieckie interesy neoimperialne. Balony próbne zostały już puszczone – po zamachach w Paryżu zaczęto mówić o częściowym demontażu Unii Europejskiej, który zakłada nie tylko przywrócenie kontroli na wewnętrznych granicach, czy też ograniczenie stosowania traktatu z Schengen w dwóch wariantach: w jednym do krajów germanosfery, w drugim wariancie do krajów germanosfery oraz „Mitteleuropy”. Posunięcie to byłoby de facto rozmontowaniem UE, niejako na wzór kontrolowanego rozpadu ZSRS czy komunistycznej Jugosławii na „centrum” i „peryferie” UE. „Brexit” i „Grexit” jedynie przyspieszyłyby ten proces. Kto stałby się najbliższym sojusznikiem „nowej, wspaniałej Europy”? Odpowiedź jest prosta – Rosja Sowiecka.

Ponadto, Niemcy mają długie tradycje wspierania muzułmanów, w tym rzezi prowadzonych przez wyznawców tej religii, począwszy od ludobójstwa na Ormianach i Asyryjczykach; Hitler i cześć kierownictwa Trzeciej Rzeszy posunęła się nawet do zamiaru… islamizacji Niemiec. W tym szaleństwie jest metoda.



Interesy globalistów eurazjatyckich

Największym beneficjentem kryzysu imigracyjnego i islamizacji Europy jest jednak „Blok Eurazjatycki”, oparty na sojuszu Rosja Sowiecka-ChRL, przy bardziej aktywną rolę grają kremlowscy czekiści, natomiast ChRL stoi na uboczu, jedynie kibicując sowieckiemu sojusznikowi niejako z tylniego siedzenia.

Rosja Sowiecka już od dawna rozgrywa Europę i Zachód kartą ekstremizmu muzułmańskiego. W kontekście bieżącym (a także w krótko- i w długoterminowej perspektywie czasowej) rozgrywa ona konflikt pomiędzy: aktualnie rządzącymi elitami zachodnimi (zwłaszcza w Europie Zachodniej), globalistami, lewicą; tzw. „skrajną prawicą”, nacjonalistami i tradycjonalistami oraz muzułmanami.

Dla politycznego mainstreamu Zachodu oraz globalistów, wśród których od zawsze predominował zamiar ułożenia sobie dobrych stosunków z sowietami oraz „robienia z nimi interesów”, Moskwa jawi się jako gwarant utrzymania status quo oraz ważny sojusznik w walce z terroryzmem, fanatyzmem religijnym i ekstremizmem.

Wobec prawicy i nacjonalistów, biełyj Car’ Putin, pułkownik I Zarządu Głównego KGB i były d-ca FSB, pozycjonuje się jako katechon – obrońca chrześcijan bliskowschodnich oraz obrońca resztek cywilizacji Zachodu zarówno przed muzułmańską nawałą, jak i przed lewactwem i „marksistami kulturowymi” rządzącymi tymże Zachodem i prowadzącymi do jego zguby. Reżym czekistów już zbiera obfite żniwo tej „operacji aktywnej” – coraz więcej zachodnich (europejskich, ale i amerykańskich) konserwatystów, nacjonalistów i tradycjonalistów jest skłonna widzieć nie tylko sojusznika, ale i obrońcę wartości tradycyjnych w pułkowniku KGB i FSB, który przewodzi reżimowi o jawnie bolszewickiej, sowieckiej istocie. Na uwagę zasługują tutaj szczególnie ostatnie akcje dezinformacyjne: pierwsza, polegająca na puszczeniu w obieg sfabrykowanej informacji o nastoletniej Rosjance zgwałconej przez muzułmańskich „uchodźców”, którą rzekomo pomściło czterystu Rosjan. Druga – to „informacja” o Rosjanach przeciwstawiających się powtórce z rozrywki w Kolonii na terenie Rosji Sowieckiej, przez którą „uchodźcy” przedostają się do Finlandii i Norwegii (zapewne bez niczyjej pomocy płyną rozpadającymi się krypami w górę Wołgi…). Tego rodzaju publikacje mają za cel przedstawienie Rosjan/Sowietów jako bohaterów broniących siebie i Europy, w kontrze do spedalonych i ciotowatych Niemców, Francuzów czy pozostałych „zapadników”.

 Wobec islamu czekiści grają nie tylko obrońców „normalnego” islamu przed Al Kaidą czy IS, ale także przed zgniłym Zachodem, i tą rolę co rusz odgrywa ważny człowiek Putina – Ramzan Kadyrow.

Sowiecka interwencja w Syrii to operacja tyleż militarna, mająca cele strategiczne i operacyjne w klasycznym tych słów znaczeniu, co operacja dezinformacyjna, mająca za cel zbudowanie pozytywnego obrazu Rosji Sowieckiej, właśnie jako sojusznika w wojnie z apokaliptycznym Państwem Islamskim, zarówno aktualne elity Zachodu, jak i prawicowych czy lewicowych dysydentów. Narracja towarzysząca brzmi: zgniły zachód nie potrafi poradzić sobie z ISIS, USA wywołały na Bliskim Wschodzie chaos i również nie mają rozwiązań w walce z islamskim terroryzmem. Rosja ma zaś proste, radykalne, ale i skuteczne rozwiązanie problemu ISIS.

