Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pieriestrojka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pieriestrojka. Pokaż wszystkie posty

2016-10-06

"Punkt Lagrange'a" Jacka Szczyrby

Akcja powieści rozpoczyna się gdzieś w zakamarkach starej Warszawy, mniej więcej w roku 1988 przy ulicy Wroniej. Młody człowiek, niewymieniony z nazwiska, o ksywie „Texas” odbywa praktykę jako mechanik samochodowy w warsztacie swojego stryja – Romana Stachonia, rotmistrza przedwojennej kawalerii, weterana wojny obronnej we wrześniu i powstania warszawskiego. Rotmistrz nie złożył jednak broni wraz z końcem wojny – kontynuował walkę z okupantem, ale okupantem sowieckim i jego „polskimi” kolaborantami. Rotmistrz Stachoń nie zakończył jednak walki nawet po całkowitym „rozładowaniu lasów” i zlikwidowaniu przez bezpiekę „ostatnich leśnych”. Działa w podziemnej Solidarności Walczącej – jednej z niewielu formacji opozycji w PRL stawiała sobie za cel obalenie komunizmu i odzyskanie przez Polskę prawdziwej niepodległości, nie zaś walkę o „socjalizm z ludzką twarzą”.

Wiadomo już o nadchodzących zmianach na górze i o negocjacjach pomiędzy komunistami i opozycją. Transformacja ustrojowa ma też swoją mniej ludzką twarz – operacje, które parafrazując jednego z publicystów można określić jako „mordy założycielskie” nowej, wspaniałej rzeczywistości. Jedną z ofiar staje się rotmistrz Stachoń, który bogaty w umiejętności i techniki konspiracyjne z czasów wojny, dotychczas wymykał się esbeckim pościgom i obławom. Mimo, że w okrutny i upokarzający sposób esbecy zamordowali rotmistrza, to nie udało im się zachować czekistowskiej konspiracji – Texas z pomocą kumpli próbował odbić rotmistrza, raniąc jednego z esbeków kulą z Browninga.

To wydarzenie całkowicie zmienia życie Texasa. Jednakże nie kontynuuje on działalności jako kolporter czy publicysta podziemnych wydawnictw antykomunistycznych, nie angażuje się również w operacje przypominające „Mały sabotaż”. Jego życiową misją staje się pomsta i wymierzenie sprawiedliwości mordercom stryja, w imieniu tak swoim, jak i nieistniejącego Państwa Polskiego. Wewnętrzny rozkaz od nieistniejącego, podziemnego państwa Texas wykonuje z profesjonalizmem godnym najlepszych operatorów jednostek specjalnych – cicho i skutecznie. I poświęca w imię wykonania swojej, a jednocześnie powszechnej misji całe swoje życie prywatne.



Jak wygląda – z perspektywy Texasa – Polska ery transformacji, rzekomego „upadku komuny” i szerzej, przełomu wieków XX i XXI? Coraz nowsze samochody, coraz to lepsza technika, coś, co z wierzchu wygląda na przejawy coraz większego dobrobytu społeczeństwa wydają się być tylko politurą, przykrywającą rzeczywistość niejako równoległą – mętny półświatek raczkującego kapitalizmu wyrosłego na gruncie „Kapitału” Karola Marksa, by zacytować Begmana, jednego z kumpli Texasa. Rzeczywistość, w której „ludzie godni szacunku kręcą mniejsze lub większe lody, unikają jakiejkolwiek odpowiedzialności za popełnione, nieraz okrutne zbrodnie i doskonale radzą sobie w systemie, w którym socjalizm z ludzką twarzą zastąpił kapitalizm z nieludzką twarzą. Rzeczywistość, w której zdezelowane sanatoria dla esbeków są miejscem transakcji pomiędzy majorem KGB a arabskim terrorystą. Kraj, w którym ofiary bądź bliscy ofiar komunistycznych zbrodni stale boją się zemsty „nieznanych sprawców”.

Równolegle, ale nie jednocześnie, nielegał o wielu tożsamościach, najchętniej posługujący się imieniem Wadim, próbuje zwerbować obiecującego na salonach socjologa Tomasza Spychowskiego. Wadim realizuje długofalowe operacje wywiadowcze i dywersyjne – jego specjalizacją jest werbunek, zadaniowanie i orkiestrowanie agentów wpływu. Działa od lat, najpierw w służbie ZSRS, a obecnie – Federacji Rosyjskiej. W sytuacji, gdy nie udaje mu się pozyskać figuranta za pomocą tradycyjnych dla bezpieki kompromatów, Wadim inicjuje grę w otwarte karty. Opowiada Spychowskiemu o wieloletniej operacji dywersyjnej, które polegały na podkopaniu i naruszeniu kulturowo-cywilizacyjnych fundamentów Zachodu.

Tyle odkrywania akcji i fabuły powieści, której być może i tak za dużo przed Czytelnikiem ujawniłem. Postaci i wydarzenia opisane w powieści, choć w dużej części fikcyjne, to stanowią nawiązanie do wydarzeń, które miały miejsce faktycznie. Czy bowiem nie jest tak, że komunistyczni zbrodniarze i zdrajcy pozostają zupełnie bezkarni, a odchodzą na łono Baphometa w wojskowej i kościelnej asyście? Czy nie jest faktem to, że komunistyczna nomenklatura i bezpieka przeniknęły do oficjalnych struktur i instytucji rzekomo „niepodległego” państwa – służb specjalnych, wojska, policji, urzędów różnego szczebla, łącznie z najwyższymi? Czy nie jest tak, że głębokie centrum tyleż legendarnego, co faktycznie istniejącego „układu” zza kulis kształtującego przestrzeń publiczną w Polsce, stanowią właśnie przetransformowane środowiska komunistyczne? Jak skończyły się wszystkie próby dekomunizacji i rozliczenia komunistycznych zbrodni?

Czy Polska faktycznie jest niepodległym, przynależącym do Europy i świata Zachodu krajem? Czy faktycznie zerwano nici łączące nas z Rosją, rządzoną przez kagiebowską juntę, a może jest tak, że „jedynym i wyłącznym dysponentem tej krainy” nadal jest Moskwa, tylko instrumenty kontroli są o wiele subtelniejsze (i skuteczniejsze) niż „paru generałów o swojsko brzmiących nazwiskach”? I wreszcie, czy państwo, którego oficjalna nazwa brzmi Federacja Rosyjska, nie jest po prostu kontynuacją Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich?

Jaki był i jest społeczny oraz medialny odbiór ludzi i środowisk wzywających do osądzenia komunistycznych przestępców czy też twierdzących, że transformacja ustrojowa nie była taka, jaką się ją przedstawia w tzw. mediach głównego nurtu? Czy dezerterów z sowdepii próbujących ostrzec Zachód przed długofalową kremlowską strategią dezinformacji, wielkiej politycznej mistyfikacji, ekspansji geostrategicznej i wojny informacyjej traktowano z powagą, czy raczej uznano za „typowych ruskich paranoików”?

Omówienie tej powieści najlepiej niech podsumuje luźna parafraza samego jej Autora: to, co do tej pory było analizowane przez wąskie kręgi niezależnych historyków, socjologów i politologów zyskało u Jacka Szczyrby formę dostępną nie tylko dla przeciętnego odbiorcy, ale dla każdego, niezależnie od jego zdolności abstrakcyjnego myślenia. Niezwykle wciągająca akcja i fabuła oparta jest na faktach. Ba, na kanwie tej książki można byłoby nakręcić film, a najlepiej serial taki, jak „Służby specjalne” Vegi albo „Oficer” Dejczera, który przebiłby te produkcje zarówno pod względem akcji, jak i przekazu. Albo narysować komiks, taki, jak – nie przymierzając – „Thorgal” czy „Funky Koval”.

A do „Punktu Lagrange’a”, ze względu na jego wielowątkowość i wielowymiarowość będę jeszcze na tych łamach wracał…

Jacek Szczyrba, „Punkt Lagrange’a”, Wydawnictwo Podziemne, Poznań 2016

Książkę można nabyć m.in. w Księgarni Minerwa: http://minerwa.net/ksiegarnia/index.php?id_product=14&controller=product

2013-03-21

W oparach absurdu i w opresji, czyli PRL-bis. Marcinowi Hermanowi w uzupełnieniu



Na portalu „Rebelya.pl” znajdujemy analizę „naszej” absurdalnej i opresyjnej rzeczywistości autorstwa Marcina Hermana[1]. Ze względu na to, iż tak naprawdę niezmiernie rzadko można w Internecie, ba – w publicystyce współczesnej odnaleźć tak treściwą, przenikliwą, a jednocześnie zwięzłą diagnozę sytuacji, pozwolę sobie poniżej zacytować spore kawałki tekstu Hermana. 

I

Autor pisze m.in.:

Już właściwie każdy dzień przynosi informacje o szokujących przykładach arbitralności urzędników i innych funkcjonariuszy państwa wobec obywateli. Szokujących i napawających grozą. Najgorsze jest to, że trudno sobie dziś wyobrazić wprowadzenie w Polsce normalności.

Tylko w ostatnich dniach mieliśmy takie sprawy, jak chore interpretacje podatkowe nakazujące np. płacenie podatków od utrzymania odebranego dziecka przy rodzinie zastępczej lub domu dziecka, śmierć dzieci, którym odmówiono szybkiej pomocy z powodu biurokratycznego wymogu i zaplanowanego na zysk systemu ochrony zdrowia, no a dzisiaj potajemne i pokątne odebranie dzieci rodzicom z Krakowa. Oprócz tego mamy też będące ewenementem na skalę tzw. wolnego świata "areszty wydobywcze", że nie wspomnę o rekordach europejskich w inwigilacji obywateli przez różne służby, czy niszczeniu małej i średniej przedsiębiorczości. A to tylko kilka najbardziej głośnych przykładów. A wszystko to przy jednoczesnej bezradności organów państwa wobec największych przestępstw i przykładów ogromnej niegospodarności i nieudolności urzędników i polityków.

Dalej, Marcin Herman przechodzi do bardziej ogólnego kontekstu, stopniowo zmierzając do konkluzji:
Żeby coś zmienić w Polsce systemowo na lepsze, nawet najdrobniejsze sprawy, trzeba przełamać opór, a w zasadzie wypowiedzieć wojnę, na wielu frontach. Począwszy od własnych urzędników, podwładnych, którzy wolą się nie wychylać, potem dochodzą żmudne i na ogół zakończone klęską "reformatora" uzgodnienia międzyresortowe, już wtedy często włącza się polityka, układy w rządzie, partii rządzącej, koalicji. Potem parlament, tam znowu mała, doraźna polityka. Na końcu tej drogi jest najczęście potworek prawny, nadający się do skierowania do Trybunału Konstytycyjnego.

I tak ze wszystkim, chyba że jest potężny nacisk jakichś silnych grup interesów albo nacisk z zewnątrz - z Unii czy innego podmiotu, któremu bardzo zależy na przeforsowaniu pewnych rzeczy […].

A i bez tego sama biurokracja (do której zaliczam też policję, przedsiębiorstwa państwowe, samorządy i ich instytucje, wymiar sprawiedliwości itd.) jest coraz bardziej niesterowna i podzielona na mniejsze i większe udzielne księstwa, czy kliki, każdego dnia toczą się różne gry, dochodzą do głosu ambicje lub ich brak, nieformalne naciski, mała i wielka polityka, ogólny klimat społeczny i sprzeczne (nierzadko bzdurne) sygnały płynące dla urzędników ze strony polityków i mediów,lub odwrotnie, kompletne bezhołowie, bezwład, korupcja i entropia. Prawo? Prawo jest, ale stosowane bardzo często arbitralnie. Tu nie ma logiki, może nawet jakaś instytucja działa jak trzeba, ale to tylko wynika z dobrej woli i kompetencji pracujących tam ludzi, a to też pewna arbitralność. W teorii instytucje powinny działać na tych samych podstawowych zasadach (zapisanych w konstytucji i innych kartach praw).

Do czego zmierzam? Wyobraźmy sobie zmianę polityczną w Polsce, i to sporą. Czy naprawdę dzisiejsza opozycja zmieniłaby, byłaby w stanie zmienić całą logikę (czy raczej - brak logiki), na jakiej to wszystko działa? Do tego trzeba by gigantycznego wysiłku, przy którym walka z korupcją i przestępczością (też ważna i trudna) wydaje się łatwizną. Trzeba by zmienić niezliczoną liczbę ustaw, rozporządzeń, innych aktów prawa, łącznie z przepisami wewnętrznymi, a może nawet umowami międzynarodowymi. Trzeba by zmienić bardzo wielu ludzi (dla mnie nie do wyobrażenia choćby przy tym prawie pracy), bez gwarancji, że ci co przyjdą będą działać na innych zasadach. 

II

Konkluzja Hermana nie jest zatem optymistyczna, i to delikatnie rzecz ujmując. Pewnie niejeden czytający tekst Marcina Hermana uzna tenże za pesymistyczny czy nawet defetystyczny. Ale to dobrze, że tekst nie jest jakimś (typowym zresztą dla prawicowej strony infosfery) jednakowoż optymistycznym, co tromtadrackim pleasingiem. Piszący niniejszą glosę, a po troszę i polemikę uważa za Oswaldem Spenglerem, wybitnym niemieckim historiozofem, że „[…] optymizm jest tchórzostwem”, a za Józefem Mackiewiczem, najwybitniejszym polskim publicystą ostatniego stulecia, że „optymizm nie zastąpi nam Polski”. Optymizm jest tchórzostwem, gdyż oznacza on nic innego, poza brakiem odwagi stanięcia w prawdzie i braku zrozumienia mechanizmów rządzących realnym światem, w tym – światem polityki. Pesymizm zaś jest, na tym tle, po prostu dojrzałą postacią realizmu. Realizmu, który sprowadza się do widzenia rzeczy takimi, jakimi one faktycznie są.

Przejdźmy teraz do właściwej części tekstu, czyli do uzupełnienia. Marcin Herman kończy swoją diagnozę słowami: […] ostatnie 20 lat, najdłużej u władzy w Polsce trzymają się ci, którzy nie robią z tym wszystkim nic. Być może, a nawet zapewne, Autor ma na myśli to, o czym napiszę poniżej, o czym zresztą powtarzam co jakiś wpis i uważam, że jest to jak najbardziej warte powtórzeń. Kto trzyma władzę w Polsce? Wróć! Używanie nazwy „Polska” czy nawet „III RP” w odniesieniu do neo-PRL, w odniesieniu do bękarta pieriestrojki i okrągłego stołu jest po prostu świętokradztwem, mniej lub bardziej świadomym albo zgoła nieświadomym. 

Kto zatem trzyma władzę na terytorium rozciągającym się od Odry aż po Bug, od Bałtyku aż po Tatry? Zatrzymajmy się wpierw nad samym pojęciem władzy oraz suwerenności. Carl Schmitt rozpoczął jedno ze swoich dzieł, „Teologię polityczną”, słowami „ten, kto decyduje o stanie wyjątkowym, jest suwerenny”. Oznacza to, że władza jest zdolnością do ustalania i narzucania reguł organizacji danego systemu. Stąd, grupa trzymająca władzę nie musi piastować oficjalnie najwyższych funkcji w państwie (prezydenta, premiera, ministrów, posłów), między bajki należy też włożyć teorie o „suwerenności ludu” czy „suwerenności narodu”.

Kwestia kluczowa dla naszych rozważań to fenomen tzw. transformacji ustrojowej, powszechnie utożsamianej z tzw. upadkiem komunizmu oraz jej długofalowych konsekwencji. Zatrzymajmy się na moment nad faktycznym znaczeniem słowa „transformacja”: oznacza ona ni mniej, ni więcej, tylko zmianę formy. Transformacja ustrojowa lat 1989 – 91 była zatem transformacją komunizmu w neokomunizm, wg zmarłego w czerwcu 2010 roku analityka Christophera Story – przejściem od komunizmu jawnego do komunizmu ukrytego. „Transformacja ustrojowa” sprowadzała się do zamiany przez komunę „władzy bezpośredniej” na „władzę pośrednią”, że ponownie pojadę Schmittem.  PRL zmieniła formę na PRL-bis występującą pod przykryciem „III RP”. Realną władzę w neopeerelu (czyli podejmowanie i egzekwowanie najważniejszych decyzji) trzyma przetransformowana oligarchia komunistyczna – środowiska komunistycznej bezpieki wojskowej i cywilnej oraz najważniejszych segmentów kompartii. Najważniejsze elementy systemu politycznego są kontrolowane przez te środowiska albo zdalnie i zakulisowo, albo poprzez bezpośrednią infiltrację i penetrację. Tyle, jeśli idzie o poziom wewnętrzny, to samo z grubsza ma miejsce na poziomie międzynarodowym: „III RP” to inkarnacja PRL, zaś „Federacja Rosyjska” to inkarnacja ZSRS. Powiązania łączące (neo)peerelowskie peryferie z (neo)sowiecką centralą zostały zachowane i nigdy nie udało się ich zerwać.