Drugim celem interwencji jest polaryzacja sceny strategicznej w Syrii tak, by pozostali na niej tylko rzeźnik Assad, walczący o niepodległość Kurdowie, niejako zmuszeni do kooperacji z Assadem i sowietami i rzeźnicy z Państwa Islamskiego. Trzecim zaś jest ponowne opanowanie Bliskiego Wschodu i położenie łapy na tamtejszych zasobach ropy naftowej.





Bardzo ważne są tutaj enuncjacje medialne o tym, że do sowieckiej interwencji w Syrii włączyła się Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza. Informacje te okazały się fałszywe (chociaż prawdopodobne jest, że ramię w ramię z funkcjonariuszami FSB są w Syrii również chrlowscy „doradcy”), ale być może były one propagandą szeptaną, mającą wykazać, że Pekin w pełni popiera działania Moskwy, pomimo nieudzielania wsparcia militarnego. ChRL nadal oficjalnie popiera działania wojenne Rosji Sowieckiej, gdyż interwencja jest we wspólnym, globalnym interesie zarówno Moskwy, jak i Pekinu.

Poza tym, należy pamiętać – w kontekście omawianej tutaj kwestii – o tym, że zarówno globaliści zachodni, zachodnia lewica i neomarksiści, a także elity niemieckie od wielu lat zinfiltrowani są przez komunistów i sowiecką agenturę wpływu. Tak samo, jak islamiści. ZSRS wspierał świeckich terrorystów arabskich, natomiast Federacja Rosyjska, kontynuacja sowietów – wspierała i nadal wspiera nie tylko Assada, ale i islamskich ekstremistów religijnych, na czele z Al Kaidą i afgańskimi Talibami. Państwo Islamskie wprost nasycone jest funkcjonariuszami irackiej, saddamowskiej bezpieki, szkolonymi w ZSRS i NRD oraz agentami FSB i GRU infiltrującymi kaukaski ruch oporu. Ideologia samozwańczego Kalifatu jest zaś w równym stopniu muzułmańska, co bolszewicka.[3]



Sterowany przez muzułmańskich przywódców i wspierany przez cześć elit zachodnich proces napływu muzułmanów prędzej czy później przekształci się w powstanie muzułmańskie i wojnę domową w krajach Europy Zachodniej. Elity europejskie, zwłaszcza niemieckie, niezależnie od barw politycznych, zwrócą się o pomoc na Kreml i Łubiankę. Rosja Sowiecka przyjmie rolę wyzwoliciela Europy i Zachodu przed islamskim zagrożeniem, tak samo, jak ZSRS podczas drugiej wojny światowej. Elity europejskie przyjmą – ochoczo bądź z przymusu – dyktat czekistów. Komunistyczne Chiny będą zapewne grały drugoplanową rolę rozjemcy, obrońcy pokoju i wesprą Rosję Sowiecką. Będzie to kolejny, być może ostateczny krok w budowie eurazjatyckiej osi Europa-Rosja Sowiecka-ChRL. Jak w zmienionej sytuacji geostrategicznej zachowa się USA? Ostateczne utworzenie „Bloku Kontynentu” oznaczałaby – jak stwierdził jakiś czas temu Józef Darski – „koniec USA”.[4]

2015-06-19

Scenariusze wojenne (2)




Scenariusze Weinbergera i Schweitzera

W roku 1999 zostaje wydana książka pod tytułem „Następna wojna światowa”, której autorami są Caspar Weinberger i Peter Schweitzer. Caspar Weinberger w latach 1981 - 87 pełnił funkcję sekretarza obrony w administracji prezydenta USA Ronalda Reagana, odpowiadając m.in. za program tzw. „Gwiezdnych Wojen”. Peter Schweitzer to politolog, pracujący m.in. dla Instytutu Hoovera oraz Breitbart News.

W książce czytamy między innymi o możliwych wojnach wywołanych przez komunistyczne Chiny i Koreę Północną, neosowiecką i neoimperialną Rosję, neoimperialną, nacjonalistyczną i zremilitaryzowaną Japonię, chcącą odzyskać przedwojenną potęgę. Jest tam mowa również o konfliktach lokalnych, które przekształciły się w wojnę światową lub w inny sposób zaważyły na światowym układzie geopolitycznym: rebelii w Meksyku wywołanej przez narko-komunistycznych rewolucjonistów i wojnie w Zatoce Perskiej, rozpoczętej atakiem Iranu ajatollahów na Arabię Saudyjską.

Nas najbardziej interesować będą scenariusze z udziałem Rosji, Chin i Korei Północnej.

Scenariusz wojny wywołanej przez ChRL i KRLD rozgrywa się w roku 1998. Pekin i Phenian postanawiają wspólnie przeprowadzić skoordynowaną ofensywę, w której celem neostalinowskiej Korei Północnej jest „wyzwolenie” Korei Południowej, natomiast celem ChRL - przyłączenie „zbuntowanej” Republiki Chińskiej oraz wysp na Pacyfiku Zachodnim, stanowiących obszar roszczeń terytorialnych komunistycznych decydentów w Pekinie.

Wojna rozpoczyna się od sprowokowania zamieszek w Korei Południowej przez dywersantów z północnokoreańskich specwojsk. Następnie ma miejsce użycie wąglika przeciwko stacjonującym na Południu żołnierzom amerykańskim oraz potężna ofensywa pancerna Koreańskiej Armii Ludowej, wsparta atakiem nuklearnym na wojska południowokoreańskie i przybyłe im na pomoc wojska amerykańskie. Wojna jest bardzo nierówna, pomimo rażącej przewagi technologicznej USA i Korei Południowej, państwa te wykrwawiają się w wojnie z obłąkanym i zdeterminowanym komunistycznym dyktatorem. Stany Zjednoczone decydują się jednak na zadanie odwetowego uderzenia termonuklearnego na wojska północnokoreańskie.

Równolegle z lądową ofensywą KRLD na Półwyspie Koreańskim, ChRL przeprowadza powietrzno-morską inwazję na Tajwan, która - choć komunistyczne Chiny używają broni konwencjonalnej - niszczy ten kraj, dotychczas stanowiący dosłownie wyspę dobrobytu i wolności w totalitarnym, czerwonym morzu.

W międzyczasie czerwoni generałowie obalają Kim Dzong Ila, który opętany żądzą władzy, zamierza po raz wtóry użyć broni nuklearnej sądząc, że przechyli to ostatecznie szalę zwycięstwa na stronę komunistycznych dalekowschodnich dyktatur. Obalenie Kima spotyka się również z przychylnością chińskich sojuszników.

Komunistyczne Chiny, po zdruzgotaniu Tajwanu konwencjonalnymi atakami lotniczymi i rakietowymi włączają się do ofensywy koreańskiej, prowadzonej już przez nowego dyktatora z Phenianu, generała O Kuk Yula i to one decydują się na kolejne użycie broni nuklearnej przeciwko siłom USA i Korei Południowej.

Druga wojna koreańska kończy się swego rodzaju remisem, destrukcyjnym i upokarzającym dla USA, Korei Południowej i Tajwanu. Warto dodać, że pokój pomiędzy USA i Południową Koreą a Chinami i KRLD zostaje podpisany w Rosji, we Władywostoku. Siły Zbrojne Stanów Zjednoczonych zostały zdziesiątkowane atakami nuklearnymi i biologicznymi, ale również użyciem broni konwencjonalnej. Agresja komunistyczna praktycznie zniszczyła Koreę Południową i Tajwan. Pod względem geopolitycznym i terytorialnym utrzymano status quo, ale obecność USA w Azji Wschodniej i Zachodnim Pacyfiku została poważnie nadwyrężona. Choć teoretycznie, biorąc pod uwagę jedynie przewagę technologiczną USA i ich aliantów, nie mogli oni zadać ostatecznego ciosu czerwonym dyktaturom w Phenianie i Pekinie, gdyż byłoby to zbyt kosztowne z punktu widzenia demokratycznego państwa, które w czasach „postzimnowojennych”, w ciągu dekady poprzedzającej wybuch wojny drastycznie ograniczyło zbrojenia i wydawanie zasobów na utrzymanie militarnej hegemonii.

Scenariusz wojny wywołanej przez Rosję ma miejsce w roku 2006. Po „postsowieckiej smucie” lat 90. XX wieku, pełnię władzy w Rosji przejmuje GRU z generałem Aleksandrem Karaszczukiem (oficerem piechoty i Specnazu) na czele. Nowy przywódca kremlowski jednoczy siły nacjonalistyczne i komunistyczne, tworząc narodowo-bolszewicką, czerwono-brunatną koalicję. Priorytetem nowej, carsko-nacjonalistyczno-sowieckiej Rosji staje się restytucja dawnej, imperialnej świetności, zemsta na Zachodzie, a w dalszej perspektywie, opanowanie Europy, wypchnięcie z niej Stanów Zjednoczonych i pozbawienie USA statusu światowego mocarstwa. W chwili rozpętania przez generałów z „wojennoj razwiedki” piekła w Europie, Rosja wchłonęła już Białoruś i Ukrainę. Uzyskała też przewagę wojskowo-technologiczną nad państwami zachodnimi. Posiadając pokaźne ilości strategicznej broni nuklearnej, rozwinęła własny, bardzo skuteczny system obrony przeciwrakietowej, co czyniło odwetowe uderzenia nuklearne nieskutecznymi. Naukowcy z ośrodków naukowo-technicznych GRU rozwinęli także broń laserową oraz rażącą siłę żywą przeciwnika falami radiowymi.