Do czego zmierzam, pisząc niniejszy tekst? To, co opisuje Marcin Herman jest „zaledwie” elementem systemu neokomunistycznego, demobolszewickiego – komunizmu w demoliberalnej formie. „Grupa Trzymająca Władzę” – czyli grupy formalne i nieformalne, legalne i nielegalne, których rdzeniem są przetransformowane struktury komunistyczne i agentura sowiecka – stanowi „Partię Wewnętrzną”. Podmioty, o których pisze Herman: biurokracja, oficjalny system partyjny, media, samorządy, policja, sądownictwo, państwowe (ale i prywatne!) przedsiębiorstwa, a także hierarchia Kościoła Katolickiego (niestety, takie są twarde fakty) czy też rozmaite nieformalne grupy interesów i lobbies stanowią „Partię Zewnętrzną”. Oba te elementy systemu są ze sobą ściśle sprzężone, można powiedzieć, że żyją w ścisłej symbiozie, przy czym z wyżej podanych powodów „Partia Zewnętrzna” podlega „Partii Wewnętrznej”. Powinniśmy zatem mówić i pisać nie o „oparach polskiego absurdu”, ale o „oparach peerelowskiego absurdu”.

Co jeszcze należy dodać, system ten może teoretycznie trwać w nieskończoność. Jest tak przede wszystkim dlatego, że neokomunizm jest z definicji i z natury nastawiony na władzę: ekspansję i reprodukcję poprzez kooptację, mianowanie i – co pokazała (w sumie błaha, jak na standardy neopeerelu) sprawa sędziego Tuleyi – poprzez dziedziczenie pozycji i wpływów. Naiwne jest zatem twierdzenie, że minie, „gdy wyzdychają stare komuchy” i wraz z nadejściem „młodego pokolenia”. Ponadto, neokomunizm posiada doskonałe zdolności adaptacji do zmiennych warunków otoczenia oraz strategicznego kamuflażu.

Kolejna sprawa, o której trzeba w tym kontekście wspomnieć, to kondycja społeczeństwa, a w zasadzie populacji zamieszkującej neopeerel. Istota komunizmu, w tym i neokomunizmu, sprowadza się do władzy oraz sowietyzacji, czyli inżynierii społecznej mającej za zadanie hodowlę „nowego człowieka”, który byłby zarówno rezerwuarem kadr i niewolników oraz stworzenie społeczeństwa kastowego, rządzonego przez komunistyczne elity. I w ciągu niemal 70 lat komuny (45 lat komunizmu jawnego plus 23 lat komunizmu ukrytego) nad Wisłą udało się sowieciarzom osiągnąć ten stan. Nawiasem, diagnozowany od lat w prawicowej blogosferze, a ostatnio publicystyce „leming” to nic innego, jak właśnie współczesna, nadwiślańska odmiana „Homo sovieticus”. Wręcz kongenialne połączenie sowieckiego (Zinowiewskiego i – jakkolwiek to karkołomnie powiedziane – hellerowskiego) pierwowzoru z zachodnim „człowiekiem masowym”, czy to w typologii Ortegi Y Gasseta, czy Juliusa Evoli, czy krótko, a precyzyjnie opisanemu w scholiach N.G. Davili.

Jakie są główne mechanizmy, główne motory sowietyzacji w neopeerelu? Po pierwsze, wykształciła się – ze szczególną intensywnością w ciągu ostatnich 24 lat – kastowa hierarchia społeczna, w której (jeszcze raz przywołajmy Orwella i jego genialną analizę, „Rok 1984”) „Partią Wewnętrzną” są struktury komunistyczne, „Partią Zewnętrzną” – szeroko pojęty aparat administracyjno-urzędniczy, reszta zaś populacji to „prole” – zarówno niewolnicy systemu, jak i jego baza społeczna. Wszelkie beneficja i prekaria rozdaje „Partia Wewnętrzna”, zaś „Partia Zewnętrzna” i „prole” są pod nią podwieszeni. Po drugie, a być może i najważniejsze – lud zamieszkujący PRL-bis został przyzwyczajony do systemu i uważa go niejako za stan naturalny, za coś tak oczywistego, jak to, że zimą pada śnieg a woda – że zacytuję klasyka – ma to do siebie, że spływa z gór i powoduje powódź. Robotnik budowlany łazi po budowie bez asekuracji i odzieży ochronnej i dostaje pieniądze „pod stołem” po sześciu miesiącach, asfalt topnieje szybciej niż śnieg, urzędnik traktuje petenta (słowa, słowa, słowa! Radzę się też przyjrzeć urzędniczej nowomowie!) jak – za przeproszeniem – psie gówno na ulicy, permanentne dwucyfrowe bezrobocie, bieda, wieczny kryzys – to norma dla ludzi urodzonych (i żyjących) w tym kraju, niegdyś w pełni zasługującego na nazwę „Polska”. Taką samą normą jest to, że „samoloty gdzieś lecą i coś się dzieje” oraz to, że na szczycie ludzkiego łańcucha troficznego znajduje się przetransformowana nomenklatura komunistyczna i bezpieka. To, że rządzący od 1944 roku uważnie wpatrują się w każde skinienie Stalinów, Breżniewych, Barroso, Merkel i Putinów – również jest stanem naturalnym.

Ale o trzech z ostatnich wymienionych spraw lepiej głośno nie mówić, chociaż ma się ich świadomość, lepiej lub gorzej usystematyzowaną. Ujawnia się tu atawizm jeszcze z czasów pierwotnych – lepiej nie używać nazwy potwora/demona/krwawego bóstwa, by nie sprowokować jego (skądinąd całkiem realnego) gniewu. Tym bardziej nie wypada buntować się przeciwko czerwonej „nędzy egzystencji” (opisanej przez Jana Stachniuka). Stąd też zsowietyzowane społeczeństwo ze wściekłością i nienawiścią reaguje czy to na opozycję polityczną, czy to na współobywateli – dysydentów. W końcu jest to – patrząc z poziomu czystej socjobiologii i czystych faktów – jak najbardziej zrozumiałe, bo jeśli dojdą tacy do głosu, to „pan szef” wywali z roboty, władza znów pośle na ulicę czołgi, SKOT-y i koksowniki, w niemieckiej prasie napiszą o „polskich neonazistach”, a Putin strąci kolejny samolot. Zsowietyzowane społeczeństwo ponarzeka na wysokie koszta wszystkiego, na opresyjny aparat urzędniczy, na złodziei, na „komuchów” (a o wiele częściej na „kler”, „faszystów”, „PiS”, „prawicę”, ewentualnie na „Żydów” i „masonów” itd.) – ale na tym się skończy. W końcu o wiele bardziej woli tkwić w neokomunistycznym bardaku, który przynajmniej jest stanem naturalnym i znanym, aniżeli ryzykować zmiany na lepsze, które – co pokazały lata 1992 i 2005-07 – są stanem krótkotrwałym, po którym wszystko wraca do komunistycznej normy. A poza tym istnieje jeszcze wentyl bezpieczeństwa w postaci emigracji czy kooptacji.

O wpływie manipulacji poprzez edukację (od przedszkoli po uczelnie wyższe) i media napisano już tyle, że nie ma co o tym tutaj mówić.

III

Dochodzimy tu do punktów zwrotnych i „kamieni milowych” w procesie sowietyzacji społeczeństwa polskiego. Jedni upatrują „mordu założycielskiego” PRL-bis w gay-party Kiszczaków i Michników w Magdalence, okrągłym stole czy w planie Balcerowicza, inni – w brutalnym morderstwie popełnionym przez bezpiekę na księdzu Jerzym, jeszcze inni – w stanie wojennym. Wszystkie z wyżej wymienionych stanowisk wyjaśniają przyczyny stanu faktycznego, o ile uzna się fakt, że były one częścią nadwiślańskiego odcinka „operacji pieriestrojka”. To właśnie w wyniku działań podejmowanych przez komunistów w latach 1980 – 1981, w wyniku stanu wojennego, „stanu powojennego” i samego tylko momentu transformacji, neopeerel istnieje w takiej formie w jakiej istnieje.

Ale trzeba się cofnąć w czasie dalej, niż do „trzynastego grudnia roku pamiętnego”, bowiem zbrodnią założycielską peerelu w ogóle, zbrodnią założycielską komunizmu na terenie Polski było stłumienie antykomunistycznego powstania lat 1945 – 56. Józef Mackiewicz pisał w jednym ze swoich dzieł [2]: Co stanowi o metodzie działania sowieckiego na podbity naród? Tę metodę można porównać do operacji chirurgicznej, polegającej na wyjmowaniu pacjentowi jego mózgu i serca narodowego. Ale wiemy, że pierwszym warunkiem jest, aby pacjent leżał spokojnie. [...] Pod tym względem bolszewicki zabieg chirurgiczny nie tylko nie różni się od normalnego, a raczej bardziej niż każdy inny uzależniony jest od mądrze stosowanej etapowości, a warunkiem jego powodzenia jest właśnie ta straszna, milcząca, zastrachana, sterroryzowana psychicznie bierność społeczeństwa. Jego bezruch. Jego fizyczne poddanie. Społeczeństwo, które strzela, nigdy się nie da zbolszewizować. Bolszewizacja zapanuje dopiero, gdy ostatni żołnierze wychodzą z ukrycia i posłusznie stają w ogonkach. […].