Agresja rosyjska zaczyna się od ataku na Polskę, 6 lutego 2006 roku. Specnaz zabija wszystkich członków polskiego rządu, który obradował na specjalnym posiedzeniu w tajnym ośrodku pod Białymstokiem. Tego samego dnia w głąb terytorium Polski prą rosyjskie wojska pancerne. W odpowiedzi, wywiązując się z zobowiązań wynikających z członkostwa w NATO, Francja wysyła pod Łódź spadochroniarzy z Legii Cudzoziemskiej, na co Moskwa wystosowuje nuklearne ultimatum i je spełnia. Rakietowo-jądrowe kontruderzenie Francji zostaje powstrzymane przez rosyjski system obrony przeciwrakietowej. Polska pada pod rosyjską nawałą bardzo szybko - Szczecin, do którego ewakuował się polski rząd i Sztab Generalny WP, zostaje zdobyty 11 kwietnia. Ofensywa idzie dalej, na Czechy. Na miasto Hradec Kralove zostaje zrzucona bomba atomowa, Czechy poddają się i zostają zajęte, a przy okazji okrutnie upokorzone przez Rosję.

Siły NATO - armia amerykańska, brytyjska i Bundeswehra - umacniają się na terytorium wschodnich Niemiec. Lotnictwo niemieckie atakuje rosyjskie centrum dowodzenia operacją w Legnicy, natomiast Bundeswehra przystępuje do tworzenia antyrosyjskiej partyzantki w Czechach i w Polsce.
Moskwa żąda od USA i pozostałych państw NATO całkowitego zaprzestania oporu i grozi atakiem nuklearnym na stacjonujące w Niemczech wojska NATO w przypadku niespełnienia żądań. Groźby zostają spełnione - na Niemcy uderzają cztery ładunki nuklearne o sile 20 kt. Niemcy zmuszone zostają przez Rosję do upokarzającej kapitulacji, natomiast prezydent Francji poddaje się Moskwie z własnej inicjatywy, łamiąc zobowiązania wobec USA i sojuszników z NATO.

Nowe imperium rosyjskie sięga aż do Pirenejów. Wielka Brytania zachowuje niepodległość i nie zostaje zaatakowana, Stany Zjednoczone zostają całkowicie wypchnięte z kontynentu europejskiego i de facto oblężone przez Rosję. Moskwa każe płacić USA rujnujące gospodarkę reparacje wojenne i obserwuje praktycznie każde posunięcie Ameryki, mając wpływ również na sprawy wewnętrzne tego kraju. Szczególnie gniew wojskowych czekistów wzbudzają prace nad systemem obrony przeciwrakietowej, ochrzczonym kryptonimem „Jedi”…

Największym atutem streszczanej tutaj książki jest to, iż pisana była przez fachowych analityków znających się na wojskowości, mających nie tylko doświadczenie w kształtowaniu polityki obronnej Stanów Zjednoczonych, ale i doświadczenie frontowe - Caspar Weinberger jest weteranem II wojny światowej. Scenariusze przedstawione w książce nie są też scenariuszami filmów w rodzaju „Suma wszystkich strachów” ani innych dzieł z gatunku science-fiction. Są to scenariusze - w oczach autorów, mających wpływ na kształtowanie polityki obronnej USA - realne, a przynajmniej oparte o trendy w polityce mocarstw, które zostały dosyć trafnie rozpoznane.

Jednym z tych trendów są uwarunkowania psychospołeczne i cywilizacyjne, a konkretnie - psychologiczny profil elit politycznych: zarówno Stanów Zjednoczonych i innych krajów zachodnich, jak i państw wrogich, ze wskazaniem na neosowiecką Rosję, czerwone Chiny i neostalinowską Koreę Północną. Establishment zachodni dąży do utrzymania szeroko pojętych wartości demoliberalnych: demokracji, praw człowieka, zdobyczy państwa dobrobytu i wolnego rynku itp., zatem jest niezbyt chętny do prowadzenia wojen. I o ile Stany Zjednoczone są w stanie bronić swoich interesów przy pomocy wojska, o tyle kraje Europy Zachodniej są niemal totalnie podminowane pacyfizmem i kapitulanctwem. Zaatakowane, dają sobie narzucić nawet najbardziej upokarzające warunki kapitulacji.

Władcy krajów totalitarnych, z reguły wywodzących się z innych niż zachodnia cywilizacji są bezwzględni i zdeterminowani w osiąganiu postawionych sobie celów strategicznych, nieraz przejawiając przy tym sadyzm, okrucieństwo i niebywałą wolę destrukcji. Chodzi zwłaszcza o elity krajów komunistycznych i neokomunistycznych: Rosji, Chin i Korei Północnej, których celem jest właściwie wyłącznie władza i jej rozszerzanie drogą kolejnych, krwawych podbojów nawet, jeśli miałyby doprowadzić do nowego konfliktu zbrojnego na skalę światową.