Żołnierze Niezłomni (nie lubię określenia „Wyklęci”, bo jest to określenie wskazujące na nieświadome przyjęcie optyki komunistycznej) byli ostatnimi z kasty polskich Kszatrijów, która z definicji, przez tysiąclecia (ze wskazaniem na krótki okres faktycznej niepodległości w latach 1918 – 1939) stanowiła elitę narodu, kastę przywódczą, ba – stanowiła Wolną Polskę, bowiem suwerenność i niepodległość (zarówno na poziomie narodowym, państwowym jak i indywidualnym) może wywalczyć i utrzymać jedynie elita wojskowa przewodząca organicznemu społeczeństwu, zorganizowanemu na wzór wojska, gdzie obywatel był żołnierzem, a żołnierz - obywatelem. Manewr komunistów polegał nie tylko na „usunięciu pacjentowi mózgu i serca”, ale także na podmianie usuniętych organów zupełnie obcymi tworami. W miejsce polskiej klasy wojowników sowieci wszczepili swoją, stanowiącą „długie ramię Moskwy” i twardy rdzeń elit komunistycznych. To komunistyczna bezpieka wojskowa – jak pisze choćby Cenckiewicz – stłumiła kontrrewolucję, stała za masakrą zbuntowanej Wielkopolski w 1956 roku, masakrą na Wybrzeżu w 1970, stanem wojennym oraz transformacją ustrojową. I także w neopeerelu jest faktycznym ośrodkiem decyzyjnym, nadal pełniąc funkcję (neo)sowieckiego „słupa”.

Po „rozładowaniu lasów”, po „Poznańskim czerwcu” wszystkie tzw. „polskie miesiące” miały charakter buntów niewolników, które nie wykraczały poza granice zakreślone przez komunistyczne władze i których głównym postulatem był „komunizm z ludzką twarzą”; nawet bohaterscy bracia Kowalczykowie nie chcieli zabijać nikogo z czerwonej swołoczy. Przede wszystkim dlatego, że udało się w społeczeństwie zaszczepić pacyfizm połączony ze strategią przetrwania, której jedną z treści jest groźba (mniejsza z tym, czy faktyczna, czy bluff) zbrojnego stłumienia buntu – czy to rękami „rodzimej kanalii”, czy to „bratnią pomocą” sowiecką. Nadzór ze strony bezpieki miał tu rolę niezwykle ważną, choć jedynie „techniczą”. Nurt niepodległościowy i antykomunistyczny w „Solidarności” został zmarginalizowany – jak wspomina choćby Andrzej Gwiazda – jeszcze zanim „Solidarność” zyskała swoją nazwę, a w każdym razie przed I Zjazdem. Z kolei takie ruchy niepodległościowe i antykomunistyczne jak „Solidarność Walcząca”, LDP-N czy nawet stara, antykomunistyczna lewica z PPS-RD nie tylko stanowiły znikomą i niewiele realnie znaczącą mniejszość, ale też, co najważniejsze nie dopuszczały zbrojnego wystąpienia przeciw komunistom.  W takich warunkach można było przeprowadzić operację przetransformowania komunizmu w neokomunizm. Stąd też – parafrazując pewną piosenkę – tutaj, w neopeerelu „jest, jak jest”.

2012-01-28

Operacja "śnieżna rewolucja". Cz. 1: NEP nr 3 czy Pieriestrojka nr 2?

Oficjalne, mainstreamowe media mówią o „śnieżnej rewolucji”, „zimowej rewolucji”, „demokratyzacji Rosji”. Co ciekawe, parę razy przewinęło się określenie „biała rewolucja” którego dziwnym trafem bardzo szybko zaniechano. Tymczasem wiele, jeśli nie wszystko, wskazuje na to, że mamy do czynienia z największą ustawką polityczną od czasu tzw. „upadku” komunizmu i operetkowego „puczu Janajewa”.

„System Putina”, czyli neobolszewizm

To, że twór państwowy pn. „Federacja Rosyjska” to kontynuacja Sowietów nie powinno ulegać wątpliwości i już choćby ta świadomość każe szukać drugiego, a nawet trzeciego i czwartego dna sprawy. System neosowiecki (tak jak „klasyczny” komunizm zresztą) cechuje zupełnie inna racjonalność, często błędnie postrzegana przez pryzmat (głównie demoliberalnych) paradygmatów i pojęć politycznych: interesu narodowego/społecznego, zaspokajania podstawowych potrzeb społeczeństwa, ekonomii (brak tzw. „wolnego rynku”) czy też klasycznie pojmowanej racji stanu. Typowy „zapadnik” czy też nie-bolszewik często nie jest w stanie zrozumieć, że naturą tego systemu jest dążenie do władzy, że wszystko podporządkowane jest jej obronie i ekspansji, a jednym z podstawowych instrumentów – strategiczna dezinformacja. Zarówno zbrodnie ludobójstwa na podbitych narodach i własnych współobywatelach, jak i wielopiętrowe operacje mające jednocześnie funkcje dezinformacyjne, jak i przełożenie na realną politykę: fałszywe konflikty zewnętrzne i wewnętrzne czy wreszcie tworzenie kontrolowanej opozycji.

Przykładem niech będzie proces pieriestrojki – tzw. „upadku” komunizmu i „rozpadu” Związku Sowieckiego. Pomimo – spowodowanego dynamiką wydarzeń w latach 1989 – 91 – formalnego rozpadu ZSRS, formalnego rozwiązania (i formalnej delegalizacji) kompartii, oligarchia komunistyczna przegrupowała się i zachowała pozycję suwerena. Prawdopodobnie także okres jelcynowskiej „wielkiej smuty” wedle jednych, czy „demokratyzacji” wedle innych, był długofalową operacją wpisaną właśnie w strategię transformacji komunizmu: „odwilżą” i „demokratyzacją”, po której nastał okres „resowietyzacji” pod kontrolą Putina.

Efektem tego, faktyczną władzę w „putinowskiej” Rosji Sowieckiej sprawują struktury komunistyczne (nomenklatura, bezpieka i agentura, przy czym bezpieka to najsilniejsze ogniwo), stanowiące centrum aparatu państwowego. Pomimo, że neosowiecka władza nie jest monolitem, tylko siecią (jednocześnie zhierarchizowaną), a pomiędzy poszczególnymi jej segmentami występują nieraz krwawe porachunki, system ani nie upada, ani nie traci stabilności. Pomimo tego, iż poszczególne klany mają sprzeczne interesy partykularne, istnieje pewien poziom interesów strategicznych, wspólnych dla całości establishmentu sowieckiego, wokół których istnieje „porozumienie ponad podziałami”. Mimo wewnętrznych podziałów funkcjonują mechanizmy obrony i ekspansji systemu władzy; ogólne „reguły” jego organizacji. Ponadto to, co jest przedstawiane jako „konflikt”, często jest faktycznie przebudową aparatu władzy.

Ścisłym kierownictwem neosowieckiego establishmentu jest kolektyw kierowniczy, składający się z zapewne z najwyższych rangą czekistów i najbardziej znaczących oligarchów; całkiem możliwe, że jest to gremium nieformalne. Putin (a tym bardziej Miedwiediew) nie jest żadnym współczesnym „carem-samodzierżcą”, pomimo sprawowania formalnie najwyższych stanowisk w państwie. Pełni on raczej funkcję zbliżoną do genseka kompartii za pierwszych Sowietów – prezesa korporacji czekistów i „menedżera władzy” (by użyć określenia Zachara Prilepina: nacbolskiego dysydenta i kapitana Specnazu, weterana wojny czeczeńskiej). Putin – od roku 2008 na zmianę z Miedwiediewem – pełni funkcję „Wielkiego Brata”, który jako uosobienie systemu władzy ogniskuje na sobie zarówno uwielbienie, jak i gniew. Jeżeli odpowiednio nie wywiąże się z tych obowiązków, może on zostać usunięty ze stanowiska przez innych członków zarządu korporacji czekistów, być może w dezinformacyjnej atmosferze czy to konfliktu, czy też „demokratyzacji”, „liberalizacji” czy nawet „rewolucji”.

Kolejnym ważnym elementem jest zakończony powodzeniem, a jednocześnie ustawicznie prowadzony proces sowietyzacji. Przez okres niemal stulecia ukształtowano społeczeństwo, które reaguje i funkcjonuje w sposób pożądany przez władzę, stanowiąc zarówno rezerwuar niewolników, jak i kadr.