Skąd scenariusz upokarzającego remisu w wojnie z Chinami i Koreą Północną i ofensywy rosyjskiej kończącej się kapitulacją Europy oraz wypchnięciem z niej wojsk amerykańskich? Autorzy ekstrapolują w ten sposób właśnie słabości demoliberalnego Zachodu, która przejawia się w takiej, a nie innej polityce bezpieczeństwa i obrony na przełomie XX i XXI wieku. Elity zachodnie, zarówno amerykańskie, brytyjskie, jak i zachodnioeuropejskie, niejako uwierzyły, że z rzekomym końcem zimnej wojny i równie rzekomym końcem komunizmu mogą zająć się sprawami zupełnie innymi, aniżeli obrona przed niebezpieczeństwem ze strony Chin, Rosji, Korei Północnej czy innych państw.

Caspar Weinberger i Peter Schweitzer, choć nie roztrząsali kwestii fałszywości upadku komunizmu, dość trafnie ekstrapolowali rozwój wydarzeń w Rosji i komunistycznych Chinach, a także zagrożenie strategiczne, jakie nieść może polityka tych państw. Stworzyli oni futurologiczną symulację, w której po rozpadzie ZSRS i dekadzie „smuty” władzę na Kremlu przejmuje oficer sowieckich służb specjalnych, odwołujący się między innymi właśnie do sowieckiego dziedzictwa (rzekomo „postsowieckiej”) współczesnej Rosji. Ten akurat scenariusz spełnił się w dużym stopniu. Abstrahując od tego, na ile sterowany odgórnie i przewidziany był scenariusz „posowieckiej smuty”, na przełomie XX i XXI wieku pełnię władzy na Kremlu zyskała korporacja czekistów z pułkownikiem KGB/FSB Putinem na czele, przywracając totalitarne praktyki wewnątrz kraju i agresywną, ekspansjonistyczną politykę na zewnątrz. Komunistyczne Chiny, nie rezygnując z polityki przypominającej sowiecki NEP, również prowadzą coraz bardziej agresywną, póki co jedynie werbalnie, politykę zagraniczną, zwłaszcza w rejonie Pacyfiku Zachodniego.

Weinberger i Schweitzer nie przewidzieli kilku bardzo ważnych rzeczy. Po pierwsze, utworzenia strategicznego sojuszu Moskwa-Pekin, który mógłby zmienić układ sił na świecie w taki czy inny sposób. Po drugie, nie spełnił się scenariusz, w którym niejako katalizatorem wybuchu wojny na skalę światową jest uzyskanie przez mocarstwa wrogie Zachodowi (zwłaszcza komunistycznym Chinom i neosowieckiej Federacji Rosyjskiej - przewagi technologicznej nad USA. Po trzecie, autorzy nie przewidzieli możliwości tzw. „wojny hybrydowej”. Wszystkie kampanie z „Następnej wojny światowej” przypominają te z poprzedniej. Tymczasem kolejny konflikt światowy może okazać się konfliktem, w którym pierwszorzędne znaczenie będą miały nie ogromne zgrupowania, a służby i siły specjalne, dywersja ideologiczna czy też operacje typu „false flag”…

Caspar Weinberger, Peter Schweitzer, „1998, 1999, 2003, 2006. Następna wojna światowa”, Wydawnictwo Słówko, Warszawa 1999

Scenariusze wojenne (1): http://jaszczur09.blogspot.com/2014/10/scenariusze-wojenne-1.html 

2015-05-31

Niebezpieczne pytania - próba odpowiedzi



Pośród euforii i triumfalizmu po wygranych przez Andrzeja Dudę wyborach prezydenckich pojawia się wreszcie głos rozsądku, czyli niebezpieczne i odważne pytania Aleksandra Ściosa.

Aby próbować na nie odpowiedzieć, należy przypomnieć o pewnych, niestety oczywistych sprawach. Choć przeszło to do nadwiślańskiego folkloru politycznego i stało się obiektem kpin, ustępujący prezydent Komorowski postąpił… adekwatnie, tytułując „Szogunem” szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, generała Kozieja (adepta kursów GRU, w latach 80. współtworzącego plany nuklearnego ataku Sowietów na Zachód). Aż do epoki Meiji, Szogunowie pełnili faktyczną władzę w Japonii mimo, iż formalnie podlegali Boskiemu Cesarzowi, będąc „zaledwie” głównodowodzącymi armii. Podobnie jest w PRL-bis (choć ta jest zaledwie parodią Szogunatu): faktyczną władzę sprawuje przetransformowana komunistyczna oligarchia na czele z wojskową bezpieką, stanowiąca - tak samo, jak za starych, dobrych czasów - „długie ramię Moskwy”. Konstytucyjne organy władzy, w tym urząd prezydenta to zaledwie zewnętrzny krąg władzy coś w rodzaju „słupa”. W szczególności, prezydent Komorowski to reprezentant interesów komunistycznej wojskówki. Po likwidacji WSI (i „katastrofie” smoleńskiej) to właśnie pałac prezydencki stał się „kryszą”, z której struktury bezpieki wojskowej uczyniły legalny ośrodek dyspozycji politycznej. Podobnie było i jest z Platformą Obywatelską; jeśli komunistyczną oligarchię porównać do orwellowskiej Partii Wewnętrznej, to PO pełni rolę Partii Zewnętrznej. I tak, jak władzy nie ma ani prezydent Komorowski, ani premier Tusk, ani premier (premierzyca? Premiera?) Kopacz, tak tym bardziej nie sprawuje jej prezydent-elekt…

W ciągu mijającego ćwierćwiecza kilka razy dochodziło do zwycięstwa w wyborach sił  antysystemowych czy też raczej dążących do rewizji neokomunistycznego systemu. Za każdym razem zostały one obalane na drodze puczu: parlamentarno-gabinetowego w 1992, wyborczego w 2007 i „bratniej pomocy” udzielonej w Smoleńsku w 2010. Nigdy siły takie, jak Ruch Odbudowy Polski czy też Prawo i Sprawiedliwość nie były w stanie tego systemu obalić. Przede wszystkim ze względu na brak właściwego rozpoznania sytuacji (mówienie o „postkomunizmie”, a nie o neokomunizmie i kontynuacji PRL) i dysproporcje sił. Nie da się zwyciężyć z systemem, którego istota jest trudna do uchwycenia, niewłaściwie rozpoznana. Nie da się zwyciężyć metodami pokojowymi  i demokratycznymi z systemem, którego najważniejszym orężem są zasoby odziedziczone po komunistycznych specsłużbach, począwszy od dezinformacji i kombinacji  operacyjnych, poprzez represje administracyjne i szeroko pojętą korupcję, a skończywszy na działalności „seryjnego samobójcy” i dokonywaniu zamachów.

 „Dlaczego - pyta Ścios - Andrzej Duda mógł zostać nowym prezydentem? Dlaczego wygrał z człowiekiem wspieranym przez ośrodki propagandy i potężnych reżimowych graczy? Dlaczego pozwolono, by w drodze „demokratycznych przemian” odszedł patron ludzi z wojskowej bezpieki, najgorliwszy przyjaciel Moskwy i filar triumwiratu III RP? Dlaczego rozstrzygnięcie to tak łatwo przyjęto na Kremlu, jeśli to stamtąd wyszedł projekt zamachu smoleńskiego? Dlaczego środowisko Belwederu pogodziło się z utratą wpływu na armie i służby specjalne? Dlaczego nie sięgnięto po „sprawdzone metody”, nie próbowano sfałszować wyniku wyborczego lub nie postawiono na „rozwiązania siłowe”? Dlaczego zaakceptowano tak niewielką przewagę głosów, skoro w ubiegłorocznej farsie wyborczej nie cofnięto się przed jawnym fałszerstwem? Dlaczego w państwie ignorującym prawa obywateli i reguły demokracji, o wyniku najważniejszej rozgrywki miałaby decydować trzyprocentowa różnica „werdyktu wyborczego”? Dlaczego środowisko skupione wokół BK nie okazuje dziś obaw przed rozliczeniem tej prezydentury, przed poznaniem tajemnic „lochów” belwederskich, ujawnieniem kalendarzy spotkań, nazwisk gości i doradców? Dlaczego w tej kampanii nie słyszeliśmy słowa o zamachu smoleńskim ani wzmianki o roli Belwederu w kształtowaniu „ładu posmoleńskiego”?”

Czyżby zatem neokomunizm „zniknął”, „skończył się” i „rozpłynął w powietrzu” tak samo, jak ćwierć wieku temu komunizm starego typu? Nie. Czyżby system „się sypał”? Ta opcja jest już bardziej prawdopodobna.
Należy też przypomnieć o jednym: komunizm, zarówno starego, jak i nowego typu, ma pewną stałą, a niedocenianą cechę: stałość celów strategicznych oraz zmienność i ogromna elastyczność działań operacyjnych i taktycznych. Kiedy trzeba (na przykład w celu przegrupowania) - system czasowo wycofuje się się, oddając pola przeciwnikowi, a innym razem - zaostrza semi-totalitarne lub totalitarne praktyki. Z kolei celem uwiarygodnienia się jako system „zachodni” i „demokratyczny”, neokomunizm dopuszcza do zewnętrznych kręgów władzy, na jakiś czas, siły antysystemowe. 

Sytuacja, którą obserwujemy obecnie jest wypadkową dwóch głównych czynników:

Pierwszym czynnikiem jest defensywa systemu. Grupa faktycznie trzymająca władzę w Polsce, czyli wojskowa bezpieka, za pozwoleniem swoich sowieckich mocodawców musiała spuścić nadmiar pary z garnka. Zapewne uznała, że „zwycięstwo” Komorowskiego, zwłaszcza poprzez zastosowanie „sprawdzonych metod”, takich jak fałszerstwo wyborów albo rozwiązanie siłowe pochłaniałoby zbyt dużą ilość zasobów i zbyt kosztowne, a ponadto mogłoby okazać się nieskuteczne w kontekście sowieckiej polityki popieriestrojkowej dezinformacji i aktualnej sytuacji międzynarodowej.