System partyjny i parlamentarny w Rosji Sowieckiej to jedynie imitacja zachodniego demoliberalizmu, zewnętrzna emanacja systemu pod rzeczywistą kontrolą transfiguracji KGB i GRU: rolę masowej „partii władzy” i „pasa transmisyjnego” pełni putinowska, neobolszewicko-postpolityczna Jedinaja Rossija, przystawką mającą zagospodarować elektorat lewicowy – Sprawiedliwaja Rossija, z kolei Komunistyczna Partia Federacji Rosyjskiej i nacjonalistyczna Liberalno-Demokratyczna Partia Rosji (swoją drogą – cóż za kur(w)iozalna nazwa!) Żyrinowskiego pełnią rolę parlamentarnej opozycji koncesjonowanej, a jednocześnie straszaka: demokraci i liberałowie z KGB i GRU zawsze mogą skutecznie postraszyć czy to zachód, czy to dysydentów… „recydywą sowietów” czy groźbą powrotu „Czarnej Sotni”.

Opozycja jest autentyczna, a jednocześnie, w wyżej zarysowanym układzie politycznym jest opozycją nie tyle koncesjonowaną, co dobrowolnie wpisującą się w system neosowiecki, pełniąc funkcję wentyla bezpieczeństwa. Jest ona ograniczona, czy też samoograniczona: po pierwsze – całościowym systemem sowieckiej manipulacji, po drugie – liberalnymi zabobonami politycznymi, będącymi kalką rozwiązań zachodnich – typowych dla zupełnie innych uwarunkowań socjopolitycznych i historycznych. Przede wszystkim nie jest w stanie prawidłowo zidentyfikować wrogiego jej systemu władzy, stąd nie dąży do jej obalenia tylko do wypracowania modus vivendi i wysuwa postulaty nie zagrażające władzy neokomunistycznej oligarchii: domaga się „uczciwych wyborów”, „demokracji”, „wolnego rynku” (liberałowie), „państwa socjalnego” (socjaliści), „Wielkiej Rosji” czy też „Rossii dla Russkich” (nacjonaliści) czy „Rosji bez Putina” (gdy jest on jedynie elementem układu władzy) itp. Pokojowymi demonstracjami ani ideami – postulatami „uczciwych wyborów”, wprowadzeniem „wolnego rynku” czy też „zwalczania korupcji” nie da się pokonać reżimu, którego rdzeniem i głównym aktywem są struktury totalitarne – służby specjalne, potrafiące zastosować zarówno przemoc fizyczną, jak i manipulację społeczną i indywidualną. Ponadto, jedynie naiwny może uważać, że służby specjalne organizacjami opozycyjnymi się nie interesują.
Z kolei obwołany jako lider opozycji „król rosyjskiego Internetu”, Aleksiej Nawalny, w (dość bełkotliwym skądinąd) wywiadzie z Jewgieniją Ałbac postuluje m.in. zwołanie czegoś w rodzaju rosyjskiego „okrągłego stołu”, przy którym sowieciarze negocjowaliby z opozycją, stworzenie organizacji politycznej, która miałaby z władzą rozmawiać i ewentualnie startować w wyborach, a także postulat niepodejmowania radykalnych rozliczeń z (ewentualnie obalonym) reżimem i „równego prawa dla wszystkich”. Nie jest przypadkiem także to, że w wywiadzie Nawalny, oprócz deklarowanego nacjonalizmu, chwali się jakoby miał tatuaż z wizerunkami… Lenina i Stalina. Równie interesujące jest to, jak w kraju, w którym bezpieka w pełni kontroluje Internet, Nawalny mógł stworzyć de facto zarabiający na siebie blog antykorupcyjny i dlaczego władze nie zareagowały na to, że ktoś nagle „podskoczył” systemowi, którego „dobrodziejstwem inwentarza” są praktyki korupcyjne, które odkrył będąc akcjonariuszem mniejszościowych największych sowieckich koncernów (Gazpromu, Transniefti, Banku WTB), wiadomo wszak powszechnie, że kremlowscy bolszewicy to fani Korwina i Rothbarda. Ważnym tropem powinna być też rodzina Nawalnego – ojciec miał być oficerem sowieckich wojsk rakietowych; patrząc z punktu widzenia sowieckich władz, nie można pozwolić na to, aby tak wartościowa młodzież zmarnowała się, przewodząc antysystemowej organizacji. Ani na to, co by czasem w głowie się nie poprzewracało na studiach w Yale.

Suchej nitki na antykremlowskiej opozycji nie zostawia rosyjska antykomunistka, Waleria Nowodworska. W wywiadzie udzielonym „Gazecie Polskiej Codziennie” jeszcze przed wyborami i protestami mówi między innymi: „To są strzępy, porozrzucane kawałki. Odrębny blok tworzy Borys Niemcow, lider partii Sojusz Sił Prawicowych (SPS), odrębny Władimir Ryżkow, przewodniczący Partii Republikańskiej Rosji (RPR). Jest jeszcze były minister finansów i premier Michaił Kasjanow i jego Rosyjski Sojusz Ludowo-Demokratyczny. Żadnemu z tych polityków nie udało się stworzyć silnej partii opozycyjnej. Organizują wspólne akcje z komunistami i faszystami [chodzi zapewne o nacjonalistów – J.], zamiast twardo i zdecydowanie nawoływać do bojkotu władzy. […] Kreml rozdeptał opozycję. Anatolij Czubajs, uważany za ojca rosyjskiej prywatyzacji, narzeka dziś, że nie ma na kogo głosować, więc nie pójdzie na wybory. Tyle że jeszcze dwa lata temu na zlecenie Kremla niszczył Sojusz Prawych Sił (SPS).”

Nowodworska nie ma też żadnych wątpliwości, że uznawani za opozycję komuniści (KPFR) grają w tej samej lidze, co sowieckie władze: „komuniści nigdy nie byli opozycją dla obecnej władzy. Opozycja ma inny program i inne cele niż partia rządząca, a tu cele są zbieżne. Chodzi o powrót do koryta. […] Mamy partię oszustów i złodziei, czyli Jedną Rosję, mamy partię bandytów, tworzoną przez komunistów, i skrajnie nacjonalistycznych populistów z Liberalno-Demokratycznej Partii Rosji (LDPR). W wyborach wezmą też udział takie partie, jak Słuszna Prawda i Sprawiedliwa Rosja, oraz zdrajcy demokracji z Jabłoka. Żadnej z tych partii nie wróżę powodzenia.” Jabłoko, czyli partię socdemoliberalną, Nowodworska określa mianem „zdrajców demokracji”, w rzeczywistości będących też dziećmi Związku Sowieckiego, biorącymi udział w polityce "[…] dla zachowania pozorów, dla przyciągnięcia uwagi inteligencji i obłaskawienia zachodu. "

Cele operacji – wymiar wewnętrzny

Systemem neokomunistycznym (tak samo zresztą jak w „klasycznym” komunizmie) zarządza się poprzez kryzys – chodzi o to, żeby wywołać kontrolowany kryzys jeszcze zanim spontanicznie wybuchnie kryzys niekontrolowany i ewentualnie groźny dla władzy. Inną sowiecką „tradycją” jest fałszywa liberalizacja i demokratyzacja oraz tworzenie koncesjonowanej opozycji. Celem jest wypromowanie elementów, z którymi władza mogłaby się porozumieć, a w dalszej kolejności – być może dokooptować; kolejnym celem jest neutralizacja elementów opornych wobec systemu.
W dezinformacyjną politykę „ewolucji systemu” wpisuje się (bądź wpisywały): jelcynowska „odwilż” i „demokratyzacja”, następnie „dyktatura prawa” i „suwerenna demokracja” wczesnej i średniej epoki Putina (należy przypomnieć, że na początku XXI wieku to właśnie Putin uznawany był za demokratę, liberała i reformatora), a od 2008 roku gdy okazało się, że Putin już nie jest zbytnim demokratą, a nawet, że jest oficerem KGB zlecającym morderstwa – umieszczenie prawdziwego demokraty Miedwiediewa na stolcu prezydenckim i operacja dezinformacyjna „konflikt Putina z Miedwiediewem”. Kolejnym elementem systemu władzy mającym charakter w istocie dezinformacyjny jest opisany wyżej fasadowy pluralizm partyjny. Mająca właśnie miejsce „śnieżna/błotna rewolucja” byłaby tu logiczną kontynuacją operacji „ewolucja systemu władzy” i operacji „dysydentura”.

To co obserwujemy obecnie, to typowo sowiecka strategia i taktyka „nożyc”, zawierająca trzy zasadnicze elementy: po pierwsze - „zaplanowana porażka” i taktyczna defensywa sowieciarzy (Jedinaja Rossija traci na rzecz… KPRF i LDPR), po drugie – dialektyczna taktyka „walki i porozumienia” wobec opozycji, po trzecie – „okopanie” i umocnienie się struktur władzy.