Lata 2007-2015 były fazą „zjadliwą” neokomunizmu, podczas której - właśnie pod zarządem Platformy Obywatelskiej - umocniono wpływy Ubekistanu oraz Rosji Sowieckiej. Konsekwencjami społecznymi była postępująca totalitaryzacja życia, niebywały wzrost szeroko pojętych praktyk korupcyjnych, wdrażanie lewackich rozwiązań społeczno-obyczajowych, a na poziomie gospodarczym ostateczna kradzież, wyprzedaż za bezcen bądź likwidacja resztek majątku narodowego. Nie tylko „byli” komuniści, esbecy i oficerowie bezpieki wojskowej z zakulisowymi wpływami na politykę tudzież umieszczeni w kluczowych instytucjach politycznych, nie tylko „najtańszy” gaz od Gazpromu, nie tylko kuratela FSB nad polskim kontrwywiadem wojskowym, ale też niespotykana nigdy wcześniej samowola urzędników, regulujących już praktycznie każdy aspekt życia, niespotykana dotąd korupcja, nepotyzm i kolesiostwo, traktowanie państwa jako prywatnego folwarku i tak dalej. To zaczęło uderzać po kieszeni zarówno tzw. „zwykłego, przeciętnego Kowalskiego”, jak i szeregowych beneficjentów systemu oraz szeregowych członków zewnętrznych kręgów władzy: takich, którzy de facto pływali w takim samym gównie, tyle że bliżej powierzchni, niż poprzedni wymienieni (np. górnicy z likwidowanych kopalń, rybacy ze szrotowanych kutrów, bezrobotni absolwenci uczelni wyższych itp.).

 



Można powiedzieć, że mitologia transformacji ustrojowej (komunizmu w neokomunizm), mówiąca o świetlanej przyszłości, „zachodzie” i dobrobycie, który miał przyjść po krótszym lub dłuższym okresie „chudym” stopniowo, powoli, ale konsekwentnie wyciera się i pada. Rozbieżność establishmentowej propagandy ze skrzeczącą rzeczywistością zauważa zwłaszcza duża część ludzi urodzonych pod sam koniec lat 80. i w latach 90. Miało być tak pięknie, a tu - cytując klasyka - „chuj, dupa i kamieni kupa”! Brak perspektyw (obojętnie, z jakim wykształceniem i umiejętnościami), konieczność emigracji i życia za granicą jako obywatele drugiej kategorii, niskie płace, coraz większa peryferyzacja coraz większych obszarów kraju, zaniżone pensje za pracę, brak możliwości stabilizacji socjalnej, powszechna korupcja, nepotyzm i złodziejstwo. Pojawia się też coraz więcej przebłysków w indywidualnej i zbiorowej świadomości o korelacji pomiędzy „oszustwem pieriestrojki” a obecną, złą sytuacją. Neokomunistyczny establishment PRL-bis najwyraźniej zdaje sobie z tego wszystkiego sprawę i wie, że wzmożenie działalności skądinąd coraz bardziej topornych instrumentów propagandy nie tylko pochłonęłoby ogromne koszta, ale mogłoby się okazać w perspektywie średnioterminowej po prostu nieskutecznie.

Reasumując, można powiedzieć, że Platforma Obywatelska (ale także i SLD oraz w jakimś zakresie PSL) w roli „Partii Zewnętrznej”, stopniowo zużywa się. Co więcej, z tych samych powodów zużywa się też sam demobolszewizm - popieriestrojkowy komunizm ukryty, posługujący się niektórymi mechanizmami demoliberalnymi, co świetnie opisał Józef Darski w analizie „Dominacja elit sowieckich w warunkach pluralizmu”, który mówi również o rychłym końcu dwóch czynników, które utrzymywały przy życiu neokomunizm, stanowiąc wentyl bezpieczeństwa i kanał finansowania. Stopniowo kończy się możliwość ucieczki przed systemem na zachód Europy, gdyż kraje, takie jak Wielka Brytania, Niemcy, Francja czy Holandia stopniowo będą coraz mniej zdolne do przyjęcia dalszych fal emigracji, częściowo z przyczyn ekonomicznych, częściowo z powodu wzrostu nastrojów nacjonalistycznych. Z tych samych przyczyn kończy się dopływ kasy z Unii Europejskiej, której istnienie w obecnej formie, w perspektywie średnioterminowej, stoi pod dużym znakiem zapytania. Ponadto, kraje Europy Zachodniej czeka prędzej czy później irredenta islamska i kontra ze strony sił nacjonalistycznych, który to konflikt będzie podsycany przez Moskwę i Pekin.

Tu przechodzimy do drugiej przyczyny „zmian” w Peerelu-bis, mianowicie kontekstu międzynarodowego. Można z całą pewnością powiedzieć, że jeżeli obserwujemy świadomą defensywę systemu, to zdecydowano się na ten krok ze względu na aktualną sytuację międzynarodową. Chodzi zarówno o sytuację w Europie, jak i w pozostałych częściach świata.