Nie próbując dokonać szczegółowej rekonstrukcji ostatnich wydarzeń, przytoczmy podstawowe fakty. Putin – najbardziej samczy i alfowaty „samiec Alfa” – został wygwizdany publicznie podczas gali MMA i traci w rankingach popularności. Jedinaja Rossija traci w (naturalnie – sfałszowanych) wyborach do sowieckiej Dumy (49% zamiast 70% w poprzednich wyborach), na rzecz… „prawdziwych” komunistów (KPFR Ziuganowa), „socjaldemokratów” (Sprawiedliwaja Rossija Mironowa) i nacjonalistów Żyrinowskiego. Przeciwko fałszerstwom wyborczym i korupcji „partii żuli i złodziei” wybuchają protesty w Moskwie, Leningradzie i na sowieckiej prowincji. Wśród wiecowych mówców mamy m.in. Michaiła Gorbaczowa – wielkiego demokratę, który „obalił komunizm” i „rozwiązał Związek Sowiecki” oraz Aleksieja Kudrina – kolejnego wielkiego demokratę, który oczywiście w proteście przeciwko czekistowskiemu dyryżyzmowi i korupcji swojego przyjaciela, towarzysza pułkownika Putina zrezygnował z teki ministra finansów. Pierwszy wzywa Putina do ustąpienia motywując to zbyt długim grzaniem stołka, drugi – rzecz jasna jako „były” nomenklaturszczik – ostrzega przed niebezpieczeństwem rewolucji, takiej jak w krajach arabskich (tymczasem w Egipcie, choć obalono towarzysza marszałka Mubaraka, jego koledzy z moskiewskiej akademii gensztabu rządzą dalej).

Według Lwa Nawrozowa, rosyjskiego publicysty i poety na emigracji w USA, już sam fakt dopuszczenia do demonstracji jest elementem dezinformacji, mającej ukazać Rosję Sowiecką jako kraj prawie-że-demokratyczny: Rząd uznał, że nie pozostało mu nic, tylko pozwolić na rozwój wydarzeń i dlatego wydał pozwolenie [na demonstracje – J.]. Obecność policji była duża, wraz z helikopterami, transporterami [troop carriers], ciężarówkami i buldożerami. Policja jednak okazała zaskakującą cierpliwość, a państwowa telewizja dała ogólnokrajowym demonstracjom niespodziewanie dużo czasu antenowego. […] Władze Moskwy dały ludziom pozwolenie na demonstracje, a policja nie podjęła żadnych działań nawet gdy tłum, przewidywany na 25 tysięcy, znacznie przekroczył zapowiadaną liczebność.

Tzw. „opina publiczna” Zachodu daje się na ten chwyt nabierać, jak dalej pisze Nawrozow: […] Po stronie zachodnich dziennikarzy nie było żadnej próby krytycznej analizy struktury obecnego […] reżimu. Nie rozumieją tego, że Putin skutecznie stosuje grę w demokrację sprawiającą że Rosja przypomina każdy inny kraj zachodni, wraz z wyborami i swobodą opuszczania kraju – jedyna różnica polega na tym, że wybory to fasada za którą kryje się reżim Putina – mocno okopana dyktatura, broniona przez wojsko oraz specjalne oddziały policji.
[…] Podczas gdy każdy może wyjechać z kraju i wrócić, cieszyć się wakacjami gdziekolwiek na świecie — to znaczy, jeśli go stać — i rozpocząć swój własny biznes, naród rosyjski jest bezbronny, ponieważ […] konstytucja nie gwarantuje im prawa do posiadania broni w celu samoobrony. Neobolszewicka, czekistowska elita władzy nie jest jedynie elitą w sensie technicznym; to w zasadzie kasta społeczna, strzegąca swojego interesu klasowego jakim jest utrzymanie się na szczycie władzy, przy czym Nawrozow nie podaje nawet przybliżonej ilości oficerów i szeregowych funkcjonariuszy FSB ani innych służb specjalnych (wg prof. Andrzeja Nowaka, 70% neosowieckiej elity wywodzi się ze specsłużb): […] rosyjska armia ma siłę dwóch milionów ludzi, OMON […] – dwa razy tyle, co armia. Cztery miliony funkcjonariuszy plus lojalni członkowie ich rodzin. Mamy prawie siedmiomilionowy blok wyborców, w którym każdy służy Putinowi i zagłosuje na partię Putina – czy to będąc lojalnymi wobec szefa, czy to wykonując jego rozkazy, zapewniając Putinowi zwycięstwo wyborcze.

Jeszcze w zeszłym roku podobne protesty zgromadziłyby jakieś kilkaset osób na krzyż i zostałyby rozpędzone przez OMON, który to teraz (wraz z MCzS, który wbrew pozorom jest resortem siłowym) rozstawia barierki, bramki i toi-toie, by najpierw parędziesiąt, a później sto tysięcy demonstrantów mogło spokojnie… demonstrować i urządzać sobie ostre podśmiechujki z dwóch bolszewickich pederastów. Bezpieka nie zapobiegła protestom: nie aresztowała organizatorów i osób udających się na wiece, nie odcięła komunikacji (Internetu i sieci telefonii komórkowej), wreszcie nie stłumiła demonstracji; ograniczono się jedynie do jej standardowej mobilizacji, włącznie z Dywizją Wojsk MWD imienia nie byle kogo, bo samego Feliksa Dzierżyńskiego. Sowieckie media zaczęły być trochę mniej zakłamane i trochę bardziej obiektywne w relacjonowaniu protestów, a sędziowie i sędziny – trochę mniej „rozgrzani” jeśli chodzi o traktowanie zatrzymanych i aresztowanych opozycjonistów, jakby zapomnieli o spuściźnie Andrieja Wyszynskiego.

Z jednej strony zezwala się nawet na ostry, przynajmniej w warstwie werbalnej, protest społeczny, a z drugiej – władza konsoliduje szeregi i natychmiast podejmuje kontrakcje. Władza rzekomo wsłuchuje się w głosy protestu, obiecuje rewizję wyborów, zarówno Putin i Miedwiediew obiecują przeprowadzenie postulowanych reform. Z drugiej strony, oskarża się opozycję o powiązania agenturalne z Ameryką i deklaruje niemożliwość spełnienia danych postulatów.

Rolę mediatora wyznaczono jednemu z liderów opozycji, a jednocześnie do niedawna minister finansów w rządzie Putina – Aleksiejowi Kudrinowi. Z jednej strony grozi on rewolucją, jeśli system władzy nie dokona pewnych modyfikacji (zwróćmy uwagę, że mamy do czynienia ze słowami sowieciarza), z drugiej – postuluje utworzenie przez opozycję, zarówno parlamentarną jak i pozaparlamentarną, której celem będzie wyłonienie (także poprzez głosowanie w Internecie) negocjatorów do rozmów z władzą. Kudrin proponuje także dymisję szefa Centralnej Komisji Wyborczej, Władimira Czurina i powtórzenie wyborów do Dumy, na co nie zgadza się nowe jej naczialstwo.

Liderzy opozycji zresztą sami deklarują zamiar negocjowania swoich postulatów przy neosowieckiej wersji „okrągłego stołu”. Według Michaiła Kasjanowa, przywódcy partii „ParNaS” (Partia Wolności Ludowej, a jednocześnie b. premiera FR 2000 - 2004), zarówno władza, jak i opozycja mają być gotowe do negocjacji. Jak podaje portal Arcana, 12 grudnia 2011 roku powołano „Komitet Organizacyjny Okrągłego Stołu”, w którym znaleźli się m.in. sam Kasjanow i obrończyni praw człowieka Ludmiła Aleksiejewa. Lider ParNaSu zaprosił do udziału w Okrągłym Stole przedstawicieli partii politycznych („Jabłoko”, „Inna Rosja”, Lewy Front), deputowanych Dumy (Gudkowa i Ponomariowa), liderów opozycji „antysystemowej” (Nawalnego, Kasparowa), jak również członków komitetów organizacyjnych demonstracji z 10 i 24 grudnia.

Kolejnymi próbami nadania ruchowi sowieckich oburzonych formy organizacyjnej jest utworzenie Ligi Wyborców i Ruchu Obywatelskiego. Założycielami LW są głównie twórcy i naukowcy: Ludmiła Ulicka, Borys Akunin i Dmitrij Bykow, rockman Jurij Szewczuk, politolog Dmitrij Orieszkin, dziennikarze - Tatjana Łazariewa, Olga Romanowa, Siergiej Parchomienko i Leonid Parfionow, blogerzy – Ilja Warłamow i Rustam Adagamow. Liga Wyborców uzyskała poparcie „tajemniczego kandydata” Putina – Michaiła Prochorowa. Z kolei Ruch Obywatelski to inicjatywa deputowanego Dumy Ilii Ponomariowa (Sprawiedliwa Rosja), w której znalazła się także ekolog Jewgienija Czyrikowa, Siergiej Udalcow z „Lewego Frontu” a także nacjonaliści: Aleksander Nawalny i Aleksander Potkin. Obie organizacje deklarują współpracę, a LW – przekształcenie w partię polityczną, która ma bronić obywateli przed nadużyciami władzy. Żadna nie uznaje rozmów i porozumienia z władzą za niemożliwe.

„Kontrakcją” władzy jest też kandydatura oligarchy Michaiła Prochorowa w marcowych wyborach prezydenckich. Gigant medialny, finansowy i techniczny, który w neosowieckiej Rosji nie zdobył by pozycji bez „kryszy” ze strony bezpieki, przedstawiany jest jako alternatywa dla Putina, który nie zrealizował deklarowanych zamiarów: Prochorow deklaruje z jednej strony sprzeciw wobec biurokratyzmu, ograniczenie biurokracji państwowej, ułatwienia dla przedsiębiorców, reformy liberalne i oczywiście szacunek dla narodu i poszczególnych obywateli, z drugiej – sprzeciw wobec „nacjonalistycznego populizmu” Nawalnego. Prochorow ma też pozyskać dla celów władz organizacje obywatelskie i pozarządowe zaangażowane w dysydenturę, m.in. „Gołos”, wobec czego przychylny jest Grigorij Mielkonjanc – zastępca przewodniczącej, aresztowanej Lilii Szybanowej.

W roli „rozjemcy” pomiędzy władzą a opozycją, „pacyfikatora” społecznego oburzenia i „sumienia władzy” występuje Cerkiew Prawosławna. Patriarcha Cyryl staje po stronie Putina i ostrzega oburzonych przed „wywołaniem kolejnej krwawej rewolucji, która zniszczyłaby Rosję” (tak, jakby ta kiedykolwiek po 1917 się odrodziła), z kolei protojerej (prawosławny odpowiednik opata) Wsiewołod Czaplin uznaje prawo narodu do wyrażania swojej opinii i demonstracji, przy okazji rosyjskiego Bożego Narodzenia postulując też m.in. reformę i dofinansowanie armii, akcentując problem korupcji i imigracji ludności nierosyjskiej. Obaj chwalą pokojowy przebieg „rewolucji” i wyrażają nadzieje na porozumienie władzy i opozycji. Należy przy tym pamiętać, że Patriarchat Moskiewski (który onegdaj Józef Mackiewicz słusznie nazwał Patriarchatem Sowieckim) to de facto kolejny zarząd główny bezpieki.

Zezwalając na wielotysięczne demonstracje, a następnie dokonując to naprzemiennych represji i odmawiając spełnienia postulatów, to obietnic „okrągłych stołów” i „reform”, władza dokonuje rozpoznania przeciwnika; liczy ewentualnych przeciwników, ewentualnych partnerów do rozmów, próbuje ocenić znaczenie, faktyczne zamiary, zachowanie i determinację poszczególnych uczestników protestów.

Jaki jest dotychczasowy bilans „śnieżnej rewolucji”? Niejako „w reakcji” na protesty, struktury władzy umacniają się dokonując roszad personalnych. Przewodniczącym Dumy sowieckiej zostaje Siergiej Naryszkin – do niedawna szef administracji prezydenta, oficer wywiadu KGB. Szefem administracji prezydenta zostaje Siergiej Iwanow – dotychczasowy minister obrony, również oficer I Zarządu Głównego KGB, a później FSB. Ministrem obrony zostaje Dmitrij Rogozin – do tej pory przedstawiciel Rosji Sowieckiej przy NATO, polityk o bardzo ostrym, ekspansjonistycznym, antyzachodnim nastawieniu. Z kolei Władysław Surkow – jeden z naczelnych neosowieckich ideologów (twórca m.in. terminu „suwerenna demokracja”, uważany za architekta sukcesu Putina w 2000 roku, prawdopodobnie oficer GRU – dostaje tekę wicepremiera ds. „modernizacji i innowacji”. Powyższa „restrukturyzacja” (a także „porażka” partii władzy na rzecz komunistów i nacjonalistów) na poziomie wewnętrznym oznacza jeszcze większą totalizację i umocnienie rządzącej bezpieki, zaś na poziomie polityki zagranicznej – obranie jeszcze bardziej niż dotychczas, ekspansjonistycznego (w tym i antyzachodniego, antyamerykańskiego zwłaszcza) kursu. Kolejnej fali totalitaryzacji ma towarzyszyć kolejna odsłona dezinformacji o „demokratyzowaniu się Rosji”, wspierana przez opozycję dążącą nie do obalenia systemu, tylko domagającą się spełnienia przez system danych postulatów i zmian personalnych (dziwnym trafem, coraz mniej jest mówienia o demokratyzacji), a tym samym jego ulepszenia.

Warianty rozwojowe

Sytuacja jest dynamiczna, jednak można przewidzieć główny kierunek, w którym ona zmierza. Celem jest restrukturyzacja systemu władzy tak, aby zmienić jego „formę”, nie zmieniając „treści” – zachowanie władzy przez bezpiekę kosztem poszerzenia bazy politycznej. Niewiadomą są w zasadzie konkretne inwarianty; to, jaki dokładnie będzie przebieg wydarzeń. Jak słusznie zauważyła badacz obecnej sytuacji w Rosji Sowieckiej, blogerka Amelka 222, mamy do czynienia z powtórką działań, jakie zastosowano w PRL w latach 1988 – 1990. Po protestach i incydentalnych zamieszkach miały miejsce poufne negocjacje pomiędzy władzą a opozycją, po których ogłoszono „pojednanie narodowe”, czyli koniec końców – upadek komuny na cztery łapy; zachowanie władzy kosztem kooptacji części opozycji i neutralizacji niepokornych. Należy przyznać, że sowieciarze dużo nauczyli się na terytorium, które jeden z nich, Wojciech Jaruzelski w 1985 r. określił jako „laboratorium pieriestrojki”.

Możliwe, że mamy do czynienia z operacją odsunięcia Putina od stołka (być może wraz z całym swoim klanem leningradzkich czekistów). Byłby to jednak po pierwsze: wariant rozwojowy operacji „demokratyzacja Rosji”, po drugie, zmiana wyłącznie personalna, nie systemowa. Putin (a potem Miedwiediew) był – rzecz jasna z sowieckiego punktu widzenia – odpowiednim przywódcą na czas budowy sojuszu pomiędzy Rosją Sowiecką a Niemcami i Francją/UE, budowy Bloku Kontynentalnego (strategicznego sojuszu z ChRL), przejęcia władzy w krajach latynoamerykańskich przez promoskiewskich komunistów, reintegracji obszaru dawnego imperium sowieckiego, wreszcie – pokazania ex-komsomołcom, którym się uroiło, że są właścicielami masy upadłościowej po ZSRS, że ich seniorem jest CzeKa. Być może członkowie „politbiura” (czy „dyrektoriatu”, jak pisze Felsztyński) uznali, że Putin po pierwsze: zrobił swoje i wywiązał się z tych zadań, po drugie – dalsze utrzymywanie go na stanowisku grozi destabilizacją; Putin i jego ludzie mogą zapaść na przerost ambicji (nawet jak na bolszewickie standardy). Dlatego trzeba ich odsunąć, być może w mamiącej atmosferze kryzysu, fałszywej liberalizacji czy nawet rewolucji, nawet wynajmując do tej operacji część establishmentu amerykańskiego czy globalistycznego. Być może w tym właśnie kontekście należy odczytać ostatnie teksty Aleksandra Dugina – autora współczesnej neosowieckiej geostrategii – który twierdzi, że zarówno Putin, jak i opozycja „wiodą Rosję ku zgubie”: Putin i jego ludzie stopniowo, opozycja – błyskawicznie. Oraz tekst oligarchy Bieriezowskiego (być może reprezentującego zachodnich globalistów), który wzywa „Wołodię” do dobrowolnej abdykacji przy zachowaniu fruktów dotychczasowej władzy. Jeżeli wariantem jest odsunięcie Putina, to nie wolno nam wykluczyć, że zostało ono z góry ustalone, przy udziale samego zainteresowanego.

Ilustracją ugodowego kierunku opozycji i jednego z możliwych scenariuszy (zakładającego kres Putina) jest artykuł Borysa Akunina (obecnie jeden z liderów „rewolucji”, onegdaj – fan towarzysza pałkownika) w „New York Times”. Czytamy tam m.in.: „Z zewnątrz wydarzenia w Rosji mogą przypominać […] burzę, która przeszła przez kraje arabskie, kładąc kres tamtejszym autorytarnym reżimom. Ale jest to złudna analogia. Jedynym punktem wspólnym jest ważna rola portali społecznościowych w organizacji spontanicznych protestów. Wydarzenia w Rosji […] to rewolucja klasy średniej, klasy, która z definicji jest nierewolucyjna.” Dalej pisze, że najlepszym scenariuszem byłoby degrengolada putinizmu przez 2 lata, po czym snuje wizje nowej, demoliberalnej Rosji (podkr. – J.): „Gdyby […] nastąpiła pełna zmiana władzy, post-putinowska Rosja względnie bezboleśnie weszłaby w kolejny etap ewolucji państwa. Politycznie byłaby zapewne krajem burzliwym, któremu nieobce byłby kryzysy parlamentarne, zmiany gabinetów rządzących, nawoływania do impeachmentu i wszystkie inne atrybuty młodej demokracji. Ale w państwie, w którym klasa średnia przebudziła się i zdała sobie sprawę ze swojej potęgi, władza nie byłaby już monopolem "siłowików" (wywodzących się z komunistycznych służb przedstawicieli resortów siłowych), ani oligarchów. Nie byłaby również monopolem jednego człowieka.” Czy Akunin postuluje obalenie systemu? Nie.