Na poziomie światowym obserwujemy walkę o światową hegemonię, w której głównymi graczami są „Blok Eurazjatycki” pod wodzą osi Moskwa-Pekin, „Sojusz Zachodu” pod wodzą USA oraz pozbawiony afiliacji terytorialnej i stricte geopolitycznej „Syndykat” - globalna finansjera, która z reguły wykorzystuje do swoich celów państwa zachodnie. „Blok Eurazjatycki” realizuje swój światowy cel poprzez oblężenie Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników. Rozpoczęło się ono na przełomie XX i XXI wieku, dekadę po sfingowanym upadku komunizmu, a obecnie ma miejsce faza, która na pokolenia zadecyduje o układzie sił na świecie. Do niedawna Rosja Sowiecka i ChRL realizowały swoje interesy metodami politycznymi, ekonomicznymi oraz środkami aktywnymi, nie używając przemocy na większą skalę. Sytuacja ta zmienia się od roku 2008, kiedy to Rosja Sowiecka dokonała inwazji na Gruzję, a swoje apogeum ma od aneksji Krymu i rozpoczęcia działań wojennych na Ukrainie. Moskwa daje jasno do zrozumienia, że nie zamierza zatrzymać się na Dnieprze, prowadząc jednocześnie program rozbudowy zbrojeń konwencjonalnych i niekonwencjonalnych, z kolei komunistyczne Chiny coraz śmielej roszczą sobie prawa do panowania nad basenem Pacyfiku Zachodniego. Równolegle, od dłuższego czasu trwają wysiłki, by utworzyć wspólną eurazjatycką przestrzeń strategiczną, składającą się z ChRL, Federacji Rosyjskiej i Unii Europejskiej. Do niedawna towarzyszyła temu polityka „resetu” relacji z Rosją Sowiecką i Chinami, prowadzona przez Baracka Obamę, a także wspieranie bolszewickich reżymów w Moskwie i Pekinie przez ponadnarodowe korporacje.

W ostatnim czasie, zapewne pod wpływem inwazji na Ukrainę i coraz bardziej zuchwałych działań dyplomatycznych Moskwy, sytuacja się zmienia. Część establishmentu politycznego Stanów Zjednoczonych (a składa się on nie tylko z „weteranów” Czarnych Panter, idiotów, geszefciarzy, agentów wpływu i byłych członków Komunistycznej Partii USA) najpewniej zrozumiała śmiertelne zagrożenie, jakie płynie z Moskwy i Pekinu. Waszyngton zrozumiał, że musi w końcu zareagować - inaczej zostanie całkowicie okrążony przez sieć sojuszy pod wodzą tandemu Rosja Sowiecka-ChRL. Jedyną możliwą reakcją było posłanie wojsk do Europy Środkowo-Wschodniej, a także uruchomienie swoich politycznych aktywów. Podobnie postąpiła część globalistycznego „Syndykatu”, na czele z George Sorosem. Być może uznali, że nie da się robić interesów z czekistami z Kremla i aparatczykami kompartii z Pekinu, jeśli zamierzają oni podpalić świat.

Wracając na „rodzimy” grunt, najpewniej wraz z dynamizacją konfliktu na Ukrainie mogło dojść do pozornego przejścia na stronę przeciwnika wiodącej części elit PRL-bis, zarówno z „Partii Wewnętrznej”, jak i „Partii Zewnętrznej”. Tak właśnie można tłumaczyć nagłą zmianę poglądów na politykę Putina i Rosji Sowieckiej takich ludzi jak Tusk, Komorowski, Michnik czy wspomniany Koziej: po prostu centrala z Moskwy albo kazała im udawać prozachodniość i proamerykańskość, albo przynajmniej dała dla tego posunięcia zielone światło. Posunięcia, które pozwoli - nie jest jeszcze pewne, na ile z sukcesem - na zakamuflowanie powiązań Ubekistanu z sowieciarzami i kontynuowanie przez Kreml infiltracji struktur zachodnich przez „konie trojańskie”.

Jedno jest pewne - do ostatecznego pokonania komunizmu, który przetransformował się ćwierć wieku temu jest bardzo, bardzo daleko. Wycofanie systemu jest tymczasowe i przypuści kontratak, gdy tylko przegrupuje się i zmieni koniunktura międzynarodowe. Już zresztą mówi się o możliwości puczu - obalenia prezydenta-elekta przez trybunał konstytucyjny, będący - jak określił niegdyś Józef Darski - jednym z instytucjonalnych bezpieczników neokomunistycznego układu. Ponadto, opozycja musi stać się opozycją faktycznie antysystemową: przede wszystkim uznać, że system panujący nad Polską jest de facto komunizmem ukrytym i wyzbyć się demoliberalnych, polrealistycznych i solidarnościowych zabobonów i modus operandi, co niestety wydaje się bardzo mało prawdopodobne. Jeżeli tego nie uczyni, będziemy skazani na powtórkę z „Nocnej zmiany”, wyborczego puczu z 2007, a nie daj Boże - Smoleńska.