Akunin ogłasza Urbi et Orbi reformę systemu – chodzi o to, by zmienić wszystko, nie zmieniając niczego. W realnej polityce oznaczałoby to, że rządząca kasta bolszewików nie utraciłaby władzy, a jedynie zamieniłaby zmodyfikowaną, putinowską kontrolę totalną na kontrolę strukturalną, być może wycofując się w cień polityki i korzystając przy tym z całego instrumentarium typowego dla komunistycznych specsłużb. Kosztem koniecznym byłoby poszerzenie przez sowiecką władzę bazy politycznej (tak trzeba rozumieć słowa o „utracie czekistowskiego monopolu władzy”), detronizacja/abdykacja Putina, wreszcie – fala samobójstw części starych czekistów tęskniących za Putinem (najpewniej poprzez wrzucenie lokówki do wanny, a potem postrzał całą serią z kałasznikowa). Władza pośrednia struktur komunistycznych jest o wiele skuteczniejsza, z punktu widzenia sowieckich elit, niż władza bezpośrednia. Dowiodła tego zarówno operacja „pieriestrojka”, jak i przebieg tzw. „kolorowych rewolucji” na czele z Ukrainą, Kirgistanem i Polską. Struktury komunistyczne (z bezpieką jako rdzeniem) potrafią doskonale dostosować się do formalnego/realnego demoliberalizmu, który z istoty nie posiada instrumentów koniecznych, by im się przeciwstawić. Neokomunizm przypomina nieco tytułową „postać” z filmu „The Thing” Johna Carpentera – posiada niebywałe, wręcz nieograniczone zdolności kamuflażu i adaptacji do zmieniających się warunków otoczenia.

Nie można jednak całkowicie wykluczyć obrotu wydarzeń w kierunku korzystnym dla Putina i jego ludzi – w przypadku radykalizacji protestów, obecna sowiecka ekipa może po prostu uciec się do rozwiązania siłowego – stłumienia demonstracji przez bezpiekę, policję a nawet wojsko, masowych aresztowań, zabójstw dokonanych przez „nieznanych sprawców” czy nawet zamachów terrorystycznych. Zapewne nieprzypadkowo wśród protestujących mocno wyeksponowani są nacjonaliści, nacbole czy kibice piłkarscy; sytuację władza może rozegrać propagandowo jako „groźbę faszyzmu”, „zagrożenie nacjonalizmem/skrajną prawicą”, jako… „recydywę komunizmu” czy wreszcie chuligańskie zadymy, siebie stawiając w roli obrońcy ładu i porządku czy wręcz obrońcy demokracji, słuszne oburzenie i postulaty zmian przeciwstawiając „prowokowaniu zadym” czy „próbom destabilizacji Rosji”. Następnie usiąść do sowieckiego „okrągłego stołu” z odpowiednio wyselekcjonowanymi ludźmi opozycji.

Obserwujemy grę o sumie niezerowej, w której najpewniej każdy wygra to, o co gra. Opozycja będzie miała „demokrację” i „przejrzystość” (najpewniej fasadową, ale dla wyposzczonych demoliberałów to coś lepszego niż putinowska stabilność), Amerykanie/globaliści zachodni – także „demokrację” plus koncesje w Azji i na Bliskim Wschodzie, natomiast rządzący czekiści – zachowanie władzy i możliwość rozgrywania opozycją i aktorami zagranicznymi. Operacja restrukturyzacji systemu i możliwej wymiany starej ekipy sowieckiej na nową ma też wymiar międzynarodowy; oddziałujący także na ostatnie wydarzenia w Polsce. Ale o tym już w kolejnej części.


Źródła:

1. Amelka222, „Zawłaszczanie rosyjskich dekabrystów A.D. 2001”: http://lamelka222.salon24.pl/373992,zawlaszczanie-rosyjskich-dekabrystow-a-d-2011
2. / - / „Aleksiej Nawalny przed rosyjskim stołem”: http://lamelka222.salon24.pl/377032,a-navalnyj-przed-rosyjskim-stolem
3. / - / „Władimir – bój ty się Boga, ale nie bój się Cerkwi!”: http://lamelka222.salon24.pl/382541,wladymir-boj-ty-sie-boga-ale-nie-boj-sie-cerkwi
4. Borys Akunin, „Upadek Putina stał się faktem?”: http://fakty.interia.pl/new-york-times/news/upadek-putina-stal-sie-faktem,1750491,6806
5. Ander, „Czy Putin rozpoczął działania wyprzedzające?”: http://ander.salon24.pl/376870,czy-putin-rozpoczal-dzialania-wyprzedzajace
6. / - / „Michaił Prochorow - kandydat na prezydenta Rosji”: http://ander.salon24.pl/381178,michail-prochorow-kandydat-na-prezydenta-rosji
7. Michał Bąkowski, „Homo sovieticus żyje”: http://wydawnictwopodziemne.com/2011/12/11/homo-sovieticus-zyje/
8. / - /, „Burza w Moskwie”: http://wydawnictwopodziemne.com/burza-w-moskwie/
9. „W Rosji nadal wrze”, wywiad z Aleksandrem Borzenką, niezalezna.pl: http://niezalezna.pl/20934-w-rosji-nadal-wrze
10. Dominika Cosić, „Po Kaddafim Putin? Nie sądzę”: http://dominikacosic.salon24.pl/376829,po-kaddafim-putin-nie-sadze
11. Aleksander Dugin, „Horyzonty błotnej rewolucji”: http://xportal.pl/?p=1590
12. Anatolij Golicyn, „Nowe kłamstwa w miejsce starych. Komunistyczna strategia podstępu i dezinformacji”, rr. 14, 20.
13. Piotr Maciążek, „W Rosji nadchodzi odwilż? Nie”: http://politykawschodnia.salon24.pl/376151,w-rosji-nadchodzi-odwilz-nie
14. / - / „Nowi dysydenci w Rosji chcą porządku, nie demokracji”: http://politykawschodnia.pl/index.php/2012/01/18/maciazek-nowi-dysydenci-w-rosji-chca-porzadku-nie-demokracji/
15. Filip Memches, „Dokąd zmierzasz Rosjo?”: http://rebelya.pl/post/551/dokad-zmierzasz-rosjo
16. / - / „Kto po Putinie?”: http://rebelya.pl/post/440/kto-po-putinie
17. / - / „Aleksiej Nawalnyj – rosyjski buntownik nowego typu”: http://rebelya.pl/post/428/nawalnyj
18. Lev Navrozov, „Putin’s Soldiers and Special Police Are Big Voting Bloc”: http://www.newsmax.com/navrozov/Putin-special-police-Russia/2011/12/16/id/421257
19. / - / „Mikhail Prokhorov Is Putin's Mystery Rival”: http://www.newsmax.com/navrozov/Mikhail-Prokhorov-Russian-Nets/2011/12/23/id/422034
20. Andrzej Nowak, „Zaplanowana porażka Putina”: http://niezalezna.pl/19942-prof-nowak-%E2%80%9E-zaplanowana-porazka-putina%E2%80%9D
21. „Kreml rozdeptał opozycję”, wywiad z Walerią Nowodworską: http://niezalezna.pl/19849-kreml-rozdeptal-opozycje
22. „Jak tak dalej pójdzie, to Rosja się rozpadnie” – wywiad z Zacharem Prilepinem: http://rebelya.pl/post/628/prilepin-jak-tak-dalej-pojdzie-rosja-sie-rozpad
23. Jadwiga Rogoża, „Wybory parlamentarne w Rosji. Powrót polityki”: http://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/tydzien-na-wschodzie/2011-12-07/wybory-parlamentarne-w-rosji-powrot-polityki
24. / - / „Rosja po wyborach”: http://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/tydzien-na-wschodzie/2011-12-14/rosja-po-wyborach-oddolna-presja-zmusza-wladze-do-zmiany-
25. Antoni Rybczyński, „Rosja – do rewolucji daleko”: http://www.gazetapolska.pl/12013-rosja-do-rewolucji-daleko
26. / - / „Ulica wrze. Putin zbiera siły”: http://autorzygazetypolskiej.salon24.pl/378042,rosja-ulica-wrze-putin-zbiera-sily